niedziela, 21 sierpnia 2016

życie pod jednym dachem

tak się ostatnio zaczęłam zastanawiać, czy będę umiała znowu kiedyś żyć z mężczyzną pod jednym dachem.
już w małżeństwie wolałam, żeby "ex" w domu nie było. - czułam się wtedy spokojniejsza, bardziej poukładana. z resztą, córcia jak była mała to też wolała, aby taty w domu nie było.
jakoś z domu rodzinnego jestem nauczona, że facet w domu to oznacza więcej szkody, problemów  i kłopotów ...
w małżeństwie też "ex" domowo nie był przydatny. ekhm.... nawet garaż ja sprzątałam. :/
nie miałam z "ex" jakiejś specjalnej więzi emocjonalnej.
i jakoś ciężko mi wyobrazić sobie, jak to się żyje i mieszka z mężczyzną w domu. z takim, który coś w tym domu robi, przydaje się, dba, zauważa czym domowym trzeba się zająć.
... i zauważa w tym domu mnie.

a teraz....
 już tyle lat mieszkam sama z córą.
córa mówi, że ona absolutnie nie chce, aby w naszym mieszkanku pojawił się "obcy element" - bo jak to się można  czuć w domu swobodnie? jak tu w bieliźnie chodzić?
z resztą, ja też nie wyobrażam sobie, żeby w moim skromnym metrażu ktokolwiek się pojawił. banalnie - miejsca nie ma.

z jednej strony chciałabym mieć kogoś na stałe. tu. na miejscu a nie z dalekiego doskoku.
chciałabym mieć możliwość spotykania się, chciałabym przedstawić kogoś rodzinie i znajomym, chciałabym się razem wybierać na sylwestra, andrzejki czy do knajpki, kina...
... bo to nic miłego w sylwestra siedzieć samej w domu....
chciałabym mieć normalny seks i czułości.
a z drugiej strony zastanawiam się, czy będę umiała z kimś żyć na stałe, pod jednym dachem. czy w ogóle miałabym  na to wszystko czas?


właśnie czytałam artykuł o ludziach po 50-tce, którzy zostali zwolnieni z pracy i teraz nie mogą sobie nic znaleźć ze względu na wiek, albo jak znajdą... to taką badziewiastą pracę, z płacą ledwo wystarczającą na przeżycie.
ludzie ci czują, że są wykluczeni, że są gorsi, mniej wartościowi, wykluczeni.

i tak sobie pomyślałam... że czuję się tak samo. zakres tematyczny inny - ale odczucia identyczne.

umacnia się we mnie uczucie, że faktycznie już się nie nadaję do jakichkolwiek związków.
ba!
żeby była mowa o związkach to trzeba mieć jeszcze osoby, które się tobą interesują!
no a mną się nie interesują.
nie nowość to dla mnie, bo u płci przeciwnej nigdy powodzenia nie miałam. więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?
8 lat temu odeszłam od 'ex".
on momentalnie sobie znalazł kobietę.
ja sobie poukładać z mężczyzną życia nie umiem. Duszek pozostanie Duszkiem ulotnym...

23 komentarze:

  1. I wot zagwozdka! Chciałbym, a boję się :) Skąd my to znamy...

    Nie wiem czy wypada o tym pisać, ale co mi tam. Ja pokochałem swoją samotność. Mniej więcej z takich powodów, o jakich piszesz. Nie wiem czy dziś na dłużej zniósłbym obok się obcą kobietę. Wszystko by mnie krępowało, a z wiekiem tego wszystkiego tylko przybywa. Ogólnie lubię kobiety, lubię ich towarzystwo, ale zawsze jest to „ale”, czyli – potrzebuję osobistego luzu. Przywykłem do niego tak, że bez niego już życia sobie nie wyobrażam.

    I jeszcze coś osobistego, w związku z tymi po 50-tce. Mnie w tym wieku nie zwolniono, wyrzucono na emeryturę. Z eksponowanego stanowiska. Jednak po jakimś czasie, bardzo krótkim, wciąż chciało mi się pracować. Schowałem dumę do kieszeni. Byłem zrywkarzem, ogrodnikiem, cieciem, pracowałem na zmywaku, jako pomocnik kucharza i jako złota rączka. I powiem w sekrecie, nie czułem żadnego dyskomfortu. Tym bardziej, że po dziesięciu latach ta chęć pracy mi w końcu przeszła :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i co z tego że się "stracham" i nawet bym chciała... skoro wolnych kandydatów brak :(

      Usuń
    2. Jak Ty już piszesz, że Twoja córa, żadnego obcego nie chce w domu, czemu się jej akurat nie dziwię, to Ty nie tyle zestrachana, co bez wyjścia. Taki impas. Myśmy już dyskutowali o tych wolnych kandydatach, których podobno brak :) Nie trać nadziei...

      Usuń
  2. Ja bym się już na żaden nowy związek nie pisała.Tak jak Asmodeusz cenię sobie samotność.Chociaż nie tyle samotność co wolność i niezależność.Samotności nie doświadczam,chociaż nieraz by się na chwilę przydała.
    Ale nie każdy odnajduje się jako singiel/ka.Szuka tej swojej drugiej połówki nawet jeżeli pierwsza połówka zawiodła.
    A poza tym (Asmodeuszu nie czyta) jak śpiewała Rinn Danuta
    -Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,
    orły, sokoły, herosy?
    Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
    gdzie te chłopy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. umiem i lubię być sama. no ale jednak jakieś męskie ramię by się przydało :)

      Usuń
    2. Do Pani Baggins:
      Ja kocham samotność, ale od ludzi nie stronię. Towarzystwo kobiet wręcz uwielbiam, ale nie wiem czy zdobył się na jakieś zaangażowanie. Jakiś dziwnym zbiegiem okoliczności, źle się to dal mnie kończy ;)

      Danutę Rinn słuchałem i zawsze mnie ta piosenka wnerwiała, i zawsze miałem ochotę odpowiedzieć jej podobnym tekstem. Ale ktoś już to zrobił przede mną, nawet ciekawie, tylko bij-zabij, już sobie nie przypomnę kto?

      Usuń
    3. Amodeuszu
      Musisz w taki razie wielbić kobiety na odległość.Tak będzie bezpieczniej

      Usuń
  3. Chciałoby się napisać, że mężczyznom jakoś łatwiej się pozbierać, ale nie ma na to reguły. Na pewno im dłużej jest si samemu, tym trudniej przychodzi nawet myśl o tym, że będzie inaczej. Ale nie można wątpić w to, że będzie, bo jak tak w to uwierzymy, to rzeczywiście nic się nie zmieni. Każda potwora znajdzie swojego amatora, podobno. Więc trzeba szukać. Może niekoniecznie z kluczami do mieszkania w dłoni, ale jednak. Trzymam kciuki, żeby się poukładało. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój "ex" w zasadzie liczył na to, że to ja się wyprowadzę z jego mieszkania, gdyby nie to - miałby spory problem i byłaby między nami jatka.
      czekał na wyprowadzkę i jego zachowanie w ostatnim roku agonii małżeństwa to tylko potwierdzało. i dlatego też nie dziwię się, że błyskawicznie już był z inną. czekał na "zielone światło"

      Usuń
    2. Dor ota, Ty mu zostawiłaś mieszkanie?! Aż nie chce mi się wierzyć, co nie znaczy, że Ci nie wierzę.

      Usuń
    3. to nie było moje mieszkanie.
      oni (on i jego rodzice) już na początku naszego małżeństwa zabezpieczali się przed rozwodem.
      najpierw mieszkanie kupili na siebie jego rodzice - wersja dla mnie: mieszkanie jest nasze wspólne (moje i "ex").
      po 5 latach przepisali mieszkanie na swojego syna - wersja dla mnie: mieszkanie jest nasze (moje i "ex")
      a że ja byłam totalną kretynką naiwniaczką - to mi nawet do głowy nie przyszło, że oni zrobili darowiznę mieszkania tylko na swojego syncia i że ja nie mam do niego formalnie prawa.
      ... zwłaszcza, że to taka bardzo katolicka "uczciwa rodzina".
      co więcej: jak się urządzaliśmy, a mieszkanie było kupione w stanie surowym, to wszystkie faktury braliśmy wystawiane na teściów... a oni sobie elegancko rozliczali ulgę budowlaną. - ja z tego grosza nie zobaczyłam i nawet w tamtym czasie mi do głowy nie przyszło, żeby już wtedy rozliczać finansowo rodzinkę i zbierać papiery...
      co więcej (nr 2)... moi rodzice dawali mi do ręki sporą gotówkę na różne mieszkaniowe sprawy, a to dołożyli sporo do samochodu... ale nie przyszło mi do głowy, żeby te pieniądze "puszczać" przez moje konto, żeby później mieć dowód do walki w sądzie.
      :/
      widzisz....
      wierzyłam w uczciwość w małżeństwie, wychodziłam z założenia, że małżeństwo będzie trwałe.
      natomiast wspaniała katolicka rodzina od samego początku zabezpieczała się przed ewentualnym rozwodem... mi by to do głowy nie przyszło.

      ale teraz już się nauczyłam, że jak facet mówi "kocham" to i tak muszę rozliczać każdą złotówke i muszę dbać o swój tyłek.

      Usuń
    4. a! i jeszcze mi się przypomniało! "ex teściowie" w akcie notarialnym darowizny zagwarantowali sobie dożywotnią użyteczność jednego z pokoi, chyba że ich syn wykupi użyteczność za jakąś tam kwotę. fanie, prawda?

      Usuń
    5. Cóż, ja też wierzyłem w „uczciwość” małżeńską i też się na tym przejechałem. Ale mieszkanie zostawiłem eks. Wprawdzie dostałem kaucję, bo to było mieszkanie spółdzielcze, ale i tak jej (właściwie córce na leczenie) zostawiłem. Gdy doszło do rozwodu, nie miało to żadnego znaczenia. Za drugim razem byłem „mądrzejszy” ale i tak zostałem wystrychnięty „na dudka”. Nie musisz więc czuć z tego powodu dyskomfortu. Zawsze któraś ze stron dostaje popalić.

      Usuń
  4. no a jakże się mają ci zainteresowani znaleźć, jak pani siedzi w domu i nosa nie wyściubia? ;) zazwyczaj to jest tak, że jak się zjawi ten odpowiedni, to ani się obejrzysz, a przestaną ci przeszkadzać jego gatki zostawione kiedyś przy okazji, bo akurat wisiały wilgotne w łazience ;) sama jestem już 9 lat i powiem tak... będzie co ma być, poznałam moją samotność, nauczyłam się jej, już tak nie boli, a jak się zjawi ten właściwy to się nauczę dzielić moje terytorium:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jednak coś tam przecież wyściubi!!!
      przyznaję - w ostatnim miesiącu straciłam energię i serce do basenu i ćwiczeń, więc nie uczęszczałam. :(
      ale przez te wszystkie lata regularnie się wychodziło.

      ... przecież nie pójdę do knajpy siedzieć przy barze, żeby jakiegoś gościa "wyrwać" - coś takiego to nie mój poziom.

      jak taka mÓndra Pani jest to poproszę o porady!

      już kiedyś u siebie na blogu takie pytanie zadałam - bo zazwyczaj ludzie są mądrzy mówiąc: znalazłabyś sobie kogoś!
      a jak proszę o porady praktyczne - to jakoś... takoś... nikt nie teges...

      Usuń
  5. ja pierdolę czuję zupełnie to samo. ta nota - to nota o mnie;((((((((((((((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tttaaaa..... mały klubik możemy założyć :/

      a ja chyba nic w nich nie wzbudzam :/

      Usuń
  6. wzbudzam w facetach wstręt i agresję.

    OdpowiedzUsuń
  7. już to kiedyś tu mówiłem ale muszę powtórzyć: zdecydowanie wolę jak piszesz o sobie a nie o polityce i tematach pobocznych
    sensownie to ujęłaś
    myślę że jak byś trafiła na kogoś kto myśli jak ty to oczywiście umiałabyś żyć z kimś pod jednym dachem, i byłby dla ciebie potrzebnym wsparciem, jakby na to nie patrzeć i jakby się nie zapierać ktoś bliski kto poda przysłowiową herbatę w chorobie jest potrzebny
    i choć jestem facetem myślę w tym temacie podobnie jak ty
    mówisz że nie masz powodzenia u płci przeciwnej, moim zdaniem masz, jedynie co to ich do siebie nie dopuszczasz, i nie wiem jak to się dzieje - ale oni ( tzn faceci - płeć przeciwna ) to czują ( ja zresztą też )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tylko, że nawet nie ma kogo "dopuszczać"! - no chyba, że mówisz o moich żonatych adoratorach :/ - bo innych nie mam.

      a w pracy też mam babiniec. jeżeli już są faceci - to są na tyle młodsi, że nie umiem na nich patrzeć jak na mężczyzn, albo żonaci. i nawet jest jeden całkiem fajny (z pewnością młodszy) i widzę, że mu się podobam - żonaty. :/

      a o polityce i kilku tematach pobocznych jakieś tam zdanie i poglądy mam. i wolę właśnie o tym pisać niż o sobie, bo pisanie o sobie najczęściej mnie dołuje.tak jak właśnie ta notka :/

      Usuń
  8. Dorotka ja to nawet żonatym się nie podobam 😊

    U mnie w pracy pełno chłopów. Ale wszystko to gówniarze albo zajęci w sensie žonaci lub zaręczeni lub majàcy dziewczynę. I właśnie ci sa najfajniejsi.


    To jest pech żr fajnu zajebisty kochający wspierający umiejący dbać l drugiego facet przutrafia się komuś innemu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozumiem Cię, bo nie chciałabym być samotna.Pomyśl o sobie, córka opuści dom i doświadczysz syndromu pustego gniazda! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...wiem, że za kilka latek (a minie to błyskawicznie) córa zacznie oddzielne życie.

      Usuń