2009-12-31 20:29
moje noworoczne postanowienie:
BĘDĘ SZCZĘŚLIWA! :)
czego życzę wszystkim odwiedzającym mój kawałek przestrzeni w internecie.
BĘDĘ SZCZĘŚLIWA! :)
czego życzę wszystkim odwiedzającym mój kawałek przestrzeni w internecie.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-12-30 03:13
patrzę na zegarek. jest... 03.11
:/
pierdzielony księżyc.
pełnia jest.
może komuś coś odśnieżyć??? hę??? podjazd jakiś... czy cÓś???
:/
pierdzielony księżyc.
pełnia jest.
może komuś coś odśnieżyć??? hę??? podjazd jakiś... czy cÓś???
Komentarze: 2 pokaż »
2009-12-28 19:23
bardzo lubię czytać książki.
... ale niestety... w ciągu ostatnich kilku lat, miałam co innego na głowie.... było we mnie i wokoło mnie zbyt wiele zawirowań, aby w spokoju móc się skupić przy czytaniu.
książka, którą teraz kończę czytać, pokrywała się kurzem ponad półtora roku...
laurence bergreen " marco polo od wenecji do xanadu".
jest to wspaniale napisana biografia wielkiego podróżnika. czytając... przeniosłam się w tak dziwne kraje... nie dość, że odległe czasowo, a był to XIII wiek, to jeszcze tak bardzo odległe kulturowo.
praktycznie każdy z nas spotkał się, w mniejszym lub większym stopniu, z kulturą średniowiecza w europie...
w tej książce po raz pierwszy spotkałam się z tak dawną kulturą mongołów i chińczyków... oraz różnych innych dziwnych plemion, które marco spotykał podczas swojej podróży.
wczoraj wprawił mnie w zastanowienie jeden fragment...
odniosłam go do dzisiejszych czasów, niby nasyconych seksem , ale myślę że takim bardzo powierzchownym, bez jakiejś głębi.... oraz do mojego życia do niedawna pełnego w tej sferze ogromnych kompleksów, pewnych zahamowań i wielu tematów tabu... ( na szczęście znalazł się "lekarz" w tej materii i "terapia" trwa)
" marco sugeruje, że kobiety w kinsaju - kurtyzany i inne - były odważniejsze i bardziej zmysłowe niż mieszkanki zachodu. nie mylił się: rozwinęła się ram śmiała kultura, w której zachowania seksualne często koncentrowały się na kobiecej rozkoszy. wierzono, że jeżeli to możliwe, kobieta powinna mieć orgazm podczas stosunku; mężczyźni natomiast mieli doświadczać orgazmu jedynie przy wyjątkowych okazjach, aby chronić swą żywotną esencję - nasienie.ostro potępiano u mężczyzn masturbację, uważane za marnowanie nasienia, lecz kobiety subtelnie do niej zachęcano. akcesoria erotyczne mające pomóc kobietom w osiągnięciu orgazmubyły w kinsaju powszechne, a także szeroko omawiano je i opisywano w popularnych ars amandi, zazwyczaj przyjmujących postać fikcyjnych dialogów między historycznymi postaciami. "żywot cesarza wu z dynastii han" napisano ponad tysiąc lat przed przyjazdem marca do kinsaju, lecz wciąż cytowano go w nowszych podręcznikach.".....
i tutaj nastąpiły cytaty tych dawnych poradników dotyczące męskiej potencji, kobiecego orgazmu: o pięciu jego oznakach i zalecanych męskich zachowań oraz opis pięciu pragnień po których można "ocenić reakcję niewiast". no i skrótowy opis kilku prowokujących pozycji erotycznych.
"nawet w niebiańkim mieście swoboda erotyczna miała pewne ograniczenia. całowanie - uważane za intymną część stosunku - było surowo zakazane w miejscach publicznych. nie pochwalano homoseksualizmu wśród mężczyzn, lecz jego żeński odpowiednik był zjawiskiem tolerowanym, a nawet go oczekiwano. u podstawy tej pozornej nierówności leżały chińskie pojęcia yin i yang, żeńskiej i męskiej esencji, a także nacisk na ochronę niezwykle ważnego. lecz występującego w ograniczonej ilości yang. uważano za konieczne, aby mężczyzna strzegł się zbyt częstych wytrysków, które wyczerpywałyby zasoby jego seksualnej energii. twierdzono, że długotrwałe podniecenie jest bardziej pożądane niż zwykła ejakulacja."
i tak sobie myśle... dwa tysiące lat temu w dalekich chinach seksualność człowieka była jego integralną częścią.... ważną częścią....
jak wyglądała europa dwa tysiące lat temu? a nawet za czasów marco polo?
a jak wygląda erotyka dzisiaj?
z jednej strony jest to temat tabu.... o którym się nie rozmawia - tak było w moim przypadku...
a z drugiej, jest to wszystko sprowadzone do biznesu i takiego wyuzdanego wyścigu: kto więcej pokaże, kto "zaliczy" więcej partnerów...
a gdzie erotyka jako sztuka intymności i wzajemnej rozkoszy? ...gdzie wzajemna uwaga na ciało i odczucia drugiej osoby?
szukam w tym wszystkim normalności.
może kiedyś znajdę.
... ale niestety... w ciągu ostatnich kilku lat, miałam co innego na głowie.... było we mnie i wokoło mnie zbyt wiele zawirowań, aby w spokoju móc się skupić przy czytaniu.
książka, którą teraz kończę czytać, pokrywała się kurzem ponad półtora roku...
laurence bergreen " marco polo od wenecji do xanadu".
jest to wspaniale napisana biografia wielkiego podróżnika. czytając... przeniosłam się w tak dziwne kraje... nie dość, że odległe czasowo, a był to XIII wiek, to jeszcze tak bardzo odległe kulturowo.
praktycznie każdy z nas spotkał się, w mniejszym lub większym stopniu, z kulturą średniowiecza w europie...
w tej książce po raz pierwszy spotkałam się z tak dawną kulturą mongołów i chińczyków... oraz różnych innych dziwnych plemion, które marco spotykał podczas swojej podróży.
wczoraj wprawił mnie w zastanowienie jeden fragment...
odniosłam go do dzisiejszych czasów, niby nasyconych seksem , ale myślę że takim bardzo powierzchownym, bez jakiejś głębi.... oraz do mojego życia do niedawna pełnego w tej sferze ogromnych kompleksów, pewnych zahamowań i wielu tematów tabu... ( na szczęście znalazł się "lekarz" w tej materii i "terapia" trwa)
" marco sugeruje, że kobiety w kinsaju - kurtyzany i inne - były odważniejsze i bardziej zmysłowe niż mieszkanki zachodu. nie mylił się: rozwinęła się ram śmiała kultura, w której zachowania seksualne często koncentrowały się na kobiecej rozkoszy. wierzono, że jeżeli to możliwe, kobieta powinna mieć orgazm podczas stosunku; mężczyźni natomiast mieli doświadczać orgazmu jedynie przy wyjątkowych okazjach, aby chronić swą żywotną esencję - nasienie.ostro potępiano u mężczyzn masturbację, uważane za marnowanie nasienia, lecz kobiety subtelnie do niej zachęcano. akcesoria erotyczne mające pomóc kobietom w osiągnięciu orgazmubyły w kinsaju powszechne, a także szeroko omawiano je i opisywano w popularnych ars amandi, zazwyczaj przyjmujących postać fikcyjnych dialogów między historycznymi postaciami. "żywot cesarza wu z dynastii han" napisano ponad tysiąc lat przed przyjazdem marca do kinsaju, lecz wciąż cytowano go w nowszych podręcznikach.".....
i tutaj nastąpiły cytaty tych dawnych poradników dotyczące męskiej potencji, kobiecego orgazmu: o pięciu jego oznakach i zalecanych męskich zachowań oraz opis pięciu pragnień po których można "ocenić reakcję niewiast". no i skrótowy opis kilku prowokujących pozycji erotycznych.
"nawet w niebiańkim mieście swoboda erotyczna miała pewne ograniczenia. całowanie - uważane za intymną część stosunku - było surowo zakazane w miejscach publicznych. nie pochwalano homoseksualizmu wśród mężczyzn, lecz jego żeński odpowiednik był zjawiskiem tolerowanym, a nawet go oczekiwano. u podstawy tej pozornej nierówności leżały chińskie pojęcia yin i yang, żeńskiej i męskiej esencji, a także nacisk na ochronę niezwykle ważnego. lecz występującego w ograniczonej ilości yang. uważano za konieczne, aby mężczyzna strzegł się zbyt częstych wytrysków, które wyczerpywałyby zasoby jego seksualnej energii. twierdzono, że długotrwałe podniecenie jest bardziej pożądane niż zwykła ejakulacja."
i tak sobie myśle... dwa tysiące lat temu w dalekich chinach seksualność człowieka była jego integralną częścią.... ważną częścią....
jak wyglądała europa dwa tysiące lat temu? a nawet za czasów marco polo?
a jak wygląda erotyka dzisiaj?
z jednej strony jest to temat tabu.... o którym się nie rozmawia - tak było w moim przypadku...
a z drugiej, jest to wszystko sprowadzone do biznesu i takiego wyuzdanego wyścigu: kto więcej pokaże, kto "zaliczy" więcej partnerów...
a gdzie erotyka jako sztuka intymności i wzajemnej rozkoszy? ...gdzie wzajemna uwaga na ciało i odczucia drugiej osoby?
szukam w tym wszystkim normalności.
może kiedyś znajdę.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-12-27 20:08
no i znowu usłyszane w tvn fakty....
jakiś czas temu ( chyba jakieś półtora roku temu) mocno promowali w mediach szczepionki na wirusa powodującego raka szyjki macicy. dowiadywałam się wtedy, że są to 3 zastrzyki... za cenę... 1400zł.
ręce mi opadły, gdy to usłyszałam. pomyślałam:... no tak. zdrowie jest dla bogatych.
dzisiaj z "faktów" dowiedziałam się, że wzięły się za to samorządy i powykupowały za setki tysięcy szczepionki dla swoich mieszkańców.
no i chwała im za to.
no... ale...
potem padła wypowiedź jakiegoś naukowca, że... działanie tej szczepionki nie jest jeszcze znane i nie wiadomo, czy ona wogóle działa na tego wirusa... i że okaże się to za jakieś... 20 lat.
firmy farmaceutyczne porafią trzepać niezłą kasę... a społeczeństwo jest królikiem doświadczalnym.
w przyszłości będę się trzymała z dala od wszelkich szczepionkowych nowości (co robię również teraz). i z pewnością nie dam się namówić, gdy kolejnej zimy pojawi się następna "bardzo groźna" mutacja grypy i będą ludziom wciskali nie sprawdzone dokładnie szczepionki.
jakiś czas temu ( chyba jakieś półtora roku temu) mocno promowali w mediach szczepionki na wirusa powodującego raka szyjki macicy. dowiadywałam się wtedy, że są to 3 zastrzyki... za cenę... 1400zł.
ręce mi opadły, gdy to usłyszałam. pomyślałam:... no tak. zdrowie jest dla bogatych.
dzisiaj z "faktów" dowiedziałam się, że wzięły się za to samorządy i powykupowały za setki tysięcy szczepionki dla swoich mieszkańców.
no i chwała im za to.
no... ale...
potem padła wypowiedź jakiegoś naukowca, że... działanie tej szczepionki nie jest jeszcze znane i nie wiadomo, czy ona wogóle działa na tego wirusa... i że okaże się to za jakieś... 20 lat.
firmy farmaceutyczne porafią trzepać niezłą kasę... a społeczeństwo jest królikiem doświadczalnym.
w przyszłości będę się trzymała z dala od wszelkich szczepionkowych nowości (co robię również teraz). i z pewnością nie dam się namówić, gdy kolejnej zimy pojawi się następna "bardzo groźna" mutacja grypy i będą ludziom wciskali nie sprawdzone dokładnie szczepionki.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-12-26 18:31
córcia zaczyna dostrzegać już pewne rzeczy sama....
w wigilię "ex" zabrał ją do siebie. przywiózł mi ją spowrotem na następny dzień wieczorem.
... gdy już usypiałyśmy... córcia się rozkleiła... zaczęła płakać i bardzo się żalić...
... bo babcia ciągle tylko stoi w kuchni i gotuje, zmywa... albo w domu sprząta... i nią się nie zajmuje... dziadek też nie za bardzo zwraca na nią uwagę... i tylko jak je obiad, to babcia każe jej wszystko zjadać, nawet jak ona nie ma już ochoty, albo jej nie smakuje... (... bo dzieci muszą dużo jeść) tak ogólnie jest to moja stara obserwacja: "ex" teściowa ciągle coś robi, gotuje, sprząta, zmywa, podlewa, pieli grządki... i ciągle w ruchu, ciągle lata.... sama kiedyś powiedziała wprost: ja to zawsze wolałam w polu robić niż się dziećmi zajmować....
a największy żal córci... (i każdego dziecka na święta...) - nie dostała od dziadków prezentu na gwiazdkę.
i tylko usłyszałam, jak płacząc powiedziała: a tatusiowi to dali dwa pliki pieniędzy związne gumką recepturką na nowy samochód.... a nie mają pieniędzy na prezent dla mnie...
(trochę mnie zaskoczyła informacja o pieniądzach na samochód. wiem, że "ex" kupił sobie nowy samochód chyba we wrześniu)
a potem jeszcze płakała, że od taty na mikołaja też nie dostała w zasadzie prezentu...
i to jest prawda, ponieważ "ex" uwielbia robić wszystko jak najmniejszym kosztem, jeżeli sprawy dotyczą innych. "ex" dostał ze swojej firmy kilkukilogramową pakę ze słodyczami, którą dał w ramach prezentu mikołajkowego. taki z niego dobry tatuś! a czy kupił coś córci, tak od siebie? - nie. po co? a jak mu zwróciłam uwagę, że nie powinien dawać dziecku takiej ilości słodyczy naraz bo będzie chciała jeść, to się obruszył, że mu zwracam uwagę i stwierdził: to niech się nauczy samodyscypliny.
( trochę słodyczy zostawiłyśmy dla siebie a resztę, bez najmniejszego żalu ze strony córci, wraz z pewną ilością naszych niepotrzebnych ubrań, oddałyśmy takiej kobiecie z dwójką dzieci)
na urodziny córci... ze strony młodego była rodzinna składka... złożyli się na domek dla "littlest pet shop", kupione na allegro... sprawdziłam: dali za to około 218zł...
luuudzie....
żeby to jeszcze na biednych trafiło.... to byłoby jak najbardziej w porządku.... ale wiem, że dziadkowie kasę mają. ("ex" też ma)
...a mają jedną wnuczkę....
w wigilię "ex" zabrał ją do siebie. przywiózł mi ją spowrotem na następny dzień wieczorem.
... gdy już usypiałyśmy... córcia się rozkleiła... zaczęła płakać i bardzo się żalić...
... bo babcia ciągle tylko stoi w kuchni i gotuje, zmywa... albo w domu sprząta... i nią się nie zajmuje... dziadek też nie za bardzo zwraca na nią uwagę... i tylko jak je obiad, to babcia każe jej wszystko zjadać, nawet jak ona nie ma już ochoty, albo jej nie smakuje... (... bo dzieci muszą dużo jeść) tak ogólnie jest to moja stara obserwacja: "ex" teściowa ciągle coś robi, gotuje, sprząta, zmywa, podlewa, pieli grządki... i ciągle w ruchu, ciągle lata.... sama kiedyś powiedziała wprost: ja to zawsze wolałam w polu robić niż się dziećmi zajmować....
a największy żal córci... (i każdego dziecka na święta...) - nie dostała od dziadków prezentu na gwiazdkę.
i tylko usłyszałam, jak płacząc powiedziała: a tatusiowi to dali dwa pliki pieniędzy związne gumką recepturką na nowy samochód.... a nie mają pieniędzy na prezent dla mnie...
(trochę mnie zaskoczyła informacja o pieniądzach na samochód. wiem, że "ex" kupił sobie nowy samochód chyba we wrześniu)
a potem jeszcze płakała, że od taty na mikołaja też nie dostała w zasadzie prezentu...
i to jest prawda, ponieważ "ex" uwielbia robić wszystko jak najmniejszym kosztem, jeżeli sprawy dotyczą innych. "ex" dostał ze swojej firmy kilkukilogramową pakę ze słodyczami, którą dał w ramach prezentu mikołajkowego. taki z niego dobry tatuś! a czy kupił coś córci, tak od siebie? - nie. po co? a jak mu zwróciłam uwagę, że nie powinien dawać dziecku takiej ilości słodyczy naraz bo będzie chciała jeść, to się obruszył, że mu zwracam uwagę i stwierdził: to niech się nauczy samodyscypliny.
( trochę słodyczy zostawiłyśmy dla siebie a resztę, bez najmniejszego żalu ze strony córci, wraz z pewną ilością naszych niepotrzebnych ubrań, oddałyśmy takiej kobiecie z dwójką dzieci)
na urodziny córci... ze strony młodego była rodzinna składka... złożyli się na domek dla "littlest pet shop", kupione na allegro... sprawdziłam: dali za to około 218zł...
luuudzie....
żeby to jeszcze na biednych trafiło.... to byłoby jak najbardziej w porządku.... ale wiem, że dziadkowie kasę mają. ("ex" też ma)
...a mają jedną wnuczkę....
Komentarze: 2 pokaż »
2009-12-21 21:26
usłyszałam w tv. ciekawe, czy ludzie się nad tym zastanawiają. przede wszystkim dotyczy to rodziców.
dzieci otacza przemoc.
walki i wybuchy są w bajkach, w grach komputerowych jest pełno strzelaniny, lecą urywane głowy i krew. przede wszystkim chłopcom do zabawy kupuje się plastikowe pistolety i miecze...
i rodzice nie starają się za wszelką cenę ograniczyć dostęp dziecka do agresji.
czy psychika dziecka jest wystarczająco silna, aby sobie z tym poradzić? nie.
za to... rodzice za wszelką cenę ograniczają dzieciom dostęp do scen w filmach, w których ludzie się całują, dotykają, pieszczą...
ograniczają dostęp do rzeczy kojarzących się z bezpieczeństwem, ciepłem, czułością... no i seksem.
co jest lepsze: gdy dziecko zobaczy scenę, w której ktoś do kogoś strzela i rozbryzguje się krew... czy lepiej będzie, gdy zobaczy namiętnie całującą się parę?
czy nie lepiej wtedy wyjaśniać dziecku, że ludzie się tak bardzo kochają i sprawia im wielką przyjemność całowanie... czy lepiej tłumaczyć, dlaczego ludzie do siebie strzelają....
jasne.... dzieciom trzeba tłumaczyć wszystko. te złe rzeczy też...
ale gdy widzę w tv krwawą strzelaninę - to przełączam kanał, tłumacząc córci, że nie chcę aby oglądała takie koszmarne rzeczy...
... gdy widzę całującą się i pieszczącą parę, lub w dyskretny sposób pokazany seks... pozwalam jej oglądać. tłumaczę jej, co widzi. nie pozostawiam z niezdrowymi domysłami....
odpowiadam na każde pytanie. zwłaszcza, że widzę, jak bardzo ją to interesuje. :) tak na wesoło, z dziecinną ciekawością dotyczącą "dorosłych spraw".
chcę, aby to ona kiedyś uświadamiała koleżanki i nie była "karmiona" rozmaitymi zabobonami.
dlaczego wśród dzieci jest taki powszechny dostęp do agresji w różnej formie... a tematem tabu jest cielesność i intymność....
dzieci otacza przemoc.
walki i wybuchy są w bajkach, w grach komputerowych jest pełno strzelaniny, lecą urywane głowy i krew. przede wszystkim chłopcom do zabawy kupuje się plastikowe pistolety i miecze...
i rodzice nie starają się za wszelką cenę ograniczyć dostęp dziecka do agresji.
czy psychika dziecka jest wystarczająco silna, aby sobie z tym poradzić? nie.
za to... rodzice za wszelką cenę ograniczają dzieciom dostęp do scen w filmach, w których ludzie się całują, dotykają, pieszczą...
ograniczają dostęp do rzeczy kojarzących się z bezpieczeństwem, ciepłem, czułością... no i seksem.
co jest lepsze: gdy dziecko zobaczy scenę, w której ktoś do kogoś strzela i rozbryzguje się krew... czy lepiej będzie, gdy zobaczy namiętnie całującą się parę?
czy nie lepiej wtedy wyjaśniać dziecku, że ludzie się tak bardzo kochają i sprawia im wielką przyjemność całowanie... czy lepiej tłumaczyć, dlaczego ludzie do siebie strzelają....
jasne.... dzieciom trzeba tłumaczyć wszystko. te złe rzeczy też...
ale gdy widzę w tv krwawą strzelaninę - to przełączam kanał, tłumacząc córci, że nie chcę aby oglądała takie koszmarne rzeczy...
... gdy widzę całującą się i pieszczącą parę, lub w dyskretny sposób pokazany seks... pozwalam jej oglądać. tłumaczę jej, co widzi. nie pozostawiam z niezdrowymi domysłami....
odpowiadam na każde pytanie. zwłaszcza, że widzę, jak bardzo ją to interesuje. :) tak na wesoło, z dziecinną ciekawością dotyczącą "dorosłych spraw".
chcę, aby to ona kiedyś uświadamiała koleżanki i nie była "karmiona" rozmaitymi zabobonami.
dlaczego wśród dzieci jest taki powszechny dostęp do agresji w różnej formie... a tematem tabu jest cielesność i intymność....
Komentarze: 6 pokaż »
2009-12-19 11:23
no!
:)
w nocy jednak nie zmarzłam - zaczęli późnym wieczorem grzać. :)
już zaczyna się powoli temat przedstawiania kandydatów na prezydenta polski.
ciekawe, którzy politycy będą startowali...
poobserwuję temat.
od wielu lat nie chodziłam na wybory, bo nie widziałam najmniejszego sensu... ci "na górze" bardziej zajęci są partyjnymi wojenkami a nie dobrem kraju i ludzi... a to co mówią w kampaniach, te górnolotne slogany... potem ma się to nijak do rzeczywistości. to stołeczki są najważniejsze.
ale teraz pójdę.
niech przynajmniej prezydentem będzie człowiek zrównoważony, reprezentacyjny, potrafiący się wysłowić...
:)
w nocy jednak nie zmarzłam - zaczęli późnym wieczorem grzać. :)
już zaczyna się powoli temat przedstawiania kandydatów na prezydenta polski.
ciekawe, którzy politycy będą startowali...
poobserwuję temat.
od wielu lat nie chodziłam na wybory, bo nie widziałam najmniejszego sensu... ci "na górze" bardziej zajęci są partyjnymi wojenkami a nie dobrem kraju i ludzi... a to co mówią w kampaniach, te górnolotne slogany... potem ma się to nijak do rzeczywistości. to stołeczki są najważniejsze.
ale teraz pójdę.
niech przynajmniej prezydentem będzie człowiek zrównoważony, reprezentacyjny, potrafiący się wysłowić...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-12-18 18:36
no i kurde... wzięła i pękła... czy cÓś.... rura....
jest awaria sieci ciepłowinczej.
:/
na dworze -12....
a u mnie w domu... grzejniki zimne... ciepłej wody brak...
bbbuuuuu....
zimno....
jest awaria sieci ciepłowinczej.
:/
na dworze -12....
a u mnie w domu... grzejniki zimne... ciepłej wody brak...
bbbuuuuu....
zimno....
Komentarze: 1 pokaż »
2009-12-16 10:13
właśnie dostałam list.
:)
bardzo się ucieszyłam.
dwa lata temu po raz pierwszy oddałam krew. (i na szczęście jedyny, bo kolejne 2 razy nie zostałam dopuszczona z powodu delikatnie za słabych, jak na krwiodawcę, wyników).
gdy dowiedziałam się o boreliozie, uświadomiłam sobie, że najprawdopodobniej przekazałam chorobę jakiemuś człowiekowi.
napisałam list do stacji krwiodawstwa z prośbą o odnalezienie tej osoby i przekazanie inforamcji o konieczności wykonania badania krwi.
dzisiaj dostałam odpowiedź, że uruchomili swoje procedury i pacjent zostanie powiadomiony.
:)
cieszę się z tego bardzo, że człowiek będzie miał informację... że jeżeli faktycznie został zakażony, to będzie wiedział skąd biorą się jego problemy ze zdrowiem, że nie będzie szukał po omacku.... bo gdyby o tym nie wiedział, to by się wykończył...
bardzo mi żal, że nie będę mogła oddawać już krwi...
to było dla mnie bardzo ważne...
:)
bardzo się ucieszyłam.
dwa lata temu po raz pierwszy oddałam krew. (i na szczęście jedyny, bo kolejne 2 razy nie zostałam dopuszczona z powodu delikatnie za słabych, jak na krwiodawcę, wyników).
gdy dowiedziałam się o boreliozie, uświadomiłam sobie, że najprawdopodobniej przekazałam chorobę jakiemuś człowiekowi.
napisałam list do stacji krwiodawstwa z prośbą o odnalezienie tej osoby i przekazanie inforamcji o konieczności wykonania badania krwi.
dzisiaj dostałam odpowiedź, że uruchomili swoje procedury i pacjent zostanie powiadomiony.
:)
cieszę się z tego bardzo, że człowiek będzie miał informację... że jeżeli faktycznie został zakażony, to będzie wiedział skąd biorą się jego problemy ze zdrowiem, że nie będzie szukał po omacku.... bo gdyby o tym nie wiedział, to by się wykończył...
bardzo mi żal, że nie będę mogła oddawać już krwi...
to było dla mnie bardzo ważne...
Komentarze: 4 pokaż »
2009-12-15 09:37
:)
temat wiecznie budzący emocje - kobiety i mężczyźni za kierownicą.
siedzę sobie dzisiaj, przeglądam w interniecie oferty pracy, popijam kawkę a w tle pogrywa sobie tvn24.
no i słyszę, że zaczyna mówić instruktor ze szkoły bezpiecznej jazdy.
:)
część tego co mówił dotyczyło statystyk. wiadomo, że mężczyzn za kierownicą jest więcej nż kobiet... no ale statystycznie... kobiety powodują mniej wypadków, a jeżeli już to są one niegroźne. to mężczyźni w wyniku swojej brawury powodują większość groźnych sytuacji i wypadków. statystycznie rzecz ujmując oczywiście.
w sondażach zapytano mężczyzn, czy mają problemy z jazdą do tyłu i parkowaniem tyłem. wszyscy twierdzili, że nie mają z tym problemu, natomiast w znacznej części to kobiety przyznawały się do takich problemów ( mi np. ciężko jest jechać tyłem po prostej :) za to spokojnie mogę tyłem manewrować po parkingu). a statystyki pokazują, że więcej uszkodzeń samochodów podczas jazdy tyłem, czy wjeżdżania do garażu powodują mężczyźni.
:)
ach, jak ja się ucieszyłam, gdy usłyszałam to z ust instruktora bezpiecznej jazdu i to do tego faceta
:)
zdecydowanie bardziej wolę spotkać na drodze kobietę "ciągnącą" się lewym pasem jezdni.... bo sobie ją wyprzedzę i tyle... natomiast boję się tych cFaniaczków robiących slalomy na pełnym gazie między samochodami...
temat wiecznie budzący emocje - kobiety i mężczyźni za kierownicą.
siedzę sobie dzisiaj, przeglądam w interniecie oferty pracy, popijam kawkę a w tle pogrywa sobie tvn24.
no i słyszę, że zaczyna mówić instruktor ze szkoły bezpiecznej jazdy.
:)
część tego co mówił dotyczyło statystyk. wiadomo, że mężczyzn za kierownicą jest więcej nż kobiet... no ale statystycznie... kobiety powodują mniej wypadków, a jeżeli już to są one niegroźne. to mężczyźni w wyniku swojej brawury powodują większość groźnych sytuacji i wypadków. statystycznie rzecz ujmując oczywiście.
w sondażach zapytano mężczyzn, czy mają problemy z jazdą do tyłu i parkowaniem tyłem. wszyscy twierdzili, że nie mają z tym problemu, natomiast w znacznej części to kobiety przyznawały się do takich problemów ( mi np. ciężko jest jechać tyłem po prostej :) za to spokojnie mogę tyłem manewrować po parkingu). a statystyki pokazują, że więcej uszkodzeń samochodów podczas jazdy tyłem, czy wjeżdżania do garażu powodują mężczyźni.
:)
ach, jak ja się ucieszyłam, gdy usłyszałam to z ust instruktora bezpiecznej jazdu i to do tego faceta
:)
zdecydowanie bardziej wolę spotkać na drodze kobietę "ciągnącą" się lewym pasem jezdni.... bo sobie ją wyprzedzę i tyle... natomiast boję się tych cFaniaczków robiących slalomy na pełnym gazie między samochodami...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-12-12 22:04
wczoraj oglądałam walkę najmana i pudzianowskiego. (i jeszcze kilka "okolicznych" walk)
nnnoooo.....
nie spodziewałam się czegoś takiego.....
pudzian mnie niesamowicie zaskoczył. widać było, że nieźle się przygotowywał. widać było szybkość. no i widać było, jak wręcz rozsadzała go adrenalina.
ale... po kiego czorta strzelił sobie na plecy tą "naklejkę" z reklamą? mało mu kasy? no dobra... inni też mają reklamy. no ale mają na spodenkach...
a inne walki? ciekawe. a nawet fajne. choć niewiele ma to wspólnego ze sportem. ale dobrze, że jest coś takiego, bo chyba lepiej aby faceci tłukli się na ringu niż siali zagrożenie na ulicy.
wiadomo... faceci, patrząc na całokształt populacji, od zawsze mieli problem z testosteronem i adrenaliną.
nnnoooo.....
nie spodziewałam się czegoś takiego.....
pudzian mnie niesamowicie zaskoczył. widać było, że nieźle się przygotowywał. widać było szybkość. no i widać było, jak wręcz rozsadzała go adrenalina.
ale... po kiego czorta strzelił sobie na plecy tą "naklejkę" z reklamą? mało mu kasy? no dobra... inni też mają reklamy. no ale mają na spodenkach...
a inne walki? ciekawe. a nawet fajne. choć niewiele ma to wspólnego ze sportem. ale dobrze, że jest coś takiego, bo chyba lepiej aby faceci tłukli się na ringu niż siali zagrożenie na ulicy.
wiadomo... faceci, patrząc na całokształt populacji, od zawsze mieli problem z testosteronem i adrenaliną.
Komentarze: 5 pokaż »
2009-12-10 22:50
dzisiaj tak sobie pykałam po kanałach tv.... no i gdzie się wpyknęłam?
rozmowy w toku na tvn.
było o wielodzietnch rodzinach... bardzo wielodzietnych...
jest to dla mnie sprawa całkowicie niezrozumiała.... bida w domu a tu kilkanaścioro dzieci... trochę późno przełączyłam, ale chyba była mowa o 15... czy coś...
dla mnie jest to skrajna nieodpowiedzialność.
jeszcze rozumiem - bogaci ludzie, których stać na utrzymanie tak wielkiej rodziny. nie oszukujmy się - dzieci kosztują i trzeba im zpewnić coś więcej niż tylko "kromkę chleba" i coś do zarzucenia na grzbiet.
a jedna rodzinka to mnie "rozwaliła" totalnie - małżeństwo i 7 dzieci.
facet stwierdził, że chce mieć dużo dzieci, bo to dla niego inwestycja - jak dzieci się usamodzielnią będzie od nich oczekiwał, że będą mu płacili dziesiątą część swoich dochodów. (drzyzga i obecna na sali psycholożka zrobiły wielce zaskoczone miny)
na pytanie jak sobie radzą finansowo - kobieta mówi, że utrzymują się z pensji męża (jakieś 2700) a ona dodatkowo załatwia pieniądze z urzędu gminy i mopsu.
a gdy drzyzga spytała się ją, czy planuje jeszcze kolejne dzieci... - odpowiedziała, że ona nie planuje dzieci, bo to bóg za nią planuje. i jak bóg tak zaplanuje to będzie miała więcej dzieci i wtedy pewnie bóg zaplanuje nowe źródło utrzymania.
kolejną wypowiedzią małżeństwa było to, że obowiązkiem państwa jest dawać pieniądze na utrzymanie ich dzieci...
dla mnie to pełnowymiarowa hipokryzja i postawa roszczeniowa...
dzieci "daje" bóg... ale kasę na ich utrzymanie wyciągają od państwa. szkoda, że nie od kościoła. tak byłoby przynajmniej uczciwie.
rozmowy w toku na tvn.
było o wielodzietnch rodzinach... bardzo wielodzietnych...
jest to dla mnie sprawa całkowicie niezrozumiała.... bida w domu a tu kilkanaścioro dzieci... trochę późno przełączyłam, ale chyba była mowa o 15... czy coś...
dla mnie jest to skrajna nieodpowiedzialność.
jeszcze rozumiem - bogaci ludzie, których stać na utrzymanie tak wielkiej rodziny. nie oszukujmy się - dzieci kosztują i trzeba im zpewnić coś więcej niż tylko "kromkę chleba" i coś do zarzucenia na grzbiet.
a jedna rodzinka to mnie "rozwaliła" totalnie - małżeństwo i 7 dzieci.
facet stwierdził, że chce mieć dużo dzieci, bo to dla niego inwestycja - jak dzieci się usamodzielnią będzie od nich oczekiwał, że będą mu płacili dziesiątą część swoich dochodów. (drzyzga i obecna na sali psycholożka zrobiły wielce zaskoczone miny)
na pytanie jak sobie radzą finansowo - kobieta mówi, że utrzymują się z pensji męża (jakieś 2700) a ona dodatkowo załatwia pieniądze z urzędu gminy i mopsu.
a gdy drzyzga spytała się ją, czy planuje jeszcze kolejne dzieci... - odpowiedziała, że ona nie planuje dzieci, bo to bóg za nią planuje. i jak bóg tak zaplanuje to będzie miała więcej dzieci i wtedy pewnie bóg zaplanuje nowe źródło utrzymania.
kolejną wypowiedzią małżeństwa było to, że obowiązkiem państwa jest dawać pieniądze na utrzymanie ich dzieci...
dla mnie to pełnowymiarowa hipokryzja i postawa roszczeniowa...
dzieci "daje" bóg... ale kasę na ich utrzymanie wyciągają od państwa. szkoda, że nie od kościoła. tak byłoby przynajmniej uczciwie.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-12-09 17:25
:)
żyję!!!!
:)
stracha miałam niezłego... jestem zmęczona, boli mnie szczęka... ale jestem zadowolona, że wreszcie się zdecydowałam.
ząb mądrości wyrwany!
trochę mnie zaskoczył sposób w jaki się to odbywało.
najpierw zrobili ze mną wywiad lekarski, potem musiałam się przebrać w taki biały kaftanik (długość rękawków była standartowa :))
nie siedziałam w normalnym fotelu dentystycznym, tylko położyli mnie na leżance, poprzykrywali jakimiś płachtami... głowę i oczy też zakryli...
czułam się z tym wszystkim bardzo dziwnie.
a potem ... cyk! znieczulenie.... potem czułam tylko, jak mi dentystka na szczękę naciskała i ją szarpała. i trochę czułam, gdy mi zakładała szwy na dziąsło.
ale zero bólu.
teraz sobie siedzę... tabletki przeciwbólowe nawet działają. czuję wprawdzie jak mnie boli, ale nie jest tak strasznie.
jutro idę do kontroli a za tydzień będą mi zdejmować szwy.
najgorzej było... w końcu podjąć konkretną decyzję.
jestem z siebie naprawdę zadowolona, bo skradałam się do tego od początku tego roku.
żyję!!!!
:)
stracha miałam niezłego... jestem zmęczona, boli mnie szczęka... ale jestem zadowolona, że wreszcie się zdecydowałam.
ząb mądrości wyrwany!
trochę mnie zaskoczył sposób w jaki się to odbywało.
najpierw zrobili ze mną wywiad lekarski, potem musiałam się przebrać w taki biały kaftanik (długość rękawków była standartowa :))
nie siedziałam w normalnym fotelu dentystycznym, tylko położyli mnie na leżance, poprzykrywali jakimiś płachtami... głowę i oczy też zakryli...
czułam się z tym wszystkim bardzo dziwnie.
a potem ... cyk! znieczulenie.... potem czułam tylko, jak mi dentystka na szczękę naciskała i ją szarpała. i trochę czułam, gdy mi zakładała szwy na dziąsło.
ale zero bólu.
teraz sobie siedzę... tabletki przeciwbólowe nawet działają. czuję wprawdzie jak mnie boli, ale nie jest tak strasznie.
jutro idę do kontroli a za tydzień będą mi zdejmować szwy.
najgorzej było... w końcu podjąć konkretną decyzję.
jestem z siebie naprawdę zadowolona, bo skradałam się do tego od początku tego roku.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-12-05 20:09
skradam się do tego już od wielu miesięcy...
ale postanowiłam.
w środę idę do dentysty wyrwać zęba mądrości.
kilkanaście lat temu miałam już niezłe przeboje z innym takim mądrym ząbkiem. miałam stany zapalne, które doprowadziły do szczękościsku.
jak wyrwałam chwasta, to wszystko się uspokoiło.
a ten ząb jest dosyć nietypowy, bo rośnie sobie w poziomie.
:)
korzeń zęba nie jest skierowany w dół, tylko w bok w stronę "zawiasów" szczęki.
... no i tak sobie urósł leżąco.
kurde...
boję się.
ale postanowiłam.
w środę idę do dentysty wyrwać zęba mądrości.
kilkanaście lat temu miałam już niezłe przeboje z innym takim mądrym ząbkiem. miałam stany zapalne, które doprowadziły do szczękościsku.
jak wyrwałam chwasta, to wszystko się uspokoiło.
a ten ząb jest dosyć nietypowy, bo rośnie sobie w poziomie.
:)
korzeń zęba nie jest skierowany w dół, tylko w bok w stronę "zawiasów" szczęki.
... no i tak sobie urósł leżąco.
kurde...
boję się.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-12-03 14:33
co chwila są migawki w tv dotyczące polańskiego.
wg mnie powinien odpowiedzieć z to zo zrobił.
bo nie dość, że uprawiał seks z 13-letnią dziewczynką, to jeszcze przez 30 lat omijał kraje, w których mógłby zostać zatrzymany przez policję. w wyrachowany sposób pokazywał, że jest ponad prawem. że jemu - wielkiemu reżyserowi - wolno wszystko.
czy gdyby był zwykłym kowalskim, to byłyby coś takiego możliwe? czy byłyby głosy na siłę usprawiedliwiające takie postępowanie?
... natomiast, gdy coś takiego popełni wielki reżyser polański... bo on niby artystyczna, zagubiona dusza... bo ludzie wybitni często są zagubieni w swoich emocjach i popełniają błędy...
to nic, że minęło tyle lat... powinien zostać za to osądzony.
gdyby polański był uczciwym człowiekiem... to nie uciekałby przez tyle lat.
wg mnie powinien odpowiedzieć z to zo zrobił.
bo nie dość, że uprawiał seks z 13-letnią dziewczynką, to jeszcze przez 30 lat omijał kraje, w których mógłby zostać zatrzymany przez policję. w wyrachowany sposób pokazywał, że jest ponad prawem. że jemu - wielkiemu reżyserowi - wolno wszystko.
czy gdyby był zwykłym kowalskim, to byłyby coś takiego możliwe? czy byłyby głosy na siłę usprawiedliwiające takie postępowanie?
... natomiast, gdy coś takiego popełni wielki reżyser polański... bo on niby artystyczna, zagubiona dusza... bo ludzie wybitni często są zagubieni w swoich emocjach i popełniają błędy...
to nic, że minęło tyle lat... powinien zostać za to osądzony.
gdyby polański był uczciwym człowiekiem... to nie uciekałby przez tyle lat.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-11-30 17:43
dzisiaj byłam u koleżanki.
nie kontaktowałyśmy się od kilku lat.
koleżanka niedawno od mojego ojca dowiedziała się o moim rozwodzie... była w szoku. stwierdziła, że gdy to usłyszała to poczuła, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody.
dowiedziałam się o mężowskiej wersji porzucenia przez złą żonę: on wyjechał na szkolenie (2 tygodniowe) a jak wrócił do mieszkania to okazało się, że się wyprowadziłam... podobno był w wielkim szoku, bo zupełnie się tego nie spodziewał, nie rozumiał dlaczego tak się stało...
(od innej znajomej dowiedziałam się, że zostawiłam go dla innego faceta. a jest to również kłamstwem.)
hipokryzja i fantazja mojego "ex" mnie dosłownie powala.
moja wyprowadzka była zupełnie inna.
o tym, że wynajęłam mieszkanie wiedział miesiąc przed wyprowadzką... jeszcze mnie prosił, abym przez te 2 tygodnie jego szkolenia, przemyślała sobie wszystko jeszcze raz, i abym dała mu szansę... nawet zaczął przysyłać wielkie bukiety kwiatów na przeprosiny/!!!!/ doskonale wiedział, że od wielu lat między nami było bardzo źle... sam wcześniej mówił, że jak ma tak dalej być między nami, to powinniśmy się rozwieść...
i faktycznie. plan był taki, że w trakcie jego szkolenia chciałam się wyprowadzić...ale niestety nie wyszło... właściciele mieszkania przyjechali z anglii na kilka dni, ponieważ ktoś z ich rodziny im umierał...
udało mi się wywieźć tylko część rzeczy...
a gdy "ex" wrócił ze szkolenia mieszkaliśmy jeszcze razem około tygodnia...
potem mogłam się już wyprowadzić do końca...
a wyglądało to tak, że "ex" siedział w fotelu i oglądał tv, a ja (po pracy) pakowałam w torby resztę ciuchów, pościel ... i wywoziłam partiami do wynajmowanego mieszkania...
a na sam koniec wywożenia maneli.... (i o to mam do siebie żal... bo głupia jestem...) "ex" spytał się jak się włącza pralkę.... (przez 10 lat małżeństwa nigdy samodzielnie z niej nie skorzystał)... a ja kretynka mu powiedziałam... zamiast go wyśmiać....
nie kontaktowałyśmy się od kilku lat.
koleżanka niedawno od mojego ojca dowiedziała się o moim rozwodzie... była w szoku. stwierdziła, że gdy to usłyszała to poczuła, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody.
dowiedziałam się o mężowskiej wersji porzucenia przez złą żonę: on wyjechał na szkolenie (2 tygodniowe) a jak wrócił do mieszkania to okazało się, że się wyprowadziłam... podobno był w wielkim szoku, bo zupełnie się tego nie spodziewał, nie rozumiał dlaczego tak się stało...
(od innej znajomej dowiedziałam się, że zostawiłam go dla innego faceta. a jest to również kłamstwem.)
hipokryzja i fantazja mojego "ex" mnie dosłownie powala.
moja wyprowadzka była zupełnie inna.
o tym, że wynajęłam mieszkanie wiedział miesiąc przed wyprowadzką... jeszcze mnie prosił, abym przez te 2 tygodnie jego szkolenia, przemyślała sobie wszystko jeszcze raz, i abym dała mu szansę... nawet zaczął przysyłać wielkie bukiety kwiatów na przeprosiny/!!!!/ doskonale wiedział, że od wielu lat między nami było bardzo źle... sam wcześniej mówił, że jak ma tak dalej być między nami, to powinniśmy się rozwieść...
i faktycznie. plan był taki, że w trakcie jego szkolenia chciałam się wyprowadzić...ale niestety nie wyszło... właściciele mieszkania przyjechali z anglii na kilka dni, ponieważ ktoś z ich rodziny im umierał...
udało mi się wywieźć tylko część rzeczy...
a gdy "ex" wrócił ze szkolenia mieszkaliśmy jeszcze razem około tygodnia...
potem mogłam się już wyprowadzić do końca...
a wyglądało to tak, że "ex" siedział w fotelu i oglądał tv, a ja (po pracy) pakowałam w torby resztę ciuchów, pościel ... i wywoziłam partiami do wynajmowanego mieszkania...
a na sam koniec wywożenia maneli.... (i o to mam do siebie żal... bo głupia jestem...) "ex" spytał się jak się włącza pralkę.... (przez 10 lat małżeństwa nigdy samodzielnie z niej nie skorzystał)... a ja kretynka mu powiedziałam... zamiast go wyśmiać....
Komentarze: 4 pokaż »
2009-11-28 20:00
jakoś na początku listopada "ex" zainteresował się komunią swojej córci.
to, że młoda idzie do komunii, powinno być tylko i wyłącznie jego sprawą. ja jestem ateistką i on doskonale o tym wie. ... ale oczywiście lekceważył moję poglądy w bardzo wielu sytuacjach.
nie przypominałam mu o komunii, bo byłam ciekawa, kiedy mu to wpadnie do głowy. ... albo ktoś mu powie, co dla mnie jest bardziej prawdopodobne.
córcia oczywiście terminowo zaliczała u księdza wszystkie modlitwy. teoretycznie powinnam z nią chodzić do kościoła... ale jakoś mi się to nie uśmiechało i nie chodziłam.
taaa....
w listopadzie "ex" już się zobowiązał, że pójdzie z córcią... i co? oczywiście nastąpiła "tradycja". "coś" mu w pracy wypadło.... coś tak bezsensownego i wg mnie abstrakcyjnego, że nawet nie chce mi się opisywać...
no i ateistka trafiła do kościoła. :/
poczułam się przez chwilę, jakbym była w jakimś wojsku: "na komendę" klęknąć, wstać, wykonać taki a nie inny gest...
zastanawiam się, czy ci ludzie słuchają ze zrozumieniem słowa księdza i czy on sam jest świadomy tego, co mówi.
w kazaniu był taki fragment, w którym ksiądz opisywał jezusa upominającego jakiegoś człowieka przy niechrześcijańskiej świątyni... "dlaczego budujecie takie wielkie świątynie? co po nich zostanie, gdy zostaną zburzone... gruzy... pył..."
i tak sobie popatrzyłam w jakim wielkim kościele siedzę... sami budują potężne budowle....
ostatnio księża bulwersują się wyrokiem trybunału, dotyczącego krzyży w miejscach publicznych.
polska jest krajem świeckim. jest zapis o rozdziale państwa i kościoła.
w instytucjach państwowych nie powinno być symboli religijnych. religia jest prywatną sprawą każdego człowieka. nie można narzucać innym ludziom swojej wiary ani jej symboliki.
słyszałam wczoraj wypowiedź jakiegoś doktora z wydziału prawa wyznaniowego uniwersytetu warszawskiego. wg niego wieszanie krzyża np. w sali sejmu dobitnie wskazuje, jakiej religii sprzyja państwo polskie.
pamiętam, gdy kilka lat temu otwierali oddział banku w którym pracowałam. powiesili krzyż, przyjechał biskup i pokropił wszystkich. mnie też.
gdy leżałam w szpitalu, a był to nowo wybudowany oddział, również przyszli panowie i zaczeli rozwieszać krzyże....
w szkołach krzyże... wprowadzono religię, ale etyki nie można się doprosić...
każda praktycznie uroczystość rozpoczyna się mszą...
zastanawiam się, w jakim kraju ja żyję...
czy jest tu dla mnie miejsce?
już słyszałam opinie "katolików": przecież nie wierzysz.... to co ci to przeszkadza?"
jeszcze, gdybym była muzułmanką, albo wyznawała jakąć inną wiarę. to może nawet ktoś wysłuchałby mojej opinii....
no ale jak ktoś jest ateistą, to nie ma prawa głosu.
aha... żeby była jasność - w ogólniaku z własnej woli chodziłam na religię. :) lubiłam zadawać trudne pytania i byłam udręką katechetów.
to, że młoda idzie do komunii, powinno być tylko i wyłącznie jego sprawą. ja jestem ateistką i on doskonale o tym wie. ... ale oczywiście lekceważył moję poglądy w bardzo wielu sytuacjach.
nie przypominałam mu o komunii, bo byłam ciekawa, kiedy mu to wpadnie do głowy. ... albo ktoś mu powie, co dla mnie jest bardziej prawdopodobne.
córcia oczywiście terminowo zaliczała u księdza wszystkie modlitwy. teoretycznie powinnam z nią chodzić do kościoła... ale jakoś mi się to nie uśmiechało i nie chodziłam.
taaa....
w listopadzie "ex" już się zobowiązał, że pójdzie z córcią... i co? oczywiście nastąpiła "tradycja". "coś" mu w pracy wypadło.... coś tak bezsensownego i wg mnie abstrakcyjnego, że nawet nie chce mi się opisywać...
no i ateistka trafiła do kościoła. :/
poczułam się przez chwilę, jakbym była w jakimś wojsku: "na komendę" klęknąć, wstać, wykonać taki a nie inny gest...
zastanawiam się, czy ci ludzie słuchają ze zrozumieniem słowa księdza i czy on sam jest świadomy tego, co mówi.
w kazaniu był taki fragment, w którym ksiądz opisywał jezusa upominającego jakiegoś człowieka przy niechrześcijańskiej świątyni... "dlaczego budujecie takie wielkie świątynie? co po nich zostanie, gdy zostaną zburzone... gruzy... pył..."
i tak sobie popatrzyłam w jakim wielkim kościele siedzę... sami budują potężne budowle....
ostatnio księża bulwersują się wyrokiem trybunału, dotyczącego krzyży w miejscach publicznych.
polska jest krajem świeckim. jest zapis o rozdziale państwa i kościoła.
w instytucjach państwowych nie powinno być symboli religijnych. religia jest prywatną sprawą każdego człowieka. nie można narzucać innym ludziom swojej wiary ani jej symboliki.
słyszałam wczoraj wypowiedź jakiegoś doktora z wydziału prawa wyznaniowego uniwersytetu warszawskiego. wg niego wieszanie krzyża np. w sali sejmu dobitnie wskazuje, jakiej religii sprzyja państwo polskie.
pamiętam, gdy kilka lat temu otwierali oddział banku w którym pracowałam. powiesili krzyż, przyjechał biskup i pokropił wszystkich. mnie też.
gdy leżałam w szpitalu, a był to nowo wybudowany oddział, również przyszli panowie i zaczeli rozwieszać krzyże....
w szkołach krzyże... wprowadzono religię, ale etyki nie można się doprosić...
każda praktycznie uroczystość rozpoczyna się mszą...
zastanawiam się, w jakim kraju ja żyję...
czy jest tu dla mnie miejsce?
już słyszałam opinie "katolików": przecież nie wierzysz.... to co ci to przeszkadza?"
jeszcze, gdybym była muzułmanką, albo wyznawała jakąć inną wiarę. to może nawet ktoś wysłuchałby mojej opinii....
no ale jak ktoś jest ateistą, to nie ma prawa głosu.
aha... żeby była jasność - w ogólniaku z własnej woli chodziłam na religię. :) lubiłam zadawać trudne pytania i byłam udręką katechetów.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-11-27 20:08
czasami mam tyle myśli... a nie umiem ich ubrać w słowa.
tyloma rzeczami się zachwycam...
tyle rzeczy mnie wnerwia...
kilkoma się martwię...
tyloma rzeczami się zachwycam...
tyle rzeczy mnie wnerwia...
kilkoma się martwię...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-11-14 12:45
no i piątek 13-go minął.
sensacji najmniejszych nie zauważyłam.
dlaczego ludzie wierzą, że jak, np. szef opierdzieli człowieka w piątek 13-go... jest to pech ściągnięty przez ten "magiczny" dzień.... a jak taki sam opierdziel będzie innego dnia, to już będzie taki zwykły opierdziel.
jest stłuczka na skrzyżowaniu... ooooo!!!! no tak! wszystko jasne! jest 13-go! a ta sama stłuczka w inny dzień? oooo!!!! no wiadomo!!! tak się dzieje jak baran siada za kierownicę!!! magiczny pech nagle znika.
jakoś nigdy mnie nie ruszały te wszystkie przesądy... nawet te, którymi faszerowała mnie moja "ex" teściowa, gdy byłam w ciąży.
a najfajniej było, gdy nie sprawdził się przesąd, że jak kobieta ma urodzić dziewczynkę to brzydnie. ... bo dziewczynka odbiera matce urodę w ciąży.
na usg nie chciałam wiedzieć, jaka będzie płeć maleństwa. nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.
a przez całą ciążę :) zawsze ładnie wyglądałam. dbałam o siebie. i czułam się dobrze.
nie było ani jednej osoby, które powiedziałaby, że urodzę dziewczynkę. wszyscy przesądzali, że będzie chłopiec.
a tu... pyk! wyskoczyła dziewczynka! i to jaka śliczna! :)
sensacji najmniejszych nie zauważyłam.
dlaczego ludzie wierzą, że jak, np. szef opierdzieli człowieka w piątek 13-go... jest to pech ściągnięty przez ten "magiczny" dzień.... a jak taki sam opierdziel będzie innego dnia, to już będzie taki zwykły opierdziel.
jest stłuczka na skrzyżowaniu... ooooo!!!! no tak! wszystko jasne! jest 13-go! a ta sama stłuczka w inny dzień? oooo!!!! no wiadomo!!! tak się dzieje jak baran siada za kierownicę!!! magiczny pech nagle znika.
jakoś nigdy mnie nie ruszały te wszystkie przesądy... nawet te, którymi faszerowała mnie moja "ex" teściowa, gdy byłam w ciąży.
a najfajniej było, gdy nie sprawdził się przesąd, że jak kobieta ma urodzić dziewczynkę to brzydnie. ... bo dziewczynka odbiera matce urodę w ciąży.
na usg nie chciałam wiedzieć, jaka będzie płeć maleństwa. nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.
a przez całą ciążę :) zawsze ładnie wyglądałam. dbałam o siebie. i czułam się dobrze.
nie było ani jednej osoby, które powiedziałaby, że urodzę dziewczynkę. wszyscy przesądzali, że będzie chłopiec.
a tu... pyk! wyskoczyła dziewczynka! i to jaka śliczna! :)
Komentarze: 5 pokaż »
2009-11-01 12:21
niewiadomo dlaczego dzisiaj mi się pomyślało o antykoncepcji dla mężczyzn.
kiedyś trochę o tym mówili w mediach, ale ostatecznie nie wiem na czym sprawa się skończyła... czy wymyślili coś sensownego, czy ciągle tylko nad tym pracują.
czy byłabym w stanie zaufać mężczyźnie na tyle, aby oddać w jego ręce sprawę antykoncepcji?
zdecydowanie nie.
sprawa ta dotyczy bezpośrednio mojego ciała. tylko i wyłącznie mojego.
w wyniku męskiego niedopatrzenia to ja ponosiłabym tego konsekwencje. to moje ciało zmieniałaby ciąża. to ja musiałabym znosić wszystkie dolegliwości... to ja ponosiłabym główny ciężar opieki nad niemowlęciem... to ja miałabym poważne problemy w pracy mogące się zakończyć późniejszym zwolnieniem... bo matki często traktuje się jako niepotrzebny balast dla firmy. a jak później znaleźć pracę?... pracodawcy niechętnie patrzą na "dzieciate" kobiety. wiem, co działo się u mnie w firmie, gdy trzeba było iść na zwolnienie lekarsie z powodu choroby dziecka.... wiem, jaki koszmar jest w firmie mojej bratowej... bratowa od niedawna jest w ciąży... a od szefowej usłyszała, że powinna się zdecydować: albo pracuje, albo się puszcza na lewo i prawo.... i ogólnie została wyzwana od najgorszych... a wydawałoby się, że pracuje w eleganckim salonie jubilerskim...
o antykoncepcję wolę dbać sama. facetowi nie zaufam.
kiedyś trochę o tym mówili w mediach, ale ostatecznie nie wiem na czym sprawa się skończyła... czy wymyślili coś sensownego, czy ciągle tylko nad tym pracują.
czy byłabym w stanie zaufać mężczyźnie na tyle, aby oddać w jego ręce sprawę antykoncepcji?
zdecydowanie nie.
sprawa ta dotyczy bezpośrednio mojego ciała. tylko i wyłącznie mojego.
w wyniku męskiego niedopatrzenia to ja ponosiłabym tego konsekwencje. to moje ciało zmieniałaby ciąża. to ja musiałabym znosić wszystkie dolegliwości... to ja ponosiłabym główny ciężar opieki nad niemowlęciem... to ja miałabym poważne problemy w pracy mogące się zakończyć późniejszym zwolnieniem... bo matki często traktuje się jako niepotrzebny balast dla firmy. a jak później znaleźć pracę?... pracodawcy niechętnie patrzą na "dzieciate" kobiety. wiem, co działo się u mnie w firmie, gdy trzeba było iść na zwolnienie lekarsie z powodu choroby dziecka.... wiem, jaki koszmar jest w firmie mojej bratowej... bratowa od niedawna jest w ciąży... a od szefowej usłyszała, że powinna się zdecydować: albo pracuje, albo się puszcza na lewo i prawo.... i ogólnie została wyzwana od najgorszych... a wydawałoby się, że pracuje w eleganckim salonie jubilerskim...
o antykoncepcję wolę dbać sama. facetowi nie zaufam.
Komentarze: 9 pokaż »
2009-10-31 21:05
taki mój patent na fajną skórę
:)
oliwka dla dzieci i kawa.
jak sobie zrobię taki peeling.... to od razu lepiej się czuję
:)
:)
oliwka dla dzieci i kawa.
jak sobie zrobię taki peeling.... to od razu lepiej się czuję
:)
Komentarze: 0
2009-10-26 19:36
parszywy kraj...
w sobotniej "wyborczej" poczytałam sobie o cięciach, jakie będzie robił nfz.
kurczę... moja mama na rezonans magnetyczny czeka ponad pół roku... niedługo nastąpi ta magiczna chwila... a z tego, co wyczytałam, to z dostępnością tych badań ma być jeszcze gorzej...
dlaczego mądrałki z nfz-tu nie powiedzą rzeszy chorych ludzi, co mają robić, gdy prawidłowa diagnostyka i leczenie wymaga natychmiastowych badań...
wychodzi mi na to, że najlepiej byłoby, gdyby wszyscy chorzy bez zasobnego konta poprostu poumierali.
w sobotniej "wyborczej" poczytałam sobie o cięciach, jakie będzie robił nfz.
kurczę... moja mama na rezonans magnetyczny czeka ponad pół roku... niedługo nastąpi ta magiczna chwila... a z tego, co wyczytałam, to z dostępnością tych badań ma być jeszcze gorzej...
dlaczego mądrałki z nfz-tu nie powiedzą rzeszy chorych ludzi, co mają robić, gdy prawidłowa diagnostyka i leczenie wymaga natychmiastowych badań...
wychodzi mi na to, że najlepiej byłoby, gdyby wszyscy chorzy bez zasobnego konta poprostu poumierali.
Komentarze: 5 pokaż »
2009-10-22 20:52
co te barany w rządzie wyprawiają...
kompletnie tego nie rozumiem...
dzisiaj dowiedziałam się, że w przedszkolach i zerówkach nauczycielki dostały zakaz nauki dzieci. (coś mi wcześniej w prasie mignęło przed oczami, ale jakoś myślałam, że to tak prasa roztrzepała)
pod groźbą kary, w przedszkolach nie mogą dzieci uczyć pisania, czytania, liczenia.
co więcej - z sal kazano pozabierać obrazki, na których były jakiekolwiek napisy, cyfry. - będą chodziły komisje, aby sprawdzić, czy dzieci nie są czegokolwiek uczone!!!
bratowa ostatnio rozmawiała z przedszkolanką jej córci - przyszło nawet pismo, że w kolejnych latach będzie monitorowany poziom wiedzy pierwszoklasistów... i jeżeli dzieciaki będą już umiały pisać i czytać, to będzie dochodzenie do którego przedszkola taki dzieciak chodził. a potem takie przedszkole będzie pod obserwacją.
kompletnie nie rozumien, dlaczego rząd zabrania dzieciom nauki???!!!!
kompletnie tego nie rozumiem...
dzisiaj dowiedziałam się, że w przedszkolach i zerówkach nauczycielki dostały zakaz nauki dzieci. (coś mi wcześniej w prasie mignęło przed oczami, ale jakoś myślałam, że to tak prasa roztrzepała)
pod groźbą kary, w przedszkolach nie mogą dzieci uczyć pisania, czytania, liczenia.
co więcej - z sal kazano pozabierać obrazki, na których były jakiekolwiek napisy, cyfry. - będą chodziły komisje, aby sprawdzić, czy dzieci nie są czegokolwiek uczone!!!
bratowa ostatnio rozmawiała z przedszkolanką jej córci - przyszło nawet pismo, że w kolejnych latach będzie monitorowany poziom wiedzy pierwszoklasistów... i jeżeli dzieciaki będą już umiały pisać i czytać, to będzie dochodzenie do którego przedszkola taki dzieciak chodził. a potem takie przedszkole będzie pod obserwacją.
kompletnie nie rozumien, dlaczego rząd zabrania dzieciom nauki???!!!!
Komentarze: 2 pokaż »
2009-10-20 18:48
jestem w samochodzie. stoję na światłach.
na pasie obok, trochę przede mną zatrzymuje się audi. pasażer otwiera drzwi i "dyskretnie" wyrzuca na jezdnię ogryzek.
ręce opadają....
.... nigdy nie uczestniczyłam w akcjach typu "sprzątanie świata". nie mam zamiaru sprzątać ogryzków po jakimś bucu, któremu wszystko wisi.
poza tym od sprzątania miasta są specjalne firmy.... i za to się im płaci. a jeżeli jest jakaś grupa zapaleńców, która lubi takie "imprezy"... to niech sprzątają bałtycką plażę, trawniki w mieście, las...
zostałam nauczona, że śmieci wyrzuca się do kosza, a jak takiego nie ma w okolicy, to takiego "śmiecia" chowam do woreczka i idąc dalej wciąż wypatruję śmietnika.
tego też uczę swoją córcię.
czy akcja sprzątania świata, nauczy czegokolwiek takiego bęcwała z audi?
szczerze wątpię.
czy taka akcja powstrzyma moją ciotkę od wyrzycania śmieci do lasu??? stanowczo NIE!
gdyby ten bencwał dostał mandat za zaśmiecanie ulicy, to następnym razem by pomyślał.
gdyby moja ciotka dostała wezwanie do sądu a tam solidną karę pieniężą... to by pewnie pomogło. wątpię, aby pomyślała o szkodliwości swojego działania, ale policzyłaby sobie, że taniej ją wyniosłoby zawarcie umowy o wywóz śmieci niż zapłata kolejnej kary.
może to zabrzmi niedorzecznie, ale powinny być drobne kary nawet za takiego ogryzka na ulicy.
powoli zaczynają się zabierać za właścicieli psów... bardzo powoli, ale temat jest już przynajmniej poruszony.
na pasie obok, trochę przede mną zatrzymuje się audi. pasażer otwiera drzwi i "dyskretnie" wyrzuca na jezdnię ogryzek.
ręce opadają....
.... nigdy nie uczestniczyłam w akcjach typu "sprzątanie świata". nie mam zamiaru sprzątać ogryzków po jakimś bucu, któremu wszystko wisi.
poza tym od sprzątania miasta są specjalne firmy.... i za to się im płaci. a jeżeli jest jakaś grupa zapaleńców, która lubi takie "imprezy"... to niech sprzątają bałtycką plażę, trawniki w mieście, las...
zostałam nauczona, że śmieci wyrzuca się do kosza, a jak takiego nie ma w okolicy, to takiego "śmiecia" chowam do woreczka i idąc dalej wciąż wypatruję śmietnika.
tego też uczę swoją córcię.
czy akcja sprzątania świata, nauczy czegokolwiek takiego bęcwała z audi?
szczerze wątpię.
czy taka akcja powstrzyma moją ciotkę od wyrzycania śmieci do lasu??? stanowczo NIE!
gdyby ten bencwał dostał mandat za zaśmiecanie ulicy, to następnym razem by pomyślał.
gdyby moja ciotka dostała wezwanie do sądu a tam solidną karę pieniężą... to by pewnie pomogło. wątpię, aby pomyślała o szkodliwości swojego działania, ale policzyłaby sobie, że taniej ją wyniosłoby zawarcie umowy o wywóz śmieci niż zapłata kolejnej kary.
może to zabrzmi niedorzecznie, ale powinny być drobne kary nawet za takiego ogryzka na ulicy.
powoli zaczynają się zabierać za właścicieli psów... bardzo powoli, ale temat jest już przynajmniej poruszony.
Komentarze: 4 pokaż »
2009-10-16 22:40
dzisiaj dowiedziałam się, że ojciec mojej bratowej jest już praktycznie umierający.
od wielu już lat jest z nim bardzo źle. ciągle szpitale, opreacje....
teraz okazało się, że praktycznie wszystkie jego wnętrzności zostały zaatkowane przez raka. nawet nie ma już co leczyć.
kurczę...
nawet nie wiem,jak się zachować w obecności bratowej...
przytuliłam ją...
od wielu już lat jest z nim bardzo źle. ciągle szpitale, opreacje....
teraz okazało się, że praktycznie wszystkie jego wnętrzności zostały zaatkowane przez raka. nawet nie ma już co leczyć.
kurczę...
nawet nie wiem,jak się zachować w obecności bratowej...
przytuliłam ją...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-10-14 10:48
jeden z większych błędów, jakie popełniają kobiety, wiążąc się na stałe z mężczyzną:
- uzależniają się od nich finansowo.
ludzie wiążą się ze sobą... jest wspaniale.... kobieta rodzi dziecko.... drugie.... zostaje w domu.... mężczyzna dba o stronę finansową rodziny.
i jest fajnie.
ale jak długo?
5 lat?
10?
13?
a co się dzieje, gdy po kilkunastu latach takiego związku facetowi zaczyna odwalać?
wtedy zaczyna się tragedia.
wtedy zaczyna się płacz i lament.
kobieta zostaje bez środków do życia, bo przecież alimenty na dzieci, to kropla w morzu potrzeb.
albo tkwi w małeństwie, które ją niszczy psychicznie...
kobieta powinna być niezależna finansowo.
powinna?...
nie...
ona musi być niezależna.
żaden facet nie może dać gwarancji, że do końca życia będzie dbał o kobietę.
ja na szczęście nie popełniłam tego błędu.... nie powieliłam błędu mojej mamy.
- uzależniają się od nich finansowo.
ludzie wiążą się ze sobą... jest wspaniale.... kobieta rodzi dziecko.... drugie.... zostaje w domu.... mężczyzna dba o stronę finansową rodziny.
i jest fajnie.
ale jak długo?
5 lat?
10?
13?
a co się dzieje, gdy po kilkunastu latach takiego związku facetowi zaczyna odwalać?
wtedy zaczyna się tragedia.
wtedy zaczyna się płacz i lament.
kobieta zostaje bez środków do życia, bo przecież alimenty na dzieci, to kropla w morzu potrzeb.
albo tkwi w małeństwie, które ją niszczy psychicznie...
kobieta powinna być niezależna finansowo.
powinna?...
nie...
ona musi być niezależna.
żaden facet nie może dać gwarancji, że do końca życia będzie dbał o kobietę.
ja na szczęście nie popełniłam tego błędu.... nie powieliłam błędu mojej mamy.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-10-13 22:32
od kilku dni jestem już na wolności.
trzymali mnie 2 tygodnie i 2 razy dziennie pakowali w żyłę wielką strzykawę antybiotyku.
dodatkowo dali jeszcze innego antybiotyku do łykania przez 2 tygodnie po wyjściu ze szpitala.
a jaki będzie efekt kuracji?
a któż to wie?
przekonam się za jakiś czas.
trzymali mnie 2 tygodnie i 2 razy dziennie pakowali w żyłę wielką strzykawę antybiotyku.
dodatkowo dali jeszcze innego antybiotyku do łykania przez 2 tygodnie po wyjściu ze szpitala.
a jaki będzie efekt kuracji?
a któż to wie?
przekonam się za jakiś czas.
Komentarze: 0
2009-09-12 20:26
ty głupia kobieto!!!!
kiedyś sobie obiecałaś, że nie będziesz czytała jego felietonów!!!
i co???
no co???
no i ostatnio znalazłam "angorę" u rodziców...
...i przeczytałam.
janusz korwin-mikke.
w wielu sprawach ma rację. np ludzie sami powinni dbać o swoję emeryturę a nie dawać kasę złodziejskiemu zus-owi czy innym o!fe!...
jednak w kwesti miejsca kobiet w społeczeństwie...
normalnie cholera jasna mnie bierze.
kilka lat temu obiecałam sobie, że nie będę czytała jego wypocin!
koniec!
a dlaczego?
bo zrównał kobiety poziomem inetligencji z małpami i stwierdził, że kobietom powinny zostać odebrane prawa wyborcze.
i wogóle wg niego kobiety nie powinny pracować, tylko powinny siedzieć w domu, zajmować się dziećmi, gotowaniem i usługiwaniem mężowi.
a felieton, który ostatnio przeczytałam dotyczył odebrania praw rodzicielskich ojcu... bo podobno był biedny a rodzina zastępcza była lepiej sytuowana... tak ogólnie to wg mnie nie opisał zbyt dokładnie sytuacji...
ale podsumowanie strzelił wprost pJĘkne!!!
"... bo w dzisiejszym świecie dba się tylko o wartości materialne. Jeśli dziecko ma lepsze jedzenie i bogatszych "rodziców"- to dla dziecka jest "lepiej".
tak nie jest - dusza jest ważniejsza niż ciało. zabijanie na raty duszy człowieka jest gorsze niż głodzeniego lub nawet torturowanie.
kobiety tego nie rozumieją.
kobiety dbają o warunki materialne - np. na ojca swoich dzieci biorą człowieka nawet złego - byle był bogaty."
mogę się częściowo zgodzić w kwestii wagi dóbr materialnych w dzisiejszych czasach... jest ta pogoń za pieniądzem...
ale jak się tak mocniej zastanowić... to zawsze było tak, że ludzie chcieli się bogacić. począwszy od początków cywilizacji....
ale poglądy korwina dotyczące kobiet...
zastanawia mnie, dlaczego wciąż tak umniejsza ich pozycję w społeczeństwie?
ciekawe, co na te jego poglądy mówi jego żona?
a może pan janusz jest zwyczajnym mizoginem?
kiedyś sobie obiecałaś, że nie będziesz czytała jego felietonów!!!
i co???
no co???
no i ostatnio znalazłam "angorę" u rodziców...
...i przeczytałam.
janusz korwin-mikke.
w wielu sprawach ma rację. np ludzie sami powinni dbać o swoję emeryturę a nie dawać kasę złodziejskiemu zus-owi czy innym o!fe!...
jednak w kwesti miejsca kobiet w społeczeństwie...
normalnie cholera jasna mnie bierze.
kilka lat temu obiecałam sobie, że nie będę czytała jego wypocin!
koniec!
a dlaczego?
bo zrównał kobiety poziomem inetligencji z małpami i stwierdził, że kobietom powinny zostać odebrane prawa wyborcze.
i wogóle wg niego kobiety nie powinny pracować, tylko powinny siedzieć w domu, zajmować się dziećmi, gotowaniem i usługiwaniem mężowi.
a felieton, który ostatnio przeczytałam dotyczył odebrania praw rodzicielskich ojcu... bo podobno był biedny a rodzina zastępcza była lepiej sytuowana... tak ogólnie to wg mnie nie opisał zbyt dokładnie sytuacji...
ale podsumowanie strzelił wprost pJĘkne!!!
"... bo w dzisiejszym świecie dba się tylko o wartości materialne. Jeśli dziecko ma lepsze jedzenie i bogatszych "rodziców"- to dla dziecka jest "lepiej".
tak nie jest - dusza jest ważniejsza niż ciało. zabijanie na raty duszy człowieka jest gorsze niż głodzeniego lub nawet torturowanie.
kobiety tego nie rozumieją.
kobiety dbają o warunki materialne - np. na ojca swoich dzieci biorą człowieka nawet złego - byle był bogaty."
mogę się częściowo zgodzić w kwestii wagi dóbr materialnych w dzisiejszych czasach... jest ta pogoń za pieniądzem...
ale jak się tak mocniej zastanowić... to zawsze było tak, że ludzie chcieli się bogacić. począwszy od początków cywilizacji....
ale poglądy korwina dotyczące kobiet...
zastanawia mnie, dlaczego wciąż tak umniejsza ich pozycję w społeczeństwie?
ciekawe, co na te jego poglądy mówi jego żona?
a może pan janusz jest zwyczajnym mizoginem?
Komentarze: 3 pokaż »
2009-09-11 22:17
.... przecież nie jest aż tak bardzo źle... przecież mogłoby być gorzej...
takie myślenie jest bardzo zgubne.
karmiłam się nim przez całe moje życie... poczynając w zasadzie od dzieciństwa.
jest to jedna z cech "dda". dorosłych dzieci alkoholików.
no tak.... mój ojciec chlał wódkę.... miał nas w dupie, co mówił wprost.
... no ale przecież nie było aż tak bardzo źle... przecież mogło być gorzej... przeiceż mógł się awanturować... mógł nas bić....
... nie... nie było aż tak źle...
dało się wytrzymać.
... czy aby napewno?
czy sytuacji w takim schemacie nie spotykamy w innych sferach życia?
hmmm....
moje małżeństwo....
tak sobie na to patrzę... też było takim "nie jest jeszcze tak źle.... mogło być gorzej"
zawsze sobie tłumaczyłam brak uwagi "ex" jego wiecznym zabieganiem i jego pracą. nie mogłam liczyć na jego pomoc i troskę, gdy byłam chora (co było rzadkością) lub gdy chorowała córcia...
zawsze był gdzieś obok, błądzący myślami... najczęściej używanym przez niego słowem w rozmowie ze mną było "no"... a do gaduł nie należę, co "ex" sam kiedyś stwierdził.
niby mieszkaliśmy pod jednym dachem, a jednak byliśmy ludźmi żyjącymi w innych światach, z innymi priorytetami, innym pojmowaniem wydarzeń...
ciążyła mi samotność.
i przez wiele lat żyłam tłumacząc sobie, że.... przecież mogłoby być gorzej. przecież powinnam się cieszyć, że "ex" nie pije tak jak mój ojciec, że nie przegrywa pieniędzy na automatach... przecież mógłby mnie bić, mógłby awanturować się...
podobnie było w pracy.
cieszyłam się, że ją mam. co z tego, że kiepsko płacili... co z tego, że pierwsza moja szefowa po kilku latach dostała naganę za mobbing, a druga była jeszcze "lepsza" od poprzedniej.... ale ma bardzo silną pozycję w oddziale... nawet dyrektor trząsł się przed nią, jak huknęła.
ale przecież mogło być jeszcze gorzej... może faktycznie jestem do niczego?
uczucie, że nieważne co się dzieje dookoła - muszę to przyjąć w ciszy... nawet jeżeli mi to nie odpowiada....
uczucie, że nie mam prawa upominać się o coś lepszego dla siebie... nie mam prawa krzyknąć NIE! nie mam prawa wymagać czegoś dla siebie...
odnajdywanie tłumaczeń dla raniących mnie zachowań innych... ciągłe szukanie winy u siebie... bezsilność.
teraz zaczynam powoli otwierać oczy.
ciężkie to dla mnie...
JA jestem też ważna
chcę dla siebie
to nie moja wina
nie!
...naprawdę ciężko się tego uczyć.
takie myślenie jest bardzo zgubne.
karmiłam się nim przez całe moje życie... poczynając w zasadzie od dzieciństwa.
jest to jedna z cech "dda". dorosłych dzieci alkoholików.
no tak.... mój ojciec chlał wódkę.... miał nas w dupie, co mówił wprost.
... no ale przecież nie było aż tak bardzo źle... przecież mogło być gorzej... przeiceż mógł się awanturować... mógł nas bić....
... nie... nie było aż tak źle...
dało się wytrzymać.
... czy aby napewno?
czy sytuacji w takim schemacie nie spotykamy w innych sferach życia?
hmmm....
moje małżeństwo....
tak sobie na to patrzę... też było takim "nie jest jeszcze tak źle.... mogło być gorzej"
zawsze sobie tłumaczyłam brak uwagi "ex" jego wiecznym zabieganiem i jego pracą. nie mogłam liczyć na jego pomoc i troskę, gdy byłam chora (co było rzadkością) lub gdy chorowała córcia...
zawsze był gdzieś obok, błądzący myślami... najczęściej używanym przez niego słowem w rozmowie ze mną było "no"... a do gaduł nie należę, co "ex" sam kiedyś stwierdził.
niby mieszkaliśmy pod jednym dachem, a jednak byliśmy ludźmi żyjącymi w innych światach, z innymi priorytetami, innym pojmowaniem wydarzeń...
ciążyła mi samotność.
i przez wiele lat żyłam tłumacząc sobie, że.... przecież mogłoby być gorzej. przecież powinnam się cieszyć, że "ex" nie pije tak jak mój ojciec, że nie przegrywa pieniędzy na automatach... przecież mógłby mnie bić, mógłby awanturować się...
podobnie było w pracy.
cieszyłam się, że ją mam. co z tego, że kiepsko płacili... co z tego, że pierwsza moja szefowa po kilku latach dostała naganę za mobbing, a druga była jeszcze "lepsza" od poprzedniej.... ale ma bardzo silną pozycję w oddziale... nawet dyrektor trząsł się przed nią, jak huknęła.
ale przecież mogło być jeszcze gorzej... może faktycznie jestem do niczego?
uczucie, że nieważne co się dzieje dookoła - muszę to przyjąć w ciszy... nawet jeżeli mi to nie odpowiada....
uczucie, że nie mam prawa upominać się o coś lepszego dla siebie... nie mam prawa krzyknąć NIE! nie mam prawa wymagać czegoś dla siebie...
odnajdywanie tłumaczeń dla raniących mnie zachowań innych... ciągłe szukanie winy u siebie... bezsilność.
teraz zaczynam powoli otwierać oczy.
ciężkie to dla mnie...
JA jestem też ważna
chcę dla siebie
to nie moja wina
nie!
...naprawdę ciężko się tego uczyć.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-09-09 23:19
no coś takiego!!!
widziałam dzisiaj reklamy!
zrobili renowację serialiku-taśmociągu beverly hills 90210!
he he
i tak mi się pomyślało... że mój "ex" z pewnością będzie stałym oglądaczem tego badziewia.
kiedyś puszczali ten serial i "ex"... facet ponad dwudziestoletni robił wszystko, aby nie opuścić odcinka!
na samo wspomnienie śmiać mi się z tego chce.
dzieciakiem był i wciąż dalej jest. (również z kilku innych względów)
widziałam dzisiaj reklamy!
zrobili renowację serialiku-taśmociągu beverly hills 90210!
he he
i tak mi się pomyślało... że mój "ex" z pewnością będzie stałym oglądaczem tego badziewia.
kiedyś puszczali ten serial i "ex"... facet ponad dwudziestoletni robił wszystko, aby nie opuścić odcinka!
na samo wspomnienie śmiać mi się z tego chce.
dzieciakiem był i wciąż dalej jest. (również z kilku innych względów)
Komentarze: 5 pokaż »
2009-09-04 21:10
byłam dzisiaj u lekarza zakaźnika.
:/
z wyników badania wyszło, że już raz przechorowałam "atak" boreliozy a teraz, porównując wyniki z kwietnia i te ostatnie - to zaczyna mi się nawrót choroby.
no i z leczeniem to jest taka sprawa, że... w przyszłym tygodniu muszę powtórzyć wyniki badania krwi w innym labolatorium. na szczęście lekarz wymyślił sposób, aby było formalnie zgodnie z prawem i nie będę musiała za to płacić.
lekarz powiedział, że biorąc pod uwagę te wyniki, które mu dałam, to położyłby mnie na 2 tygodnie do szpitala. wtedy dożylnie dostawałabym 2 razy dziennie silne antybiotyki.
badania robiłam w przychodni, która wg niego robi wyniki niedokładnie.
jeżeli moje kolejne wyniki potwierdzą mój stan, to idę do szpitala.
ale jeszcze zobaczę jak to będzie ostatecznie.
pierdzielona borelioza.
:/
a tak całkiem z innej beczki
:)
od jakichś dwóch dni nasza świnia praktycznie nie jadła. ja jej pyk! marchewkę, a ona nawet ząbkiem nie zahaczy.
:/ to samo z jabłkiem i innymi jedzonkiem. nawet sałaty nie mogła sobie oderwać!
już nawet dzisiaj mówiłam córci, że ze świnią coś jest nie teges... bo zupełnie nie je...
i tak dzisiaj ją wzięłam na ręce i tak niechcący zajrzałam do pyszczka...
i co się okazało?
dwa górne siekacze ułamane przy dziąsełkach!!!
biedaczka nie mogła jeść, choć była strasznie głodna!
normalnie aż mnie coś ścisnęło z żalu....
biedne stworzonko...
no to siadłam i rwałam sałatę na malutkie kawałeczki i wkładałam jej do pyszczka. początkowo trochę protestowała, odkręcała główkę... ale jak się zorientowała o co chodzi... to tylko uszy jej się trzęsły, tak wcinała!
na szczęście mam w domu sianko a tego odgryzać nie musi. narwałam też jej trawy. niezbyt ona zdrowa, bo miejska ... ale jutro moja mama będzie na wsi i tam narwie jej takiej lepszej trawki. :) ekologicznej.
jeszcze dzisiaj czeka mnie karmienie mojej świneczki
:)
biedne maleństwo!
:/
z wyników badania wyszło, że już raz przechorowałam "atak" boreliozy a teraz, porównując wyniki z kwietnia i te ostatnie - to zaczyna mi się nawrót choroby.
no i z leczeniem to jest taka sprawa, że... w przyszłym tygodniu muszę powtórzyć wyniki badania krwi w innym labolatorium. na szczęście lekarz wymyślił sposób, aby było formalnie zgodnie z prawem i nie będę musiała za to płacić.
lekarz powiedział, że biorąc pod uwagę te wyniki, które mu dałam, to położyłby mnie na 2 tygodnie do szpitala. wtedy dożylnie dostawałabym 2 razy dziennie silne antybiotyki.
badania robiłam w przychodni, która wg niego robi wyniki niedokładnie.
jeżeli moje kolejne wyniki potwierdzą mój stan, to idę do szpitala.
ale jeszcze zobaczę jak to będzie ostatecznie.
pierdzielona borelioza.
:/
a tak całkiem z innej beczki
:)
od jakichś dwóch dni nasza świnia praktycznie nie jadła. ja jej pyk! marchewkę, a ona nawet ząbkiem nie zahaczy.
:/ to samo z jabłkiem i innymi jedzonkiem. nawet sałaty nie mogła sobie oderwać!
już nawet dzisiaj mówiłam córci, że ze świnią coś jest nie teges... bo zupełnie nie je...
i tak dzisiaj ją wzięłam na ręce i tak niechcący zajrzałam do pyszczka...
i co się okazało?
dwa górne siekacze ułamane przy dziąsełkach!!!
biedaczka nie mogła jeść, choć była strasznie głodna!
normalnie aż mnie coś ścisnęło z żalu....
biedne stworzonko...
no to siadłam i rwałam sałatę na malutkie kawałeczki i wkładałam jej do pyszczka. początkowo trochę protestowała, odkręcała główkę... ale jak się zorientowała o co chodzi... to tylko uszy jej się trzęsły, tak wcinała!
na szczęście mam w domu sianko a tego odgryzać nie musi. narwałam też jej trawy. niezbyt ona zdrowa, bo miejska ... ale jutro moja mama będzie na wsi i tam narwie jej takiej lepszej trawki. :) ekologicznej.
jeszcze dzisiaj czeka mnie karmienie mojej świneczki
:)
biedne maleństwo!
Komentarze: 2 pokaż »
2009-09-02 22:33
dzisiaj przeczytałam w "zwierciadle" krótką wypowiedź jednego człowieka.
kiedyś nie zdawał sobie sprawy z tego, że codzienne picie szklaneczki whisky po pracy też jest formą alkoholizmu.
i tak mi się przypomniało...
to był bodajże rok 1989. siedziałam u rodziców w pokoju. była późna noc, oglądałam tv.
trafiłam na program dla alkoholików.
jak się okazało, była to ostatnia emisja całego cyklu...
i już wtedy tam właśnie o tym usłyszałam.
alkoholik to wcale nie musi być brudny menel, czy pijany/a awanturujący/a się ojciec/matka.
alkoholikiem można być nawet zachowując normy kultury, pijąc dobre trunki z pięknych kieliszków. jest to tzw. elegancka wersja alkoholizmu.
bo czyż grzechem jest codziennie wieczorem wypić sobie lampkę wina?
nie...
ale problem zaczyna się, gdy bez wychylenia tej lampki człowiek nie jest w stanie normalnie funkcjonować.
kiedyś nie zdawał sobie sprawy z tego, że codzienne picie szklaneczki whisky po pracy też jest formą alkoholizmu.
i tak mi się przypomniało...
to był bodajże rok 1989. siedziałam u rodziców w pokoju. była późna noc, oglądałam tv.
trafiłam na program dla alkoholików.
jak się okazało, była to ostatnia emisja całego cyklu...
i już wtedy tam właśnie o tym usłyszałam.
alkoholik to wcale nie musi być brudny menel, czy pijany/a awanturujący/a się ojciec/matka.
alkoholikiem można być nawet zachowując normy kultury, pijąc dobre trunki z pięknych kieliszków. jest to tzw. elegancka wersja alkoholizmu.
bo czyż grzechem jest codziennie wieczorem wypić sobie lampkę wina?
nie...
ale problem zaczyna się, gdy bez wychylenia tej lampki człowiek nie jest w stanie normalnie funkcjonować.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-08-29 18:51
dzisiaj tak sobie pykałam po kanałach w tv.
no i przez chwilę zatrzymałam się na relacji z jakiegoś polskiego konkursu kulturystyki i fitness.
wszyscy do przesady brązowi i błyszczący się.
(kiedyś oglądałam program o kulturystach w stanach i tam mówili, że aby uzyskać taki brąz, to nawet smarują się bejcą. :/)
kobiety wyglądały okropnie. takie sztucznie napompowane..... pozakładały sobie szpilki i ledwo w nich chodziły. jedna nawet prawie spadła z podium, bo nie umiała się w nich utrzymać a każdy krok był dla niej problemem.
a mężczyźni?
a fuj!!!!!
to był koszmar.
prężyli się, wdzięczyli, szczerzyli w uśmiechach zęby.
ten typ estetyki jest dla mnie zupełnie niezrozumiały.
ale nie powiem - bardzo lubię jak facet ma tzw. masę i jest ładnie umięśniony.
nie lubię takich za bardzo ugładzonych, wymuskanych metroseksualnych...
np. taki typek jak oliwier janiak nie jest dla mnie kimś, kto przyciągnąłby moją uwagę.
:)
tak mi się przypomniało
:)
w ogólniaku miałam takie dwie koleżanki, którym podobały się takie szczupłe, delikatniejsze w budowie ciała chłopaczki. no i jedna z nich zmierzyła rękę w bicepsie u siebie i swojego chłopaka.
ona miała więcej. (a przecież jakakolwiek forma sportu była jej obca).
i nie musiałam specjalnie obserwować, jak to mogłoby być u tej drugiej - bo była podobna sytuacja.
ale jak tak sobie patrzę po ludziach, jest to dosyć częste: puszystsza dziewczyna i chłopak chudzina.
.... albo chłopak bardzo wysoki, a jego dziewczyna maleńka (tak jak u mojego brata).
no i przez chwilę zatrzymałam się na relacji z jakiegoś polskiego konkursu kulturystyki i fitness.
wszyscy do przesady brązowi i błyszczący się.
(kiedyś oglądałam program o kulturystach w stanach i tam mówili, że aby uzyskać taki brąz, to nawet smarują się bejcą. :/)
kobiety wyglądały okropnie. takie sztucznie napompowane..... pozakładały sobie szpilki i ledwo w nich chodziły. jedna nawet prawie spadła z podium, bo nie umiała się w nich utrzymać a każdy krok był dla niej problemem.
a mężczyźni?
a fuj!!!!!
to był koszmar.
prężyli się, wdzięczyli, szczerzyli w uśmiechach zęby.
ten typ estetyki jest dla mnie zupełnie niezrozumiały.
ale nie powiem - bardzo lubię jak facet ma tzw. masę i jest ładnie umięśniony.
nie lubię takich za bardzo ugładzonych, wymuskanych metroseksualnych...
np. taki typek jak oliwier janiak nie jest dla mnie kimś, kto przyciągnąłby moją uwagę.
:)
tak mi się przypomniało
:)
w ogólniaku miałam takie dwie koleżanki, którym podobały się takie szczupłe, delikatniejsze w budowie ciała chłopaczki. no i jedna z nich zmierzyła rękę w bicepsie u siebie i swojego chłopaka.
ona miała więcej. (a przecież jakakolwiek forma sportu była jej obca).
i nie musiałam specjalnie obserwować, jak to mogłoby być u tej drugiej - bo była podobna sytuacja.
ale jak tak sobie patrzę po ludziach, jest to dosyć częste: puszystsza dziewczyna i chłopak chudzina.
.... albo chłopak bardzo wysoki, a jego dziewczyna maleńka (tak jak u mojego brata).
Komentarze: 4 pokaż »
2009-08-24 19:18
pamiętam z dzieciństwa, jaka to była radocha, gdy pojawiało się wesołe miasteczko.
różne karuzele, diabelski młyn, krzywe lustra, strzelnice... no i oczywiście do tego cukrowa wata :)
i wielki tłok! kolejki do kasy!
a dla mnie wesołe miasteczko to również.... twarz w kolorze zieleni, mdłości i wymioty.
jedyną machiną, z której korzystałam, był diabelski młyn. całą kręcącą się resztę machin omijałam szerokim łukiem.
a teraz?
niedaleko bloku mojej mamy jest kolejne miasteczko... i świeci pustkami tak jak poprzednie.
sporadycznie jakiś dzieciak zaciągnie tam swoich rodziców... i za 5zł uruchamiana jest cała machineria karuzeli... oczywiście przez cały dzień gra głośno muzyka, świeci się cała masa kolorowych światełek.... w dodatku jest gromada pracowników obsługujących wszystko.
czy to wesołe miasteczko jest w stanie zarobić na siebie?
oczywiście, że nie.
mój ojciec, siedząc sobie w pracy, miał sporo czasu aby się temu miasteczku poprzyglądać... i jego emerytowany policyjny nos mówi, że takie "firmy objazdowe" są idealne do prania pieniędzy. przecież nikt nie jest w stanie ich skontrolować. kto im udowodni ile dzieci bawiło się na karuzelach? może codziennie były tłumy?
różne karuzele, diabelski młyn, krzywe lustra, strzelnice... no i oczywiście do tego cukrowa wata :)
i wielki tłok! kolejki do kasy!
a dla mnie wesołe miasteczko to również.... twarz w kolorze zieleni, mdłości i wymioty.
jedyną machiną, z której korzystałam, był diabelski młyn. całą kręcącą się resztę machin omijałam szerokim łukiem.
a teraz?
niedaleko bloku mojej mamy jest kolejne miasteczko... i świeci pustkami tak jak poprzednie.
sporadycznie jakiś dzieciak zaciągnie tam swoich rodziców... i za 5zł uruchamiana jest cała machineria karuzeli... oczywiście przez cały dzień gra głośno muzyka, świeci się cała masa kolorowych światełek.... w dodatku jest gromada pracowników obsługujących wszystko.
czy to wesołe miasteczko jest w stanie zarobić na siebie?
oczywiście, że nie.
mój ojciec, siedząc sobie w pracy, miał sporo czasu aby się temu miasteczku poprzyglądać... i jego emerytowany policyjny nos mówi, że takie "firmy objazdowe" są idealne do prania pieniędzy. przecież nikt nie jest w stanie ich skontrolować. kto im udowodni ile dzieci bawiło się na karuzelach? może codziennie były tłumy?
Komentarze: 3 pokaż »
2009-08-22 18:51
niedawno w moim mieście był cykl różnych imprez i takie spore "targowisko" folklorystyczne. a nazywało się to jarmark jagielloński.
i jak to bywa na takich imprezach... ludziów było jak mrówków. a wśród nich ja, moja młoda i bratowa z córcią.
no i tak sobie chodzimy... a raczej przeciskamy się w tłumie...
i co moje pJĘkne oczęta zobaczyły?
ano mój "ex"... wymuskany, wygładzony z ugrzecznionym uśmieszkiem na twarzy... ściskający za rękę jakąś dziewczynę. ups! sorki. w moim wieku to już się powinno mówić - kobietę.
no i dobra!
a niech sobie chodzą.
widok ten nie wywołał jakiegokolwiek ukłucia w moim sercu.
nic.
totalne zero.
a wręcz... jak sobie na niego popatrzyłam.... kurczę.... nie mogłabym z nim dłużej być. taki wygładzony niuniuś... taki chłopaczek a nie mężczyzna.
tak... w moich oczach on zdecydowanie nie jest mężczyzną. jest chłopaczkien, z którym można co najwyżej pochodzić za rękę... który potrzebuje mamusi do gotowania, sprzątania i prania.
zastanowiło mnie jedynie jaka to jest kobieta. jaki ma charakter. i w jaki sposób "ex" stara się o jej względy.
wiem, że z poprzednią "tylko koleżanką" już się pokłócił.
a tak ogólnie to "ex" stał się nadzwyczaj poprawny. umawiamy się, że przyjedzie po córcię o 9-tej.... a on pół godziny wcześniej sms-em potwierdza, że przyjedzie na czas. i o dziwo jest!
a gdy ma się spóźnić... to... o dziwo przysyła sms-a o ile się spóźni! i faktycznie tak jest!
jak byliyśmy razem... to takie sprawy miał gdzieś. matko!... ile ja się zawsze oczekałam... ile ja wydzwaniałam pytając, kiedy w końcu będzie, gdzie jest.... a on.. "już! już! zaraz będę! już jadę!" wszystko dookoła było ważniejsze... a ja?... cóż... dobra, spokojna żonka może poczekać....
taaak... ona zawsze cierpliwie czaka...
i jak to bywa na takich imprezach... ludziów było jak mrówków. a wśród nich ja, moja młoda i bratowa z córcią.
no i tak sobie chodzimy... a raczej przeciskamy się w tłumie...
i co moje pJĘkne oczęta zobaczyły?
ano mój "ex"... wymuskany, wygładzony z ugrzecznionym uśmieszkiem na twarzy... ściskający za rękę jakąś dziewczynę. ups! sorki. w moim wieku to już się powinno mówić - kobietę.
no i dobra!
a niech sobie chodzą.
widok ten nie wywołał jakiegokolwiek ukłucia w moim sercu.
nic.
totalne zero.
a wręcz... jak sobie na niego popatrzyłam.... kurczę.... nie mogłabym z nim dłużej być. taki wygładzony niuniuś... taki chłopaczek a nie mężczyzna.
tak... w moich oczach on zdecydowanie nie jest mężczyzną. jest chłopaczkien, z którym można co najwyżej pochodzić za rękę... który potrzebuje mamusi do gotowania, sprzątania i prania.
zastanowiło mnie jedynie jaka to jest kobieta. jaki ma charakter. i w jaki sposób "ex" stara się o jej względy.
wiem, że z poprzednią "tylko koleżanką" już się pokłócił.
a tak ogólnie to "ex" stał się nadzwyczaj poprawny. umawiamy się, że przyjedzie po córcię o 9-tej.... a on pół godziny wcześniej sms-em potwierdza, że przyjedzie na czas. i o dziwo jest!
a gdy ma się spóźnić... to... o dziwo przysyła sms-a o ile się spóźni! i faktycznie tak jest!
jak byliyśmy razem... to takie sprawy miał gdzieś. matko!... ile ja się zawsze oczekałam... ile ja wydzwaniałam pytając, kiedy w końcu będzie, gdzie jest.... a on.. "już! już! zaraz będę! już jadę!" wszystko dookoła było ważniejsze... a ja?... cóż... dobra, spokojna żonka może poczekać....
taaak... ona zawsze cierpliwie czaka...
Komentarze: 4 pokaż »
2009-08-20 19:39
dzisiaj poszłam sobie do miejskiego urzędu pracy.
chciałam się czegoś dowiedzieć o zakładaniu działalności gospodarczej i czy dla osoby bezrobotnej będą w zus-ie przez pewien czas jakieś ulgi w płaceniu składek. słyszałam też o jakichś dofinansowaniach z urzędu na rozpoczęcie działalności...
u sympatycznego pana w informacji dostałam jedynie jakieś kserówki ulotek i zostałam z tym tematem odesłana do jakiejś "fundacji rozwoju czegośtam...". oni pomagają w zakładaniu działalności i tłumaczą wszystko.
u sympatycznego pana w informacj chciałam też dowiedzieć się czegoś o szkoleniach oferowanych przez urząd pracy. dostałam wniosek i zostałam odesłana do innego pokoju. spytałam się, czy szkolenia są bezpłatne, bo interesowałyby mnie 2 lub 3... powiedział, że pierwsze szkolenie jest bezpłatne, a czy kolejne... to nie wie.
no nic... zastanawiające... po co ten sympatyczny pan w informacji siedzi? aby wydawać ludziom kserówki wniosków i ulotek? bo jakoś nic się od niego nie dowiedziałam, nic mi nie wyjaśnił.
a więc poszłam do pokoju wskazanego przez sympatycznego pana z informacji. siedziała tam taka sympatyczna pani pochylona nad papierami... powiedziałam o co mi chodzi...
a ona mi na to, że powinnam iść do innego pokoju, bo do niej trafiają już zatwierdzone wnioski szkoleniowe.
powinnam iść do innego pokoju, w którym siedzi z pewnością bardzo sympatyczny doradca zawodowy, który pomoże mi wybrać najlepsze dla mnie szkolenie i pomoże wypełnić prawidłowo wniosek.
... a prawidłowo wypełniony wniosek następnie zostanie zaopiniowany przez sympatycznego doradcę zawodowego, aby potem trafić na obrady komisji kwalifikujące bezrobotnych na szkolenia.
paranoja jakaś.
dzisiaj jakoś źle się czułam... przeszłam się kawałek przez miasto... zmęczyło mnie gorąco, uliczny hałas i spaliny... kręciło mi się w głowie.... ręce i nogi opadały.
czy doradca zawodowy jest tak samo sympatyczny jak pan z informacji przekonam się w przyszłym tygodniu...
na jutro mam już plany i będę pewnie po tym zmęczona. :/ idę na pobieranie krwi. będę sobie robiła kolejne badanie na boreliozę. kilka miesięcy temu miałam wyniki "graniczne" i lekarka powiedziała, że jestem pod tzw. obserwacją. mam brać magnez, wit b i takie inne zestawy witamin... natomiast lekarz, który leczył mamę w szpitalu powiedział, że wyniki "graniczne" już kwalifikują człowieka do leczenia silnymi antybiotykami. :/
tak ogólnie to czuję się dobrze, nic konkretnego mi nie dolega... ale jednak czuję się zdechlakowato. jakoś często nie mam siły ... tak jak dzisiaj... myślałam, że nie dowlokę się z pośredniaka na parking do samochodu... :/
chciałam się czegoś dowiedzieć o zakładaniu działalności gospodarczej i czy dla osoby bezrobotnej będą w zus-ie przez pewien czas jakieś ulgi w płaceniu składek. słyszałam też o jakichś dofinansowaniach z urzędu na rozpoczęcie działalności...
u sympatycznego pana w informacji dostałam jedynie jakieś kserówki ulotek i zostałam z tym tematem odesłana do jakiejś "fundacji rozwoju czegośtam...". oni pomagają w zakładaniu działalności i tłumaczą wszystko.
u sympatycznego pana w informacj chciałam też dowiedzieć się czegoś o szkoleniach oferowanych przez urząd pracy. dostałam wniosek i zostałam odesłana do innego pokoju. spytałam się, czy szkolenia są bezpłatne, bo interesowałyby mnie 2 lub 3... powiedział, że pierwsze szkolenie jest bezpłatne, a czy kolejne... to nie wie.
no nic... zastanawiające... po co ten sympatyczny pan w informacji siedzi? aby wydawać ludziom kserówki wniosków i ulotek? bo jakoś nic się od niego nie dowiedziałam, nic mi nie wyjaśnił.
a więc poszłam do pokoju wskazanego przez sympatycznego pana z informacji. siedziała tam taka sympatyczna pani pochylona nad papierami... powiedziałam o co mi chodzi...
a ona mi na to, że powinnam iść do innego pokoju, bo do niej trafiają już zatwierdzone wnioski szkoleniowe.
powinnam iść do innego pokoju, w którym siedzi z pewnością bardzo sympatyczny doradca zawodowy, który pomoże mi wybrać najlepsze dla mnie szkolenie i pomoże wypełnić prawidłowo wniosek.
... a prawidłowo wypełniony wniosek następnie zostanie zaopiniowany przez sympatycznego doradcę zawodowego, aby potem trafić na obrady komisji kwalifikujące bezrobotnych na szkolenia.
paranoja jakaś.
dzisiaj jakoś źle się czułam... przeszłam się kawałek przez miasto... zmęczyło mnie gorąco, uliczny hałas i spaliny... kręciło mi się w głowie.... ręce i nogi opadały.
czy doradca zawodowy jest tak samo sympatyczny jak pan z informacji przekonam się w przyszłym tygodniu...
na jutro mam już plany i będę pewnie po tym zmęczona. :/ idę na pobieranie krwi. będę sobie robiła kolejne badanie na boreliozę. kilka miesięcy temu miałam wyniki "graniczne" i lekarka powiedziała, że jestem pod tzw. obserwacją. mam brać magnez, wit b i takie inne zestawy witamin... natomiast lekarz, który leczył mamę w szpitalu powiedział, że wyniki "graniczne" już kwalifikują człowieka do leczenia silnymi antybiotykami. :/
tak ogólnie to czuję się dobrze, nic konkretnego mi nie dolega... ale jednak czuję się zdechlakowato. jakoś często nie mam siły ... tak jak dzisiaj... myślałam, że nie dowlokę się z pośredniaka na parking do samochodu... :/
Komentarze: 1 pokaż »
2009-08-18 20:01
ostatnio trochę pojeździłam sobie samochodem w trasie.
wg mnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy lepszymi kierowcami są mężczyźni, czy kobiety.
przejechałam ponad 1000 km i mogę stwierdzić, że wszystkie brawurowe, niebezpieczne i bardzo niebezpieczne sytuacje były spowodowane przez mężczyzn. jakoś jestem chyba wyczulona na tym punkcie. może to z racji, że pochodzę z policyjnej rodzinki.
podstawą jest oczywiście bardzo szybka jazda. sama nie należę do tych, co się wloką na drodze... ale byli tacy, co śmigali jak perszingi jadąc przez małe miasteczka lub wsie...
normą jest oczywiście wyprzedzanie przed zakrętami... czy na "trzeciego".
miałam też sytuację, w której naprawdę mnie zmroziło.
ładna droga, prosta, bardzo dobra widoczność... i brak tzw. "marginesu" na który możnaby zjechać. tuż za poboczem był rów. ruch był spory.
widziałam, że kierowca jadący z naprzeciwka zaczął wyprzedzać. i było ok. spokojnie wyrobiłby się z manewrem.
no ale jakiemuś debilowi za mną widocznie bardzo się śpieszyło... i też zaczął mnie wyprzedzać. nie było takiej opcji, aby nie zauważył dwóch samochodów jadących z naprzeciwka...
i wyglądało to tak, że przez chwilę jechaliśmy sobie na dwie czołówki... noga od razu poleciała mi na hamulec, ale na szczęście obyło się bez bardzo ostrego hamowania.
bardzo wyraźnie poczułam też różnicę w jakości dróg.
na zachód od wisły jazda była przyjemnością, choć przerywaną remontami dróg, co oczywiście w dalszej perspektywie jest sprawą jak najbradziej pozytywną.
natomiast, gdy w drodze powrotnej przejechałam wisłę w annopolu... nastąpił bolesny powrót do rzeczywistości polski "b". oj... przepraszam... to już raczej będzie polska "m"... albo nawet "r".
mój samochodzik tylko podskakiwał na koleinach i połatanej jezdni. choć nie powiem - "momenty" były. niekiedy trafiał się kawałek dobrej drogi...
wg mnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy lepszymi kierowcami są mężczyźni, czy kobiety.
przejechałam ponad 1000 km i mogę stwierdzić, że wszystkie brawurowe, niebezpieczne i bardzo niebezpieczne sytuacje były spowodowane przez mężczyzn. jakoś jestem chyba wyczulona na tym punkcie. może to z racji, że pochodzę z policyjnej rodzinki.
podstawą jest oczywiście bardzo szybka jazda. sama nie należę do tych, co się wloką na drodze... ale byli tacy, co śmigali jak perszingi jadąc przez małe miasteczka lub wsie...
normą jest oczywiście wyprzedzanie przed zakrętami... czy na "trzeciego".
miałam też sytuację, w której naprawdę mnie zmroziło.
ładna droga, prosta, bardzo dobra widoczność... i brak tzw. "marginesu" na który możnaby zjechać. tuż za poboczem był rów. ruch był spory.
widziałam, że kierowca jadący z naprzeciwka zaczął wyprzedzać. i było ok. spokojnie wyrobiłby się z manewrem.
no ale jakiemuś debilowi za mną widocznie bardzo się śpieszyło... i też zaczął mnie wyprzedzać. nie było takiej opcji, aby nie zauważył dwóch samochodów jadących z naprzeciwka...
i wyglądało to tak, że przez chwilę jechaliśmy sobie na dwie czołówki... noga od razu poleciała mi na hamulec, ale na szczęście obyło się bez bardzo ostrego hamowania.
bardzo wyraźnie poczułam też różnicę w jakości dróg.
na zachód od wisły jazda była przyjemnością, choć przerywaną remontami dróg, co oczywiście w dalszej perspektywie jest sprawą jak najbradziej pozytywną.
natomiast, gdy w drodze powrotnej przejechałam wisłę w annopolu... nastąpił bolesny powrót do rzeczywistości polski "b". oj... przepraszam... to już raczej będzie polska "m"... albo nawet "r".
mój samochodzik tylko podskakiwał na koleinach i połatanej jezdni. choć nie powiem - "momenty" były. niekiedy trafiał się kawałek dobrej drogi...
Komentarze: 0
2009-08-17 21:56
dzisiaj byłam u brata na urodzinach.
słyszałam, co tam słychać u jego zaprzyjażnionego małżeństwa.
jakieś 9 miesięcy temu wyjechali do wrocławia. czyli na drugi koniec polski.
a tu, na wschodzie mają całą swoją rodzinę. tu mają wszystkich znajomych i przyjaciół.
on dostał propozycję lepszych zarobków w pracy. ona nie pracuje i zajmuje się 5-letnim synkiem.
on pracuje codziennie po kilkanaście godzin, często wyjeżdża na kilkudniowe szkolenia...
ona z samotności wpadła w depresję...
on wciąż rozwija się zawodowo...
ona ciągle sama...
są małżeństwem.
u mnie był mniej więcej podobny schemat. na szczęście nigdzie nie musiałam wyjeżdżać...
czy na tym ma polegać miłość i małżeństwo? czy powinnam łykać dalej leki antydepresyjne i wciąż trwać w małżeństwie? bo przecież nikt nie powiedział, że małżeństwo to sprawa przyjemna ...czy trzeba zabić siebie psychicznie i wytrwać, aby wg opinii ogółu "nie iść na łatwiznę" odchodząc?
jeżeli na tym ma polegać związek i małżeństwo... to ja się do tego nie nadaję.
słyszałam, co tam słychać u jego zaprzyjażnionego małżeństwa.
jakieś 9 miesięcy temu wyjechali do wrocławia. czyli na drugi koniec polski.
a tu, na wschodzie mają całą swoją rodzinę. tu mają wszystkich znajomych i przyjaciół.
on dostał propozycję lepszych zarobków w pracy. ona nie pracuje i zajmuje się 5-letnim synkiem.
on pracuje codziennie po kilkanaście godzin, często wyjeżdża na kilkudniowe szkolenia...
ona z samotności wpadła w depresję...
on wciąż rozwija się zawodowo...
ona ciągle sama...
są małżeństwem.
u mnie był mniej więcej podobny schemat. na szczęście nigdzie nie musiałam wyjeżdżać...
czy na tym ma polegać miłość i małżeństwo? czy powinnam łykać dalej leki antydepresyjne i wciąż trwać w małżeństwie? bo przecież nikt nie powiedział, że małżeństwo to sprawa przyjemna ...czy trzeba zabić siebie psychicznie i wytrwać, aby wg opinii ogółu "nie iść na łatwiznę" odchodząc?
jeżeli na tym ma polegać związek i małżeństwo... to ja się do tego nie nadaję.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-08-08 23:20
przejechałam troszkę kilometrów. lubię to. naprawdę dobrze odpoczywam za kierownicą.... choć trafiają się debile, którym na chwilę udaje się zaburzyć mój błogostan.
znalazłam fajny pensjonat w białce tatrzańskiej - "pod końską grzywą". budynek jest spory, drewniany i pachnący nowością. za nocleg od osoby biorą 20zł.
parę rzeczy zobaczyłam... nidzica, czorsztyn... oglądałam, jak strzyże się owce... he he takie chudzinki potem uciekały do stada :)
...wjazd kolejką na górkę w szczawnicy... szwędałam się po krupówkach.... i ku wielkiej uciesze córci, zjechałam z nią z tych "rynienek" na gubałówce. dzidzia zrobiła sobie zmywalny tatuaż na nodze :) ma też własną karykaturę.
bardzo podobało mi się również w basenach termalnych w bukowinie tatrzańskiej. to naprawdę wspaniała sprawa... z jednej strony czułam chłód wieczornego powietrza... a z drugiej ciepło wody i unoszącej się nad nią pary.
choć tak prawdę mówiąc to brakowało mi tam zwykłego basenu z torami do pływania... bo takie siedzenie w wodzie i moczenie tyłka, na dłuższą metę mnie nie bawi.
za pensjonatem był taki strumień.... gospodyni mówiła, że po zeszłorocznych burzach strumień bardzo się zmienił... pozrywały się brzegi, leżały jeszcze szczątki korzeni powyrywanych drzew, wielkie kamienie leżały porozrzucane... ale pomimo to i tak miejsce to było wspaniałe. spacerowałam tam z córcią po kamienistym brzegu... i znalazłyśmy sobie fajną zabawę: budowałyśmy prywatne, kamieniste zatoczki i boczne strumyczki.
ale żeby nie było tak różowo... w niedzielę na kolację kobieta jadła kanapeczki z pomidorkiem. a poniedziałkowy poranek zaczął się silnym bólem żołądka i po chwili wymiotami... :/
piłam sporo wody... aby potem wylądować nad kibelkiem...
cóż.... mała skórka pomidorka może człowieka nieźle wymęczyć.
we wtorek rano miałyśmy wracać do domu.... a mnie trzęsło z osłabienia i bólu mięśni... na szczęście kupiłam w aptece jakiś specyfik od którego poczuam się lepiej.
ufff... czy kiedyś zapamiętam, że powinnam obierać pomidory???
znalazłam fajny pensjonat w białce tatrzańskiej - "pod końską grzywą". budynek jest spory, drewniany i pachnący nowością. za nocleg od osoby biorą 20zł.
parę rzeczy zobaczyłam... nidzica, czorsztyn... oglądałam, jak strzyże się owce... he he takie chudzinki potem uciekały do stada :)
...wjazd kolejką na górkę w szczawnicy... szwędałam się po krupówkach.... i ku wielkiej uciesze córci, zjechałam z nią z tych "rynienek" na gubałówce. dzidzia zrobiła sobie zmywalny tatuaż na nodze :) ma też własną karykaturę.
bardzo podobało mi się również w basenach termalnych w bukowinie tatrzańskiej. to naprawdę wspaniała sprawa... z jednej strony czułam chłód wieczornego powietrza... a z drugiej ciepło wody i unoszącej się nad nią pary.
choć tak prawdę mówiąc to brakowało mi tam zwykłego basenu z torami do pływania... bo takie siedzenie w wodzie i moczenie tyłka, na dłuższą metę mnie nie bawi.
za pensjonatem był taki strumień.... gospodyni mówiła, że po zeszłorocznych burzach strumień bardzo się zmienił... pozrywały się brzegi, leżały jeszcze szczątki korzeni powyrywanych drzew, wielkie kamienie leżały porozrzucane... ale pomimo to i tak miejsce to było wspaniałe. spacerowałam tam z córcią po kamienistym brzegu... i znalazłyśmy sobie fajną zabawę: budowałyśmy prywatne, kamieniste zatoczki i boczne strumyczki.
ale żeby nie było tak różowo... w niedzielę na kolację kobieta jadła kanapeczki z pomidorkiem. a poniedziałkowy poranek zaczął się silnym bólem żołądka i po chwili wymiotami... :/
piłam sporo wody... aby potem wylądować nad kibelkiem...
cóż.... mała skórka pomidorka może człowieka nieźle wymęczyć.
we wtorek rano miałyśmy wracać do domu.... a mnie trzęsło z osłabienia i bólu mięśni... na szczęście kupiłam w aptece jakiś specyfik od którego poczuam się lepiej.
ufff... czy kiedyś zapamiętam, że powinnam obierać pomidory???
Komentarze: 0
2009-08-04 21:53
na kilka dni zmieniłam klimat.
znalazłam fajny pensjonacik w białce tatrzańskiej.
poleniuchowałam, odpoczęłam...
dzisiaj dotarłam do domu. bezpiecznie dotarłam, czego nie mogę powiedzieć o moim "ex".
ale na razie jestem trochę wymięknięta... czeka już na mnie moje prywatne łóżko :)
znalazłam fajny pensjonacik w białce tatrzańskiej.
poleniuchowałam, odpoczęłam...
dzisiaj dotarłam do domu. bezpiecznie dotarłam, czego nie mogę powiedzieć o moim "ex".
ale na razie jestem trochę wymięknięta... czeka już na mnie moje prywatne łóżko :)
Komentarze: 1 pokaż »
2009-07-23 22:56
maluję sufity...
czyszczę podłogi
przekładam worki z przewiezionymi ciuchami i innymi klamotami...
a jutro razem z mamą zabieramy się za tapetowanie dużego pokoju.
:)
czyszczę podłogi
przekładam worki z przewiezionymi ciuchami i innymi klamotami...
a jutro razem z mamą zabieramy się za tapetowanie dużego pokoju.
:)
Komentarze: 3 pokaż »
2009-07-19 11:12
dziwnie się czuję...
jakoś chyba do mnie nie dociera jeszcze, że mam własne mieszkanie.
kurczę... tyle zmian w ciągu półtora roku.
rewolucja.
i to ja jestem siłą napędową tych wydarzeń. (poza utratą pracy oczywiście)
ja...
już się nauczyłam, że nie powinno się mówić, że NIGDY czegoś człowiek nie zrobi.
to co się wokoło mnie dzieje ... to są same moje "nigdy".
sama siebie nie poznaję.
pomimo wszystkich moich strachów, bojaźni, obaw... jestem jakoś optymistycznie nastawiona do życia. nie wiem, skąd to się we mnie bierze, ale cieszę się z tego.
jakoś chyba do mnie nie dociera jeszcze, że mam własne mieszkanie.
kurczę... tyle zmian w ciągu półtora roku.
rewolucja.
i to ja jestem siłą napędową tych wydarzeń. (poza utratą pracy oczywiście)
ja...
już się nauczyłam, że nie powinno się mówić, że NIGDY czegoś człowiek nie zrobi.
to co się wokoło mnie dzieje ... to są same moje "nigdy".
sama siebie nie poznaję.
pomimo wszystkich moich strachów, bojaźni, obaw... jestem jakoś optymistycznie nastawiona do życia. nie wiem, skąd to się we mnie bierze, ale cieszę się z tego.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-07-18 11:59
no!
najbrudniejsza robota w mieszkanku zakończona!
:)
zostało jeszcze pomalowanie sufitów i tapetowanie. a na samym końcu będziemy robili z bratem we wnękach pólki na ciuchy. naprawdę lubię takie manualne zajęcia. :) nie będę robiła sobie szaf pod zabudowę. to bardzo drogo wychodzi. a jak będę "zamykała" moje szafy? wymyśliłam sobie, że będą zasłaniane roletami. jeszcze nie wiem, jak (i czy wogóle) te moje zamysły wyjdą w praktyce... ale plan mam! :)
większość ciuchów już przewieziona. komoda też. jedyny własny mebel jaki do tej pory posiadałam, bo dopiero od niedawna mam dwa! kupiłam własny, prywatny narożnik. :)
już mam lodówkę, kuchenkę.... pralkę też mam... choć będzie trochę nie teges... pralka jest po poprzednim właścicielu. zostawił mi ją za 3 stówki. widać trochę na niej ślady eksploatacji... ale jak mi się wszystko ustabilizuje finansowo, to sobie kupię nową.
mój "ex" przewiózł ze swojego mieszkania regał i kanapę córci. normalnie cholera jasna mnie brała, jak widziałam, jak oni (z kumplem) to przenosili. mieli problemy ze zmieszczeniem mebli w windzie. i zamiast na spokojnie jakoś poszukać sposobu... to "ex" tradycyjnie się szamotał, pyrgał, wkurzał i kurwiał... na szczęście tylko troszkę uszkodził jedną część szafki...
luuuuudzie... jak to dobrze, że nie muszę już przebywać z nim na codzień.
dzisiaj po obiedzie zabieram młodą i mamę i będziemy robiły porządki... w mieszkaniu mam strasznie dużo różnych tektur i folii... no i ogólnie trzeba posprzątać...
aha!
:)
klatka schodowa została wczoraj wypucowana. nawet ściany zostały dokładnie wymyte przez moją córcię.
pachniało wszystko i lśniło.
brudna robota została zakończona, więc był sens dobrze posprzątać. bo nie bawi mnie bezsensowne latanie z mopem, aby na klatce było przez kilka godzin nocnych czysto... no ale są tacy, którzy lubią taką niemalże syzyfową robotę.
najbrudniejsza robota w mieszkanku zakończona!
:)
zostało jeszcze pomalowanie sufitów i tapetowanie. a na samym końcu będziemy robili z bratem we wnękach pólki na ciuchy. naprawdę lubię takie manualne zajęcia. :) nie będę robiła sobie szaf pod zabudowę. to bardzo drogo wychodzi. a jak będę "zamykała" moje szafy? wymyśliłam sobie, że będą zasłaniane roletami. jeszcze nie wiem, jak (i czy wogóle) te moje zamysły wyjdą w praktyce... ale plan mam! :)
większość ciuchów już przewieziona. komoda też. jedyny własny mebel jaki do tej pory posiadałam, bo dopiero od niedawna mam dwa! kupiłam własny, prywatny narożnik. :)
już mam lodówkę, kuchenkę.... pralkę też mam... choć będzie trochę nie teges... pralka jest po poprzednim właścicielu. zostawił mi ją za 3 stówki. widać trochę na niej ślady eksploatacji... ale jak mi się wszystko ustabilizuje finansowo, to sobie kupię nową.
mój "ex" przewiózł ze swojego mieszkania regał i kanapę córci. normalnie cholera jasna mnie brała, jak widziałam, jak oni (z kumplem) to przenosili. mieli problemy ze zmieszczeniem mebli w windzie. i zamiast na spokojnie jakoś poszukać sposobu... to "ex" tradycyjnie się szamotał, pyrgał, wkurzał i kurwiał... na szczęście tylko troszkę uszkodził jedną część szafki...
luuuuudzie... jak to dobrze, że nie muszę już przebywać z nim na codzień.
dzisiaj po obiedzie zabieram młodą i mamę i będziemy robiły porządki... w mieszkaniu mam strasznie dużo różnych tektur i folii... no i ogólnie trzeba posprzątać...
aha!
:)
klatka schodowa została wczoraj wypucowana. nawet ściany zostały dokładnie wymyte przez moją córcię.
pachniało wszystko i lśniło.
brudna robota została zakończona, więc był sens dobrze posprzątać. bo nie bawi mnie bezsensowne latanie z mopem, aby na klatce było przez kilka godzin nocnych czysto... no ale są tacy, którzy lubią taką niemalże syzyfową robotę.
Komentarze: 0
2009-07-14 21:59
no to już się na piętrze w nowym mieszkaniu dorobiłam wroga.
przyczepiła się jakaś stara babinka.
niesamowicie przeszkadzał jej "brud" na piętrze.
w mieszkaniu mam remont w zasadzie generalny.
wiem, że zawsze na koniec dnia klatka była zamieciona. no a że było
trochę pyłu... tego nie da się uniknąć.
wg babinki codziennie powinno być myte mopem całe piętro, bo "tu
świnie nie mieszkają".
nie była w stanie zrozumieć, że jest remont i że codziennie jest
zamiatane... nawet nie chciała mnie słuchać, tylko trzasnęła
drzwiami.
oooo.... niech na mnie popatrzy, to z pewnością zobaczy jak się
przejęłam.
jasne, że wyczyszczę dokładnie korytarz, ale jak już będzie
ostateczny koniec z tym remontem.
jestem zmęczona. codziennie mam bieganinę. codziennie coś załatwiam.
ufff.....
a kto mi zrobi masaż??? przydałby mi się teraz :)
Komentarze: 4 pokaż »
2009-07-12 14:37
moja bratowa nałogowo pije colę i pepsi.
od wielu lat codziennie jakieś 2 literki pękają.
choć nie... ostatnio się ogranicza.
wiem, że nieźle posypały jej się zęby. ma pozakładanych już kilka koronek...
a wczoraj siedzimy przy kawce... i podczas jedzenia paluszków odpadł jej ząb trzonowy. przy dziąśle pozostały jedynie jakieś jego szczątki...
a gdy potem byłyśmy z dzieciakami na lodach - co sobie kupiła do picia? małą pepsi oczywiście.
bratowa od pewnego czasu miała duże problemy z brzuchem. podczas gastroskopii wymiotowała krwią... lekarka powiedziała, że przewód pokarmowy ma bardzo zniszczony i wygląda jak kobiety 50-letniej.
bratowa niby zdaje sobie sprawę, że to wina picia "odrdzewiaczy" a z drugiej strony użala się nad sobą, że jest takiego słabego zdrowia... i wymaga od innych ciągłej troski izainteresowania jej osobą.
no cóż... pewne rzeczy są dziedziczne... jej mama jest rasową hipochondryczką. już lekarze w szpitalach i przychodzniach mają jej dość.
nałogi...
strasznie wypaczają umysły, uzależniają duszę i ciało.
wydawałoby się - przecież ja piję tylko pepsi.
ale jakie są tego konsekwencje dla zdrowia? ...zwłaszcza, że bratowa planuje drugie dziecko (ale o tym cicho sza... bo to narazie tajemnica wielgaśna)
bratowa ma wyniszczony organizm.... ciąża też jest pewnym wysiłkiem dla ciała. a ona miała pewne problemy podczas pierwszej....
nie chcę źle jej wróżyć... ale za kilka lat może wylądować w szpitalu z rozsypującymi się wnętrznościami... bo pepsi pić nie przestanie.
hmmm.... ogólnie moja bratowa jest ciekawym "przypadkiem".
od wielu lat codziennie jakieś 2 literki pękają.
choć nie... ostatnio się ogranicza.
wiem, że nieźle posypały jej się zęby. ma pozakładanych już kilka koronek...
a wczoraj siedzimy przy kawce... i podczas jedzenia paluszków odpadł jej ząb trzonowy. przy dziąśle pozostały jedynie jakieś jego szczątki...
a gdy potem byłyśmy z dzieciakami na lodach - co sobie kupiła do picia? małą pepsi oczywiście.
bratowa od pewnego czasu miała duże problemy z brzuchem. podczas gastroskopii wymiotowała krwią... lekarka powiedziała, że przewód pokarmowy ma bardzo zniszczony i wygląda jak kobiety 50-letniej.
bratowa niby zdaje sobie sprawę, że to wina picia "odrdzewiaczy" a z drugiej strony użala się nad sobą, że jest takiego słabego zdrowia... i wymaga od innych ciągłej troski izainteresowania jej osobą.
no cóż... pewne rzeczy są dziedziczne... jej mama jest rasową hipochondryczką. już lekarze w szpitalach i przychodzniach mają jej dość.
nałogi...
strasznie wypaczają umysły, uzależniają duszę i ciało.
wydawałoby się - przecież ja piję tylko pepsi.
ale jakie są tego konsekwencje dla zdrowia? ...zwłaszcza, że bratowa planuje drugie dziecko (ale o tym cicho sza... bo to narazie tajemnica wielgaśna)
bratowa ma wyniszczony organizm.... ciąża też jest pewnym wysiłkiem dla ciała. a ona miała pewne problemy podczas pierwszej....
nie chcę źle jej wróżyć... ale za kilka lat może wylądować w szpitalu z rozsypującymi się wnętrznościami... bo pepsi pić nie przestanie.
hmmm.... ogólnie moja bratowa jest ciekawym "przypadkiem".
Komentarze: 3 pokaż »
2009-07-09 16:03
moja córcia czycha na śmierć świnki morskiej. :/
obiecałam jej, że kupimy kotka, ale dopiero po zgonie świni.
wiadomości frontowe:
ha!
mam już pomontowane drzwi wejściowe, do łazienki i pokoju młodej. a na podłodze mam już panele.
dzisiaj pokupowałam gniazdka i kontakty. mam też już oświetlenie do pokojów i przedpokoju. do kuchni jeszcze nie... jakoś nic fajnego nie wpało mi w oko.
obiecałam jej, że kupimy kotka, ale dopiero po zgonie świni.
wiadomości frontowe:
ha!
mam już pomontowane drzwi wejściowe, do łazienki i pokoju młodej. a na podłodze mam już panele.
dzisiaj pokupowałam gniazdka i kontakty. mam też już oświetlenie do pokojów i przedpokoju. do kuchni jeszcze nie... jakoś nic fajnego nie wpało mi w oko.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-07-07 21:43
dzisiaj miałam męczący dzień.
udało mi się zarejestrować w zasiłkowni. wczoraj też byłam, ale po
godz 10. postałam w kolejce godzinę i zrezygnowałam, bo było tyle
ludzi, że nie widziałam szansy na zarejestrowanie. dzisiaj byłam po 8
rano. czekałam w kolejce ponad 4 godziny. a panie w rejestracji
sprawdziła moje dane u siebie w systemie i stwierdziła, że nie może
mnie teraz zarejestrować.... kiedyś już byłam zarejestrowana na
podwójne nazwisko... i dla tej pani mój nowy dowód osobisty nie był
podstawą do uwiarygodnienia mojej osoby.
stwierdziła dodatkowo, że świadectwo ukończenia szkoły jest wydane na
podwójne nazwisko i ona na sto procent nie jest w stanie stwierdzić, czy
jest ono faktycznie moje, bo ... w dowodzie mam jedno. no ale z drugiej
strony uznała za prawdziwy wyrok sądu o rozwodzie, gzie również mam
podwójne nazwisko... i jakoś nie mogła się dopatrzyć w tym dziwnej
sytuacji.
do dyskusji dołączyła się kierowniczka tej kobiety... no niestety...
dowód osobisty nie jest wystarczający do ustalenia mojej tożsamości.
powiedziały, że muszę dostarczyć odpis aktu małżeństwa z adnotacją
o zmianie nazwiska.... no to się ich pytam, czy gdybym mieszkała
wcześniej w szczecinie i tam zmieniała nazwisko,to czy musiałabym tam
jechać.... nie docierało.
po ponad 4 godzinach czekania i takiej kretyńskiej dyskusji puściły mi
nerwy i aż się pobeczałam.
czułam się zmęczona i dodatkowo upokorzona takim długim czekaniem i
tą głupią dyskusją.
sprawa skończyła się u dyrektorki urzędu pracy. no i jestem
zarejestrowana. po pięciogodzinnym pobycie w urzędzie. :/
potem kupiłam trochę niezbędnych rzeczy do mieszkanka - pianka do
paneli i takie tam...
byłam też z mamą w media markt, bo kupowała sobie nowy odkurzacz.
a na końcu w celu odstresowania się poszłam na basen. :) i czuję się
dobrze :)
udało mi się zarejestrować w zasiłkowni. wczoraj też byłam, ale po
godz 10. postałam w kolejce godzinę i zrezygnowałam, bo było tyle
ludzi, że nie widziałam szansy na zarejestrowanie. dzisiaj byłam po 8
rano. czekałam w kolejce ponad 4 godziny. a panie w rejestracji
sprawdziła moje dane u siebie w systemie i stwierdziła, że nie może
mnie teraz zarejestrować.... kiedyś już byłam zarejestrowana na
podwójne nazwisko... i dla tej pani mój nowy dowód osobisty nie był
podstawą do uwiarygodnienia mojej osoby.
stwierdziła dodatkowo, że świadectwo ukończenia szkoły jest wydane na
podwójne nazwisko i ona na sto procent nie jest w stanie stwierdzić, czy
jest ono faktycznie moje, bo ... w dowodzie mam jedno. no ale z drugiej
strony uznała za prawdziwy wyrok sądu o rozwodzie, gzie również mam
podwójne nazwisko... i jakoś nie mogła się dopatrzyć w tym dziwnej
sytuacji.
do dyskusji dołączyła się kierowniczka tej kobiety... no niestety...
dowód osobisty nie jest wystarczający do ustalenia mojej tożsamości.
powiedziały, że muszę dostarczyć odpis aktu małżeństwa z adnotacją
o zmianie nazwiska.... no to się ich pytam, czy gdybym mieszkała
wcześniej w szczecinie i tam zmieniała nazwisko,to czy musiałabym tam
jechać.... nie docierało.
po ponad 4 godzinach czekania i takiej kretyńskiej dyskusji puściły mi
nerwy i aż się pobeczałam.
czułam się zmęczona i dodatkowo upokorzona takim długim czekaniem i
tą głupią dyskusją.
sprawa skończyła się u dyrektorki urzędu pracy. no i jestem
zarejestrowana. po pięciogodzinnym pobycie w urzędzie. :/
potem kupiłam trochę niezbędnych rzeczy do mieszkanka - pianka do
paneli i takie tam...
byłam też z mamą w media markt, bo kupowała sobie nowy odkurzacz.
a na końcu w celu odstresowania się poszłam na basen. :) i czuję się
dobrze :)
Komentarze: 1 pokaż »
2009-07-06 17:00
dzisiaj miałam pierwsze podejśćie do.... zasiłkowni... :/
w urzędzie pracy... czułam się bardzo źle.
czułam się jak człowiek gorszego sortu.
do rejestracji była strasznie długa kolejka.
no ale nic... stanęłam i czekałam.
kolejka ani drgnęła przez 40 minut, za to panie z plakietkami urzędu latały między pokojami....
tak... tak... bezrobotny człowieku.... ucz się pokry.
dzisiaj dałam sobie z tym spokój.
jutro pojadę tam przed 8 rano, zaopatrzę się w książkę i będę czekała do skutku.
ludzi z sieci komórkowej orange od organizacji pracy, chyba w mózgi osły pokopały.
już kilka miesięcy temu miałam identyczną sytuację.
zadzwoniła miła pani przedstawiając ofertę telefonu z podwójnym systemem nawigacji i z różnymi innymi bajerami.
spytała się, czy jestem nim zainteresowana.
no to ja się pytam, czy oferta związana jest z koniecznością zawarcia umowy na kolejny numer w abonamencie. jeżeli tak- to mnie to nie interesuje, jeżeli nie - to chętnie porozmawiam dalej.
na to usłyszałam od miłej pani, że ona nie wie nic na temat abonamentów. ona dzwoni tylko po to, aby się spytać, czy jestem zainteresowana nowym telefonem, a o konkretach oferty będę mogła rozmawiać z inym doradcą, który zadzwoni za jakieś pół godziny.
paranoja.
zatrudniają dwie osoby do telefonicznego przedstawienia oferty.
hhhh...
a może powinnam czuć się wyróżniona?
w obsługę mojej sktomnej osoby zaangażowane są aż 2 osoby.
wiadomości frontowe:
zastój się jakiś zrobił. :/
ale za to kupiłam nowe baterie do łazienki i kuchni. a młoda wybrała sobie farbę do pokoju.
w urzędzie pracy... czułam się bardzo źle.
czułam się jak człowiek gorszego sortu.
do rejestracji była strasznie długa kolejka.
no ale nic... stanęłam i czekałam.
kolejka ani drgnęła przez 40 minut, za to panie z plakietkami urzędu latały między pokojami....
tak... tak... bezrobotny człowieku.... ucz się pokry.
dzisiaj dałam sobie z tym spokój.
jutro pojadę tam przed 8 rano, zaopatrzę się w książkę i będę czekała do skutku.
ludzi z sieci komórkowej orange od organizacji pracy, chyba w mózgi osły pokopały.
już kilka miesięcy temu miałam identyczną sytuację.
zadzwoniła miła pani przedstawiając ofertę telefonu z podwójnym systemem nawigacji i z różnymi innymi bajerami.
spytała się, czy jestem nim zainteresowana.
no to ja się pytam, czy oferta związana jest z koniecznością zawarcia umowy na kolejny numer w abonamencie. jeżeli tak- to mnie to nie interesuje, jeżeli nie - to chętnie porozmawiam dalej.
na to usłyszałam od miłej pani, że ona nie wie nic na temat abonamentów. ona dzwoni tylko po to, aby się spytać, czy jestem zainteresowana nowym telefonem, a o konkretach oferty będę mogła rozmawiać z inym doradcą, który zadzwoni za jakieś pół godziny.
paranoja.
zatrudniają dwie osoby do telefonicznego przedstawienia oferty.
hhhh...
a może powinnam czuć się wyróżniona?
w obsługę mojej sktomnej osoby zaangażowane są aż 2 osoby.
wiadomości frontowe:
zastój się jakiś zrobił. :/
ale za to kupiłam nowe baterie do łazienki i kuchni. a młoda wybrała sobie farbę do pokoju.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-07-04 15:19
ostatnio miałam sen.
działo się to na podwórku niedaleko jakiegoś domu. było tam sporo ludzi, jacyś znajomi.
miałam przy sobie aparat fotograficzny. taki z lepszych, z obiektywem.
między gałęziami drzew znalazłam dużą pajęczynę. była bardzo symetryczna i poprostu przepiękna, zachwycająca. na jej środku siedział sobie pająk. miał on taką żółtawą barwę. zrobiłam kilka zdjęć.
nagle ten pająk zszedł z pajęczyny i zaczął mnie gonić. bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że jest bardzo jadowity. przez chwilę uciakałam, ale potem pająk schował się przede mną w trawie pod ławką. i już tam siedział i nie pokazywał się więcej, bo teraz to on się zaczął bać.
chciałam pokazać znajomym zdjęcia,które zrobiłam. chciałam żeby zobaczyli piękną sieć i tego jadowitego pająka. niestety nie mogłam odnaleźć w aparacie tych zrobionych zdjęć. wiedziałam, gdzie mam klikać i gdzie zdjęcia powinny być zapisane... ale w aparacie jakby coś przeskakiwało, przełączało się...
nikt z ludzi, którzy tam byli, nie zauważył że coś się działo. nie zauważono pająka ani sieci.
hhhmmm.....
ciekawe, kiedy i jak ten sen mi się przełoży na życie? w tym roku? za 3 lata? czy za 7?
działo się to na podwórku niedaleko jakiegoś domu. było tam sporo ludzi, jacyś znajomi.
miałam przy sobie aparat fotograficzny. taki z lepszych, z obiektywem.
między gałęziami drzew znalazłam dużą pajęczynę. była bardzo symetryczna i poprostu przepiękna, zachwycająca. na jej środku siedział sobie pająk. miał on taką żółtawą barwę. zrobiłam kilka zdjęć.
nagle ten pająk zszedł z pajęczyny i zaczął mnie gonić. bardzo się go bałam, bo wiedziałam, że jest bardzo jadowity. przez chwilę uciakałam, ale potem pająk schował się przede mną w trawie pod ławką. i już tam siedział i nie pokazywał się więcej, bo teraz to on się zaczął bać.
chciałam pokazać znajomym zdjęcia,które zrobiłam. chciałam żeby zobaczyli piękną sieć i tego jadowitego pająka. niestety nie mogłam odnaleźć w aparacie tych zrobionych zdjęć. wiedziałam, gdzie mam klikać i gdzie zdjęcia powinny być zapisane... ale w aparacie jakby coś przeskakiwało, przełączało się...
nikt z ludzi, którzy tam byli, nie zauważył że coś się działo. nie zauważono pająka ani sieci.
hhhmmm.....
ciekawe, kiedy i jak ten sen mi się przełoży na życie? w tym roku? za 3 lata? czy za 7?
Komentarze: 2 pokaż »
2009-07-03 17:51
wczoraj miałam kibelkową sesję z tygryskiem :(
już 3-ci dzień chodzę jakaś niewyraźna. całą winę zwalałam na upały, które naprawdę źle znoszę. no i wczoraj wieczorem ze mnie wyrwało. nawet jak już nie miałam czym wymiotować, to i tak szarpało mi żołądek.
miałam nadzieję, że dzisiaj rano będzie już lepiej. a tu figa z makiem. około południa poszłam do lekarza. dostałam leki i powoli zaczyna być lepiej.
teraz nawet zastanawiam się, czy jest mi ciągle słabo z powodu zatrucia, czy już raczej z powodu głodu.
ale to chyba dobry znak, że zaczynam myśleć o jedzeniu. :)
wiadomości frontowe:
łazienka prawie skończona! wanna obudowana, kibelek na miejscu. fugi porobione. aby łazienka była "cacy" musi być jeszcze skończony sufit podwieszany.
ale będzie jeszcze jedna demolka - będą wywalać drzwi z łazienki i wejściowe a potem założą nowe.
już 3-ci dzień chodzę jakaś niewyraźna. całą winę zwalałam na upały, które naprawdę źle znoszę. no i wczoraj wieczorem ze mnie wyrwało. nawet jak już nie miałam czym wymiotować, to i tak szarpało mi żołądek.
miałam nadzieję, że dzisiaj rano będzie już lepiej. a tu figa z makiem. około południa poszłam do lekarza. dostałam leki i powoli zaczyna być lepiej.
teraz nawet zastanawiam się, czy jest mi ciągle słabo z powodu zatrucia, czy już raczej z powodu głodu.
ale to chyba dobry znak, że zaczynam myśleć o jedzeniu. :)
wiadomości frontowe:
łazienka prawie skończona! wanna obudowana, kibelek na miejscu. fugi porobione. aby łazienka była "cacy" musi być jeszcze skończony sufit podwieszany.
ale będzie jeszcze jedna demolka - będą wywalać drzwi z łazienki i wejściowe a potem założą nowe.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-07-02 18:23
właśnie sobie siedzę wymięknięta....
luuuudzie... jak ja nie cierpię upałów.
od dwóch dni jest mi słabo, mdli mnie...
... ja się zdecydowanie nie nadaję do takiej pogody.
i nawet jak teraz siedzę, to czuję się niewyrażnie...
jak to u mnie zazwyczaj... bo nie kupuję programu telewizyjnego... przez przypadek trafiłam na serial "ranczo". kiedyś już go emitowali, ale jakoś oglądałam ... hhmmm... rzadziej niż sporadycznie.
ale teraz to muszę sobie namierzyć, kiedy go puszczają.
bardzo mi się podoba. fajne teksty, odpowiada mi to poczucie humoru.
grają też dobrzy aktorzy.
:)
jakoś... mam sentyment do pawła królikowskiego... świetny facet.
a teraz.... ZGROZA PRAWDZIWNA się zaczęła. milionowy odcinek mody na sukces. bbbbllllleeeeeee!!!!!
luuuudzie... jak ja nie cierpię upałów.
od dwóch dni jest mi słabo, mdli mnie...
... ja się zdecydowanie nie nadaję do takiej pogody.
i nawet jak teraz siedzę, to czuję się niewyrażnie...
jak to u mnie zazwyczaj... bo nie kupuję programu telewizyjnego... przez przypadek trafiłam na serial "ranczo". kiedyś już go emitowali, ale jakoś oglądałam ... hhmmm... rzadziej niż sporadycznie.
ale teraz to muszę sobie namierzyć, kiedy go puszczają.
bardzo mi się podoba. fajne teksty, odpowiada mi to poczucie humoru.
grają też dobrzy aktorzy.
:)
jakoś... mam sentyment do pawła królikowskiego... świetny facet.
a teraz.... ZGROZA PRAWDZIWNA się zaczęła. milionowy odcinek mody na sukces. bbbbllllleeeeeee!!!!!
Komentarze: 0
2009-06-30 18:56
ZAPINAJCIE PASY BEZPIECZEŃSTWA W SAMOCHODZIE!!!!
taaaak.... dzisiaj się przekonałam, że nawet tak prozaiczna sprawa, jak wolniutkie wyjeżdżanie z parkingu może nieść ze sobą zagrożenie.
no więc siedzę sobie za kółkiem, obok mama a z tyłu młoda. miałyśmy przejechać niezbyt długi odcinek osiedlowej drogi. nawet przeszła mi przez głowę myśl, aby nie zapinać pasów, bo się nie opłaca... ale na szczęście ja i młoda mamy wyrobiony nawyk zapięcia pasów. mama często ściemnia, ale dobrze, że wtedy pamiętała o zapięciu.
no więc... pyk "jedyneczka" i jadę.... z parkingu prowadzi wąska droga naogół dodatkowo obstawiona samochodami i kończy się zakrętem do ulicy.
turlam się powoli.
a tu nagle zza zakrętu na czołówkę wyskakuje z impetem cinquecento. chłopaczek za kierownicą w dodatku patrzył gdzieś w inną stronę. gdybym nie zatrąbiła podczas hamowania to by we mnie strzelił. dopiero, jak usłyszał klakson to depną po hamulcach i zobaczyłam przerażenie w jego oczach.
nic się nie stało. nasze samochody dzieliło kilka centymetrów.
ja jechałam naprawdę wolno, ale i przy takiej małej prędkości nagłe hamowanie szarpnęło.
uffff...
taaaak.... dzisiaj się przekonałam, że nawet tak prozaiczna sprawa, jak wolniutkie wyjeżdżanie z parkingu może nieść ze sobą zagrożenie.
no więc siedzę sobie za kółkiem, obok mama a z tyłu młoda. miałyśmy przejechać niezbyt długi odcinek osiedlowej drogi. nawet przeszła mi przez głowę myśl, aby nie zapinać pasów, bo się nie opłaca... ale na szczęście ja i młoda mamy wyrobiony nawyk zapięcia pasów. mama często ściemnia, ale dobrze, że wtedy pamiętała o zapięciu.
no więc... pyk "jedyneczka" i jadę.... z parkingu prowadzi wąska droga naogół dodatkowo obstawiona samochodami i kończy się zakrętem do ulicy.
turlam się powoli.
a tu nagle zza zakrętu na czołówkę wyskakuje z impetem cinquecento. chłopaczek za kierownicą w dodatku patrzył gdzieś w inną stronę. gdybym nie zatrąbiła podczas hamowania to by we mnie strzelił. dopiero, jak usłyszał klakson to depną po hamulcach i zobaczyłam przerażenie w jego oczach.
nic się nie stało. nasze samochody dzieliło kilka centymetrów.
ja jechałam naprawdę wolno, ale i przy takiej małej prędkości nagłe hamowanie szarpnęło.
uffff...
Komentarze: 8 pokaż »
2009-06-29 20:50
no i jak tu się poruszać po mieście???!!!!
pozakładali 12 nowych fotoradarów.
na ulicach, którymi jeżdżę zlokalizowałam 3. no ale nie zdziwię się, gdyby mnie któryś już uwiecznił. :/ się okaże w swoim czasie.
wiadomości frontowe:
:) mam już zamontowaną wannę!!! miejsce mojego leżakowania! :) jest już prawie cała glazura w łazience i część terakoty. jutro będą kładzione fugi. jeszcze w tym tygodniu założą mi drzwi i może położą panele.
nie wyobrażam sobie, aby w domu nie było wanny, tylko sam prysznic.
leżąc w ciepłej wodzie można się ogrzać, gdy są jesienne i zimowe chłody.
a gdy doleję pachnących olejków, mogę się dobrze zrelaksować. mogę w spokoju pomyśleć... lub mogę nie myśleć wcale.
owszem... prysznic też jest fajny. zwłaszcza w lecie, gdy jest duszno i gorąco, tak jak dzisiaj.
pozakładali 12 nowych fotoradarów.
na ulicach, którymi jeżdżę zlokalizowałam 3. no ale nie zdziwię się, gdyby mnie któryś już uwiecznił. :/ się okaże w swoim czasie.
wiadomości frontowe:
:) mam już zamontowaną wannę!!! miejsce mojego leżakowania! :) jest już prawie cała glazura w łazience i część terakoty. jutro będą kładzione fugi. jeszcze w tym tygodniu założą mi drzwi i może położą panele.
nie wyobrażam sobie, aby w domu nie było wanny, tylko sam prysznic.
leżąc w ciepłej wodzie można się ogrzać, gdy są jesienne i zimowe chłody.
a gdy doleję pachnących olejków, mogę się dobrze zrelaksować. mogę w spokoju pomyśleć... lub mogę nie myśleć wcale.
owszem... prysznic też jest fajny. zwłaszcza w lecie, gdy jest duszno i gorąco, tak jak dzisiaj.
Komentarze: 4 pokaż »
2009-06-28 19:55
gdy pracowałam, dni tygodnia były jasno podzielone. 5 dni pracy i weekend.
poniedziałek był najcięższy. w środę popołudniu zaczynało być optymistyczniej - mijała połowa tygodnia roboczego. czwartek, piątek... już bardziej z górki.
tydzień miał jakieś ramy, jakiś schemat.
a teraz?
cały tydzień jest weekendem.
zacierają mi się różnice między dniami tygodnia.
nie mam przymusu codziennego, porannego wstawania... nie mam motywacji do wstawania.
jedynie młoda stawia mnie na nogi. domaga się jedzenie, skacze po mnie, poddusza, gryzie w nos, turla się po mnie...
:)
poniedziałek był najcięższy. w środę popołudniu zaczynało być optymistyczniej - mijała połowa tygodnia roboczego. czwartek, piątek... już bardziej z górki.
tydzień miał jakieś ramy, jakiś schemat.
a teraz?
cały tydzień jest weekendem.
zacierają mi się różnice między dniami tygodnia.
nie mam przymusu codziennego, porannego wstawania... nie mam motywacji do wstawania.
jedynie młoda stawia mnie na nogi. domaga się jedzenie, skacze po mnie, poddusza, gryzie w nos, turla się po mnie...
:)
Komentarze: 1 pokaż »
2009-06-26 17:29
wiadomości frontowe:
w kuchni jest już terakota i glazura.
łazienka również zaczyna nabierać wyglądu. spora część ściany jest już w glazurze. dzisiaj dokupiłam fugi.
tapety też już leżą i czekają na swoją kolej. :)
dzisiaj byłam z młodą na fajnym spacerze. miała na nogach rolki i to ona "ciężko harowała nóżkami" a ja sobie spokojnie dreptałam. bardzo lubię z nią spędzać czas.
w kuchni jest już terakota i glazura.
łazienka również zaczyna nabierać wyglądu. spora część ściany jest już w glazurze. dzisiaj dokupiłam fugi.
tapety też już leżą i czekają na swoją kolej. :)
dzisiaj byłam z młodą na fajnym spacerze. miała na nogach rolki i to ona "ciężko harowała nóżkami" a ja sobie spokojnie dreptałam. bardzo lubię z nią spędzać czas.
Komentarze: 0
2009-06-21 12:06
stałam sobie w kuchni i patrzyłam przez okno.
widziałam, jak po chodniku szedł z psem taki człowiek...
mieszka w moim bloku z matką staruszką... człowiek ten jest upośledzony umysłowo. nie wiem dokładnie co mu jest. ma trochę inaczej wyglądającą twarz i większą głowę. ma z pewnością ponad 40 lat. wiem, że chodzi na jakieś zajęcia dla takich ludzi.
i tak sobie myślę... ta staruszka musi przeżywać tragedię... przecież ma ona świadomość bliskiej śmierci... jest naprawdę bardzo stara, choć na szczęście jeszcze jest sprawna. też często chodzi na spacery z psem.
...jak potworna musi być świadomość, że mnie niedługo na tym świecie zabraknie i zostawiam swoje dziecko samo... dorosłe, ale nieprzystosowane do życia, nieporadne, wymagające ciągłej opieki i troski...
widziałam, jak po chodniku szedł z psem taki człowiek...
mieszka w moim bloku z matką staruszką... człowiek ten jest upośledzony umysłowo. nie wiem dokładnie co mu jest. ma trochę inaczej wyglądającą twarz i większą głowę. ma z pewnością ponad 40 lat. wiem, że chodzi na jakieś zajęcia dla takich ludzi.
i tak sobie myślę... ta staruszka musi przeżywać tragedię... przecież ma ona świadomość bliskiej śmierci... jest naprawdę bardzo stara, choć na szczęście jeszcze jest sprawna. też często chodzi na spacery z psem.
...jak potworna musi być świadomość, że mnie niedługo na tym świecie zabraknie i zostawiam swoje dziecko samo... dorosłe, ale nieprzystosowane do życia, nieporadne, wymagające ciągłej opieki i troski...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-06-19 16:24
zaraz chyba pęknę...
... Z DUMY !!!!!!
młoda skończyła pierwszą klasę.
ma wspaniałe świadectwo.
w pierwszych klasach dzieci na świadectwach mają opisane przez wychowawczynię zachowanie i osiągnięcia - opis młodej jest rewelacyjny. :)
ale ten czas leci... normalnie formuła 1.
chwila - moment... i bedzie wrzesień i druga klasa.
ocywiście książki do drugiej klasy już mamy kupione. a młoda już musiała wszystko obejżeć i ... ponakładać okładki. :) czyli robi dokładnie to samo, co ja w podstawówce :)
wiadomości frontowe:
w mieszkaniu totalna rozpierducha :/ bo demolka, to za mało powiedziane. podczas skuwania glazury okazało się, że odłażą płyty gipsowe, które w partacki sposób były poprzykręcane (a nie przyklejone) do ścian. w łazience sama ręką odrywałam kawałki ... a potem okazało się, że w kuchni odlazła w ten sposób cała ściana... masakra jakaś...
ale najważniejsze jest to, że już dzisiaj układają terakotę i zajmują się hydrauliką.
i powolutku wszystko będzie nabierało bardziej cywilizowanego wyglądu.
:)
... Z DUMY !!!!!!
młoda skończyła pierwszą klasę.
ma wspaniałe świadectwo.
w pierwszych klasach dzieci na świadectwach mają opisane przez wychowawczynię zachowanie i osiągnięcia - opis młodej jest rewelacyjny. :)
ale ten czas leci... normalnie formuła 1.
chwila - moment... i bedzie wrzesień i druga klasa.
ocywiście książki do drugiej klasy już mamy kupione. a młoda już musiała wszystko obejżeć i ... ponakładać okładki. :) czyli robi dokładnie to samo, co ja w podstawówce :)
wiadomości frontowe:
w mieszkaniu totalna rozpierducha :/ bo demolka, to za mało powiedziane. podczas skuwania glazury okazało się, że odłażą płyty gipsowe, które w partacki sposób były poprzykręcane (a nie przyklejone) do ścian. w łazience sama ręką odrywałam kawałki ... a potem okazało się, że w kuchni odlazła w ten sposób cała ściana... masakra jakaś...
ale najważniejsze jest to, że już dzisiaj układają terakotę i zajmują się hydrauliką.
i powolutku wszystko będzie nabierało bardziej cywilizowanego wyglądu.
:)
Komentarze: 6 pokaż »
2009-06-17 18:28
w ciągu ostatniego roku jakoś często przytrafiały mi się wizyty u ginekologa.
tak ogólnie to jestem okazem zdrowia (z wyłączeniem roku 2005), ale postanowiłam wykorzystać trochę firmową kartę do przychodni lekarskiej. robię sobie różne badania... takie podstawowe.
no i wspomniany lekarz przy każdej wizycie dopytuje się, kiedy będę miała drugie dziecko.
- a co mnie pan tak ciągle atakuje z tym dzieckiem?!
- ja nie atakuję. ja sugeruję. taka zdrowa kobieta... aż szkoda....
- panie doktorze... odpowiedniego materiału genetycznego wciąż brak...
- ... no niby tak... ale latka lecą... peselek nie kłamie...
gdy jestem między ludźmi często ich obserwuję...
chodzą uśmiechnięci trzymając się za ręce... ja też tak kiedyś chodziłam z "ex"... na twarzy wesoła maska a w środku zduszony płacz i smutek.
i tak sobie wciąż myślę, czy warto pakować się w kolejny związek...
tak ogólnie to jestem okazem zdrowia (z wyłączeniem roku 2005), ale postanowiłam wykorzystać trochę firmową kartę do przychodni lekarskiej. robię sobie różne badania... takie podstawowe.
no i wspomniany lekarz przy każdej wizycie dopytuje się, kiedy będę miała drugie dziecko.
- a co mnie pan tak ciągle atakuje z tym dzieckiem?!
- ja nie atakuję. ja sugeruję. taka zdrowa kobieta... aż szkoda....
- panie doktorze... odpowiedniego materiału genetycznego wciąż brak...
- ... no niby tak... ale latka lecą... peselek nie kłamie...
gdy jestem między ludźmi często ich obserwuję...
chodzą uśmiechnięci trzymając się za ręce... ja też tak kiedyś chodziłam z "ex"... na twarzy wesoła maska a w środku zduszony płacz i smutek.
i tak sobie wciąż myślę, czy warto pakować się w kolejny związek...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-06-15 22:55
wiadomości frontowe: na sufitach w mieszkaniu mam już porobione gładzie.
jutro będzie się odbywała full demolka - będą rozwalać starą glazurę.
oj... jakoś dobrze mi na tym wolnym... naprawdę odpoczywam.
córcia zaczyna dopytywać się o wakacje.
jeszcze dokładnie nie wiem, gdzie pojedziemy. muszę kupić w końcu jakąś porządną mapę turystyczną i gdzieś na tydzień się śmignie.
a dzisiaj ojciec wrócił ze wsi niesamowicie zadowolony. złowił dwa wielkie szczupaki. jeden miał jakieś 3 kg a drugi 5.
oczywiście już się do rodziców wprosiłam na wyżerkę :)
mniam :)
jutro będzie się odbywała full demolka - będą rozwalać starą glazurę.
oj... jakoś dobrze mi na tym wolnym... naprawdę odpoczywam.
córcia zaczyna dopytywać się o wakacje.
jeszcze dokładnie nie wiem, gdzie pojedziemy. muszę kupić w końcu jakąś porządną mapę turystyczną i gdzieś na tydzień się śmignie.
a dzisiaj ojciec wrócił ze wsi niesamowicie zadowolony. złowił dwa wielkie szczupaki. jeden miał jakieś 3 kg a drugi 5.
oczywiście już się do rodziców wprosiłam na wyżerkę :)
mniam :)
Komentarze: 0
2009-06-10 10:16
jakoś łatwo przychodzi posądzanie innych o złe zamiary, słowa, myśli...
sama ostatnio tego doświadczyłam.
jechałam samochodem. ojciec siedział z boku, z tyłu mama i córcia...
skręcając na skrzyżowaniu musiałam się zatrzymać przed przejściem dla pieszych, bo przechodziło dwóch starszych panów.
jeden z nich patrząc na mnie zaczał pokazywać palcem na maskę mojego samochodu.
pierwsze, co mi przyszło do głowy: no tak... nie miałam włączonego kierunkowskazu i już facet wytyka palcem, że gówniara za kółkiem siedzi i nie wie od czego są kierunkowskazy...
tak łatwo mi przyszło posądzenie człowieka o złe intencje.
a ten starszy pan chciał mi poprostu zwrócić uwagę na wypaloną żarówkę w światłach mojego samochodu...
już ją wymieniłam.
sama ostatnio tego doświadczyłam.
jechałam samochodem. ojciec siedział z boku, z tyłu mama i córcia...
skręcając na skrzyżowaniu musiałam się zatrzymać przed przejściem dla pieszych, bo przechodziło dwóch starszych panów.
jeden z nich patrząc na mnie zaczał pokazywać palcem na maskę mojego samochodu.
pierwsze, co mi przyszło do głowy: no tak... nie miałam włączonego kierunkowskazu i już facet wytyka palcem, że gówniara za kółkiem siedzi i nie wie od czego są kierunkowskazy...
tak łatwo mi przyszło posądzenie człowieka o złe intencje.
a ten starszy pan chciał mi poprostu zwrócić uwagę na wypaloną żarówkę w światłach mojego samochodu...
już ją wymieniłam.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-06-05 22:39
byłam dzisiaj na pogrzebie.
syn koleżanki z pracy popełnił samobójstwo. miał dwadzieściakilka lat.
życie jest takie kruche...
każdy dzień powinien być dla nas ważny. przepełniony radością, refleksją, pracą, czy smutkiem... ale przeżyty w pełni świadomości swojego istnienia.
syn koleżanki z pracy popełnił samobójstwo. miał dwadzieściakilka lat.
życie jest takie kruche...
każdy dzień powinien być dla nas ważny. przepełniony radością, refleksją, pracą, czy smutkiem... ale przeżyty w pełni świadomości swojego istnienia.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-06-04 21:06
ostatnie dwa dni robiłam to, co lubię - zajmowałam się mieszkaniem - a mianowicie zdzierałam stare tapety. jest przy tym trochę pracy. tapety są wodoodporne i trzeba je zdzierać na dwa razy: najpierw wierzchnią warstwę, a potem po solidnym namoczeniu drugą, tą przyklejoną do ściany.
ja i mama jesteśmy "manulnymi zwierzętami", więc praca idzie nam sprawnie. a wczoraj pomagała nam też mona córcia. była bardzo szczęśliwa, że może mi pomagać. ostatnio miała do mnie dużo pretensji o to, że bez niej wybierałam glazurę i terakotę.
córcia już się cieszy, bo zapowiedziałam jej, że będzie malowała swój pokój. :) ale oczywiście stanowczo powiedziała, że sama sobie wybierze kolor farby. :) a niech wybiera!
ja i mama jesteśmy "manulnymi zwierzętami", więc praca idzie nam sprawnie. a wczoraj pomagała nam też mona córcia. była bardzo szczęśliwa, że może mi pomagać. ostatnio miała do mnie dużo pretensji o to, że bez niej wybierałam glazurę i terakotę.
córcia już się cieszy, bo zapowiedziałam jej, że będzie malowała swój pokój. :) ale oczywiście stanowczo powiedziała, że sama sobie wybierze kolor farby. :) a niech wybiera!
Komentarze: 0
2009-06-02 17:26
oj dzieje się dzieje....
tak więc... :) jestem już oficjalnie szczęśliwą posiadaczką niewielkiego mieszkanka :)
trochę nerwów kosztowało mnie to czekanie na decyzję w banku.
ale najważniejsze, że już mam!
swoje!
:)
glazura, terakota, panele - wszystko już kupione i czeka na znajomego, który będzie robił remont.
trochę cienko będzie z kasą... ale nic to.
aktualnie siedzę sobie na zwolnieniu lekarskim. a co! zwolnienie pociągnę do końca czerwca i tyle będą mnie w pracy widzieli.
w ostatnim dniu czerwca dostanę odprawę....
ufff....
jak mi się skończy to całe zamieszanie z mieszkaniem, będę musiała na poważnie zacząć się rozglądać za pracą. choć w wakacje nie ma zbytnio na co liczyć, bo to raczej martwy sezon w ofertach.
tak więc... :) jestem już oficjalnie szczęśliwą posiadaczką niewielkiego mieszkanka :)
trochę nerwów kosztowało mnie to czekanie na decyzję w banku.
ale najważniejsze, że już mam!
swoje!
:)
glazura, terakota, panele - wszystko już kupione i czeka na znajomego, który będzie robił remont.
trochę cienko będzie z kasą... ale nic to.
aktualnie siedzę sobie na zwolnieniu lekarskim. a co! zwolnienie pociągnę do końca czerwca i tyle będą mnie w pracy widzieli.
w ostatnim dniu czerwca dostanę odprawę....
ufff....
jak mi się skończy to całe zamieszanie z mieszkaniem, będę musiała na poważnie zacząć się rozglądać za pracą. choć w wakacje nie ma zbytnio na co liczyć, bo to raczej martwy sezon w ofertach.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-04-26 12:49
jadę windą w dół, na parter. jednak kabina nie zatrzymuje się i zjeżdża niżej. mija poziom piwnic (choć w realu tam nie zjeżdża) i jedzie jeszcze niżej.
zatrzymuje się, drzwi otwierają się samie... a przed oczami widzę loch z półokrągłym sklepieniem. czuję chłód, wilgoć i nieprzyjemny zapach stęchlizny...
winda nie chce ruszyć do góry i jedydyn rozwiązaniem jest... ruszyć przed siebie.
boję się, ale idę. nie mam pojęcia którędy iść... które korytarze wybierać.
nagle zaczynam słyszeć rozmowy. okazuje się, że z jednego z korytarzy wychodzi szkolna wycieczka. uczniowie są z nauczycielem i przewodnikiem, który opowiada im jakieś historie...
wiem, że gdybym do nich dołączyła, to z pewnością doszlibyśmy do wyjścia.
ale ja ich mijam i idę swoją drogą.... dalej przed siebie...
słyszę spadające ze sklepienia krople wody...
w jednym z korytarzy widzę słabe,ruszające się światełko. okazało się, że jest to górnik. na głowie ma kask z lampką, na ramieniu oparty kilof....
powiedziałam mu, że się zgubiłam... zaproponował, że mnie wyprowadzi z lochu. zaufałam mu i poszłam za nim.
po jakimś czasie staną i zaczął wbijać kilof w ścianę lochu. uderzał silnie raz za razem... aż zrobiła się mała dziurka a przez nią do lochu wpadł promień słońca.
górnik zrobił dziurę umożliwiającą mi wyjście na zewnątrz.
stanęłam przed swoim blokiem.... w ciepłych promieniach słońca.
a górnik... machnął mi ręką na pożegnanie ... musiał iść dalej...
taki sen miałam 3 razy gdy byłam w ogólniaku.
jakiś czas temu dotarło do mnie, że właśnie ten sen się realizuje.
zatrzymuje się, drzwi otwierają się samie... a przed oczami widzę loch z półokrągłym sklepieniem. czuję chłód, wilgoć i nieprzyjemny zapach stęchlizny...
winda nie chce ruszyć do góry i jedydyn rozwiązaniem jest... ruszyć przed siebie.
boję się, ale idę. nie mam pojęcia którędy iść... które korytarze wybierać.
nagle zaczynam słyszeć rozmowy. okazuje się, że z jednego z korytarzy wychodzi szkolna wycieczka. uczniowie są z nauczycielem i przewodnikiem, który opowiada im jakieś historie...
wiem, że gdybym do nich dołączyła, to z pewnością doszlibyśmy do wyjścia.
ale ja ich mijam i idę swoją drogą.... dalej przed siebie...
słyszę spadające ze sklepienia krople wody...
w jednym z korytarzy widzę słabe,ruszające się światełko. okazało się, że jest to górnik. na głowie ma kask z lampką, na ramieniu oparty kilof....
powiedziałam mu, że się zgubiłam... zaproponował, że mnie wyprowadzi z lochu. zaufałam mu i poszłam za nim.
po jakimś czasie staną i zaczął wbijać kilof w ścianę lochu. uderzał silnie raz za razem... aż zrobiła się mała dziurka a przez nią do lochu wpadł promień słońca.
górnik zrobił dziurę umożliwiającą mi wyjście na zewnątrz.
stanęłam przed swoim blokiem.... w ciepłych promieniach słońca.
a górnik... machnął mi ręką na pożegnanie ... musiał iść dalej...
taki sen miałam 3 razy gdy byłam w ogólniaku.
jakiś czas temu dotarło do mnie, że właśnie ten sen się realizuje.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-04-18 18:03
normalnie ręce opadają na coś takiego....
moja mama od środy jest w szpitalu. i dobrze. dają jej dożylnie bardzo silne antybiotyki. myślę, że teraz leczenie przyniesie widoczne rezultaty.
a ojciec...
normalnie mnie rozwala.... ale tak było przez całe życie i w zasadzie powinnam się przyzwyczaić...
czego tu się spodziewać po facecie, który mówił wprost, że "rodzina to chuj, wódka ważniejsza"...
tak... nadzorcy (mamy) nie ma w domu, to trzeba sobie zrobić popijawę... jak mama była kilka miesięcy temu w szpitalu przez chyba 5 dni, to też zdążył się nieźle schlać...
zaniosłam mu dzisiaj do pracy kanapki... a ten kretyn... pochlał sobie poprzedniej nocy z sąsiadem i jeszcze w pełni zadowolony z siebie opowiada mi jak spędził wczorajszy dzień... ach jak mu fajnie było... rano, skacowany, poszedł do sklepu i kupił sobie 6 piw... wypił jedno i położył się spać... potem obudził się, wypił kolejne piwo i znowu do łóżka... i tak cały dzień....
jak to opowiadał widać było, że w jego opinii świetnie spędził dzień... no bo przecież nic złego się nie stało..
kurwa mać... i tak całe życie... zawsze miał w dupie rodzinę i się z tym nie krył...
mam go normalnie dość... nie mogę na niego patrzeć, nie mogę go słuchać, nie cierpię jego obecności...
... i najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem od niego uzależniona finansowo... tylko dzięki jego emeryturze mogłam złożyć wniosek o kredyt mieszkaniowy.... tylko dzięki jego pieprzonym pieniądzom, będę mogła spłacać raty...
a jak, kurwa, jednak nie dostanę tego kredytu, to będę musiała razem z córcią przeprowadzić się do rodziców... bo nie stać mnie na wynajmowanie mieszkania...
... jak człowiek nie ma pieniędzy, to nic nie znaczy... nawet nie mogę wywrzeszczeć się na ojca, bo wtedy... może mu całkiem odwalić....
takie to życie pojebane...
wiem, że jakbym wykrzyczała wszystko ojcu, to nic by nie zmieniło w jego postępowaniu... przecież od wielu już lat rozmawiamy z nim o jego piciu... było wiele rozmów, wiele tłumaczenia... wiele kłótni.... i nic...
a teraz nawet nie mogę dać sobie ujścia emocjom....
i tak, kurwa przez całe życie....
moja mama od środy jest w szpitalu. i dobrze. dają jej dożylnie bardzo silne antybiotyki. myślę, że teraz leczenie przyniesie widoczne rezultaty.
a ojciec...
normalnie mnie rozwala.... ale tak było przez całe życie i w zasadzie powinnam się przyzwyczaić...
czego tu się spodziewać po facecie, który mówił wprost, że "rodzina to chuj, wódka ważniejsza"...
tak... nadzorcy (mamy) nie ma w domu, to trzeba sobie zrobić popijawę... jak mama była kilka miesięcy temu w szpitalu przez chyba 5 dni, to też zdążył się nieźle schlać...
zaniosłam mu dzisiaj do pracy kanapki... a ten kretyn... pochlał sobie poprzedniej nocy z sąsiadem i jeszcze w pełni zadowolony z siebie opowiada mi jak spędził wczorajszy dzień... ach jak mu fajnie było... rano, skacowany, poszedł do sklepu i kupił sobie 6 piw... wypił jedno i położył się spać... potem obudził się, wypił kolejne piwo i znowu do łóżka... i tak cały dzień....
jak to opowiadał widać było, że w jego opinii świetnie spędził dzień... no bo przecież nic złego się nie stało..
kurwa mać... i tak całe życie... zawsze miał w dupie rodzinę i się z tym nie krył...
mam go normalnie dość... nie mogę na niego patrzeć, nie mogę go słuchać, nie cierpię jego obecności...
... i najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem od niego uzależniona finansowo... tylko dzięki jego emeryturze mogłam złożyć wniosek o kredyt mieszkaniowy.... tylko dzięki jego pieprzonym pieniądzom, będę mogła spłacać raty...
a jak, kurwa, jednak nie dostanę tego kredytu, to będę musiała razem z córcią przeprowadzić się do rodziców... bo nie stać mnie na wynajmowanie mieszkania...
... jak człowiek nie ma pieniędzy, to nic nie znaczy... nawet nie mogę wywrzeszczeć się na ojca, bo wtedy... może mu całkiem odwalić....
takie to życie pojebane...
wiem, że jakbym wykrzyczała wszystko ojcu, to nic by nie zmieniło w jego postępowaniu... przecież od wielu już lat rozmawiamy z nim o jego piciu... było wiele rozmów, wiele tłumaczenia... wiele kłótni.... i nic...
a teraz nawet nie mogę dać sobie ujścia emocjom....
i tak, kurwa przez całe życie....
Komentarze: 4 pokaż »
2009-04-12 20:37
nie ma to, jak być zechlakiem.
jak byłam dzisiaj u mamy, to zmierzyłam sobie ciśnienie krwi: 102/52.
ot, taka norma. a nawet jest nieżle, bo pojawił się wynik powyżej 100.
po kawie ciśnienie osiągnęło zawrotny wynik 112/61.
:)
mówi się, że niedobrze jest mieć wysokie ciśnienie krwi...
...a niskie?....
jak rano wstaję, to cieszę się, że blisko łóżka mam ścianę. mam się czego przytrzymać. bez niej ...ciężko byłoby utrzymać mi się w pionie.
po wstaniu potrzebuję około pół godziny na dojście do siebie. snuję się wtedy bezsensownie po mieszkaniu, usiłując wybierać się do pracy...
rano... rano jestem poprostu zmęczona... jedyne do czego się nadaję to... położyć się i odpocząć.
kiedyś byłam w tej sprawie u lekarza... cóż... otrzymałam kropeli z kofeiną i rozbrajającą poradę: trzeba się przyzwyczaić.
dokonałam pewnej świątecznej obserwacji. choć po części jest ona mało świąteczna.
a dotyczy meneli.
obok bloku, w który mieszkam, stoi jeszcze jeden...taki komunalny, w którym niesamowicie zagęszczono ilość szemranego środowiska.
gdy rano jadę do pracy, zawsze widzę takie nieciekawe... istoty człekokształtne... w wieku naprawdę przeróżnym... z cechą ich łączącą... wszyscy mają najczęściej czerwono-sine napuchnięte mordy. (przez klawiaturę nie chce mi tu przejść słowo "twarze") i niekiedy rano już ledwo trzymają się z przepicia na nogach.
natomiast wczoraj... nastąpiła pełna mobilizacja szyków. wystrojeni z koszyczkami w rękach maszerowali do kościoła.
... ciekawe ile jeszcze mieli alkoholu we krwi?
towarzyszyły im mocno wyeksploatowane kobiety... pojawiały się też ich dzieciaki, które "kurwami" rzucają już jak przecinkami...
wszyscy tacy bogobojni....
ps.
jeżeli chodzi o borelkę, to wynik badania nie jest jednoznaczny. ani tak, ani nie. czyli jest w miarę ok. mam się obserwować a za rok powtórzyć badania.
jak byłam dzisiaj u mamy, to zmierzyłam sobie ciśnienie krwi: 102/52.
ot, taka norma. a nawet jest nieżle, bo pojawił się wynik powyżej 100.
po kawie ciśnienie osiągnęło zawrotny wynik 112/61.
:)
mówi się, że niedobrze jest mieć wysokie ciśnienie krwi...
...a niskie?....
jak rano wstaję, to cieszę się, że blisko łóżka mam ścianę. mam się czego przytrzymać. bez niej ...ciężko byłoby utrzymać mi się w pionie.
po wstaniu potrzebuję około pół godziny na dojście do siebie. snuję się wtedy bezsensownie po mieszkaniu, usiłując wybierać się do pracy...
rano... rano jestem poprostu zmęczona... jedyne do czego się nadaję to... położyć się i odpocząć.
kiedyś byłam w tej sprawie u lekarza... cóż... otrzymałam kropeli z kofeiną i rozbrajającą poradę: trzeba się przyzwyczaić.
dokonałam pewnej świątecznej obserwacji. choć po części jest ona mało świąteczna.
a dotyczy meneli.
obok bloku, w który mieszkam, stoi jeszcze jeden...taki komunalny, w którym niesamowicie zagęszczono ilość szemranego środowiska.
gdy rano jadę do pracy, zawsze widzę takie nieciekawe... istoty człekokształtne... w wieku naprawdę przeróżnym... z cechą ich łączącą... wszyscy mają najczęściej czerwono-sine napuchnięte mordy. (przez klawiaturę nie chce mi tu przejść słowo "twarze") i niekiedy rano już ledwo trzymają się z przepicia na nogach.
natomiast wczoraj... nastąpiła pełna mobilizacja szyków. wystrojeni z koszyczkami w rękach maszerowali do kościoła.
... ciekawe ile jeszcze mieli alkoholu we krwi?
towarzyszyły im mocno wyeksploatowane kobiety... pojawiały się też ich dzieciaki, które "kurwami" rzucają już jak przecinkami...
wszyscy tacy bogobojni....
ps.
jeżeli chodzi o borelkę, to wynik badania nie jest jednoznaczny. ani tak, ani nie. czyli jest w miarę ok. mam się obserwować a za rok powtórzyć badania.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-04-05 11:32
no to sobie trochę poleniuchowałam... odpoczęłam od pracy.... a od poniedziałku znowu wracam na jakiś czas do tego psychiatryka.
podobno jest tam niezła nerwówka. wszyscy siedzą jak na bombie. nawet naczelniczka się boi o swój tyłek, bo tak prawdę mówiąc to dawno temu powinna być zdegradowana. kilka lat temu wszedł przepis, że na stanowisku naczelnika wymagane jest wyższe wykształcenie. a ona go nie ma, ale dyrektorka ją zatrzymała ze względu na doświadczenie.
... oj dzieje się, dzieje...
przeglądałam oferty pracy. w zasadzie mogłabym już wysłać jakąś ofertę...
ale narazie nię chcę. muszę odpocząć. jestem zmęczona tym, co dzieje się wokoło mnie. muszę sobie pokuładać pewne sprawy... mieszkanie, choroba mamy, no i bardzo możliwe, że i moja choraba (czekam na wyniki)... i dopiero praca... jak już będę miała spokojną głowę.
podobno jest tam niezła nerwówka. wszyscy siedzą jak na bombie. nawet naczelniczka się boi o swój tyłek, bo tak prawdę mówiąc to dawno temu powinna być zdegradowana. kilka lat temu wszedł przepis, że na stanowisku naczelnika wymagane jest wyższe wykształcenie. a ona go nie ma, ale dyrektorka ją zatrzymała ze względu na doświadczenie.
... oj dzieje się, dzieje...
przeglądałam oferty pracy. w zasadzie mogłabym już wysłać jakąś ofertę...
ale narazie nię chcę. muszę odpocząć. jestem zmęczona tym, co dzieje się wokoło mnie. muszę sobie pokuładać pewne sprawy... mieszkanie, choroba mamy, no i bardzo możliwe, że i moja choraba (czekam na wyniki)... i dopiero praca... jak już będę miała spokojną głowę.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-03-31 11:51
wszystko nabrało niesamowitego pędu.
już dostałam wypowiedzenie z pracy. redukują etety. a że naczelniczka ma swoje ulubienice w wydziale i są jeszcze inne układy... więc dla takich jak ja nie ma miejsca w wydziale. szczęście w tym wszystkim jest takie, że dostanę roczną odprawę. więc nie martwię się o utrzymanie a w międzyczasie pracę sobie znajdę.
w ostatniej chwili udało mi się uzyskać zaświadczenie o zarobkach, gdzie jeszcze mam napisane, że pracuję na czas nieokreślony... właśnie dzisiaj złożyłam komplet dokumentów o kredyt mieszkaniowy z dopłatami z budżetu państwa. jak wszystko dobrze pójdzie... to będę miała własne mieszkanko i przez 8 lat raty w wysokości około 300zł :)
mam nadzieję, że wszystko wyjdzie, bo jak nie... to czeka mnie gnieżdżenie się z rodzicami w niewielkim mieszkaniu... a to będzie wykańczające... przebywanie z ojcem pod jednym dachem...
jestem zmęczona tym wszystkim...
a do tego dochodzą jeszcze problemy ze zdrowiem mojej mamy...
już dostałam wypowiedzenie z pracy. redukują etety. a że naczelniczka ma swoje ulubienice w wydziale i są jeszcze inne układy... więc dla takich jak ja nie ma miejsca w wydziale. szczęście w tym wszystkim jest takie, że dostanę roczną odprawę. więc nie martwię się o utrzymanie a w międzyczasie pracę sobie znajdę.
w ostatniej chwili udało mi się uzyskać zaświadczenie o zarobkach, gdzie jeszcze mam napisane, że pracuję na czas nieokreślony... właśnie dzisiaj złożyłam komplet dokumentów o kredyt mieszkaniowy z dopłatami z budżetu państwa. jak wszystko dobrze pójdzie... to będę miała własne mieszkanko i przez 8 lat raty w wysokości około 300zł :)
mam nadzieję, że wszystko wyjdzie, bo jak nie... to czeka mnie gnieżdżenie się z rodzicami w niewielkim mieszkaniu... a to będzie wykańczające... przebywanie z ojcem pod jednym dachem...
jestem zmęczona tym wszystkim...
a do tego dochodzą jeszcze problemy ze zdrowiem mojej mamy...
Komentarze: 6 pokaż »
2009-03-21 20:29
czy czegoś zazdroszczę ludziom?
tak...
zazdroszczę posiadania jakiejś pasji, hobby... zazdroszczę zainteresowań... zazdroszczę umiejętności zdobywania wiedzy.... zazdroszczę posiadania jakiegoś celu oraz uporu w dążeniu do niego...
też bym tak chciała...
tylko... nawet jeżeli czytam coś, co mnie zainteresuje... nie umiem się skupić... inforamcje gdzieś ulatują... nie zostaje nic...
książki... przeczytam kilka kartek i... odkładam, choć temat mnie interesuje...
nie mam hobby...
nie mam głębszej wiedzy na żaden temat...
sama nie wiem, jak to zmienić...
bo przecież nie będę na siłę uczyła się informacji na pamięć, jak na klasówkę...
bez sensu...
tak...
zazdroszczę posiadania jakiejś pasji, hobby... zazdroszczę zainteresowań... zazdroszczę umiejętności zdobywania wiedzy.... zazdroszczę posiadania jakiegoś celu oraz uporu w dążeniu do niego...
też bym tak chciała...
tylko... nawet jeżeli czytam coś, co mnie zainteresuje... nie umiem się skupić... inforamcje gdzieś ulatują... nie zostaje nic...
książki... przeczytam kilka kartek i... odkładam, choć temat mnie interesuje...
nie mam hobby...
nie mam głębszej wiedzy na żaden temat...
sama nie wiem, jak to zmienić...
bo przecież nie będę na siłę uczyła się informacji na pamięć, jak na klasówkę...
bez sensu...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-03-17 19:53
odbyłam dzisiaj rozmowę z "ex" w sprawie pieniędzy... choć z rozmową niewiele to miało wspólnego...
po rozwodzie ja i córcia zostałyśmy jedynie ze spakowanymi przeze mnie ubraniami...
na początku małżeństwa były pewne kwoty, które dali nam moi rodzice. pieniądze te zostały zainwestowane w mieszkanie. niestety rachunki były wystawiane na teściów, ponieważ jeszcze wtedy było to ich mieszkanie a oni mogli te faktury odliczać w uldze budowlanej.
chciałam, aby "ex" zwrócił mi połowę pieniędzy, które otrzymaliśmy od moich rodziców....
czy to były jakieś "kosmiczne" żądania???
rozpętało się piekło...
okazało się, że pomimo tego, że od zawsze miałam mniejsze zarobki od niego... że nie mam gdzie mieszkać (a on ma duże mieszkanie dla siebie - darowizna od zapobiegliwych rodziców)... to jestem w lepszej sytuacji finansowej niż on....
na zakończenie tej "rozmowy" powiedziałam jedynie, że bardzo cieszę się z tego, że się z nim rozwiodłam.
mam dość.
każdej kobiecie będę to radziła - nawet jeżeli facet ze łzami w oczach zapewnia o swojej miłości i dobrych intencjach, tak jak robił to mój "ex" - nie wolno takiemu wierzyć. kupując cokolwiek należy brać na siebie faktury. wszelkie pieniądze otrzymane od rodziców trzeba dokładnie kwitować podpisami, albo robić oficjalne darowizny.
tak.... tak....
kochajmy się jak bracia a liczmy się jak żydzi.
w małżeństwie też nie ma sentymentów. nic na słowo. nie wolno ufać. wszystko trzeba mieć na papierze.
po rozwodzie ja i córcia zostałyśmy jedynie ze spakowanymi przeze mnie ubraniami...
na początku małżeństwa były pewne kwoty, które dali nam moi rodzice. pieniądze te zostały zainwestowane w mieszkanie. niestety rachunki były wystawiane na teściów, ponieważ jeszcze wtedy było to ich mieszkanie a oni mogli te faktury odliczać w uldze budowlanej.
chciałam, aby "ex" zwrócił mi połowę pieniędzy, które otrzymaliśmy od moich rodziców....
czy to były jakieś "kosmiczne" żądania???
rozpętało się piekło...
okazało się, że pomimo tego, że od zawsze miałam mniejsze zarobki od niego... że nie mam gdzie mieszkać (a on ma duże mieszkanie dla siebie - darowizna od zapobiegliwych rodziców)... to jestem w lepszej sytuacji finansowej niż on....
na zakończenie tej "rozmowy" powiedziałam jedynie, że bardzo cieszę się z tego, że się z nim rozwiodłam.
mam dość.
każdej kobiecie będę to radziła - nawet jeżeli facet ze łzami w oczach zapewnia o swojej miłości i dobrych intencjach, tak jak robił to mój "ex" - nie wolno takiemu wierzyć. kupując cokolwiek należy brać na siebie faktury. wszelkie pieniądze otrzymane od rodziców trzeba dokładnie kwitować podpisami, albo robić oficjalne darowizny.
tak.... tak....
kochajmy się jak bracia a liczmy się jak żydzi.
w małżeństwie też nie ma sentymentów. nic na słowo. nie wolno ufać. wszystko trzeba mieć na papierze.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-03-14 23:59
istnieje taki ogólny pogląd, że facet z brzuszkiem wygląda statecznie, solidnie... a kobieta o podobnych gabarytach to tłusta, zaniedbana baba. :/
Komentarze: 1 pokaż »
2009-03-10 22:31
wczoraj przyszedł do mnie mój ojciec. akurat wtedy dzidzia odrabiała lekcje (jest w 1 klasie podstawówki). ojciec zerknął i pierwsze co powiedział to: ta trójka jest krzywa. oglądał jeszcze jej zeszyty. jedyne co mówił, to: o! tu jest błąd! i tu źle napisałaś! tu krzywo...
poprosiłam go, aby już przestał krytykować...
nauczycielka twierdzi, że zeszyt mojej córci powinien być wywieszony w gablotce na wzór dla innych dzieci. jako pierwsza w klasie dostała pozwolenie na pisanie piórem (dzieci zaczynały od pisania ołówkiem).
pamiętam, jak ojciec pomagał mi kiedyś w nauce... od początku nie radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi. zawsze kończyło się to ostrym głosem ojca i moim płaczem.... bardzo szybko nauczyłam się nie prosić o pomoc...
poprosiłam go, aby już przestał krytykować...
nauczycielka twierdzi, że zeszyt mojej córci powinien być wywieszony w gablotce na wzór dla innych dzieci. jako pierwsza w klasie dostała pozwolenie na pisanie piórem (dzieci zaczynały od pisania ołówkiem).
pamiętam, jak ojciec pomagał mi kiedyś w nauce... od początku nie radziłam sobie z przedmiotami ścisłymi. zawsze kończyło się to ostrym głosem ojca i moim płaczem.... bardzo szybko nauczyłam się nie prosić o pomoc...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-03-08 22:59
czas płynie
córcia rośnie, zmienia się
widzę drobne zmiany nawet po weekendzie, który dzidzia spędza z tatą.
patrzę na swoje dłonie.... zmieniają się. widać na nich czas...
córcia rośnie, zmienia się
widzę drobne zmiany nawet po weekendzie, który dzidzia spędza z tatą.
patrzę na swoje dłonie.... zmieniają się. widać na nich czas...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-02-28 22:06
i gdyby nie przypadek, moja mama dalej gasła by w oczach...
od prawie dwóch lat czepiają się jej ciągle jakieś choroby i rozmaite dolegliwości. a w czasie ostatnich miesięcy błakała z bólu, bezsilności i czarnych myśli.
naprzemiennie bolało ją wszystko: żołądek, dwunastnica, serce, stawy, skóra, głowa... pogorszył jej się wzrok i słuch... miała problemy z układem nerwowym, sercem i skokami ciśnienia. niby chorowała ciągle na płuca, ale antybiotyki nie pomagały... jakiś czas temu wylądowała w szpitalu...
a wspaniali lekarze zaczynali patrzeć na ną jak na hipochondryka.
pewnego dnia okazało się, że bratowa mojej mamy zaczęła leczyć się na boreliozę. w lecie dziabnął ją kleszcz i pokazał się spory rumień. a moja mama też w lecie ciągle siedzi w krzakach, spaceruje po lesie. no i oczywiście co roku wyciąga kilka kleszczy. ale nie miała nigdy takiego czerwonego rumienia.
gdy poczytała sobie o tej chorobie nabrała praktycznie pewności, że właśnie to ją męczy. poszła ze swoimi podejżeniami do lekarza... spotkał ją brak jakiejkolwiek wiedzy o tej chorobie i olewka totalna. lekarz nawet nie raczył wypisać skierowania na badanie krwi....
mama zrobiła badanie krwi prywatnie. zapłaciła i miała już pewność - borelioza.
na leczenie w przychodni przy szpitalu zakaźnym w sensownym terminie nie było szans ... na początku lutego przyjmowali zapisy na czerwiec... moja mama nie mogła czekać... ledwo już chodziła...
więc poszła leczyć się prywatnie.
ciągle jest słaba... choroba ją męczy, bo weszła już dawno w stan przewlekły... ale bierze silne antybiotyki.
będzie lepiej.
a z racji, że miewałam kontakty z kleszczami, też zrobię sobie takie badanie krwi.
w swoim czasie miałam długotrwałe przeboje ze zdrowiem... lekarz w zasadzie nie wiedział co mi jest, leki nie działały... hhhmmm...
no nic. zrobię sobie badanie i będę wiedziała.
od prawie dwóch lat czepiają się jej ciągle jakieś choroby i rozmaite dolegliwości. a w czasie ostatnich miesięcy błakała z bólu, bezsilności i czarnych myśli.
naprzemiennie bolało ją wszystko: żołądek, dwunastnica, serce, stawy, skóra, głowa... pogorszył jej się wzrok i słuch... miała problemy z układem nerwowym, sercem i skokami ciśnienia. niby chorowała ciągle na płuca, ale antybiotyki nie pomagały... jakiś czas temu wylądowała w szpitalu...
a wspaniali lekarze zaczynali patrzeć na ną jak na hipochondryka.
pewnego dnia okazało się, że bratowa mojej mamy zaczęła leczyć się na boreliozę. w lecie dziabnął ją kleszcz i pokazał się spory rumień. a moja mama też w lecie ciągle siedzi w krzakach, spaceruje po lesie. no i oczywiście co roku wyciąga kilka kleszczy. ale nie miała nigdy takiego czerwonego rumienia.
gdy poczytała sobie o tej chorobie nabrała praktycznie pewności, że właśnie to ją męczy. poszła ze swoimi podejżeniami do lekarza... spotkał ją brak jakiejkolwiek wiedzy o tej chorobie i olewka totalna. lekarz nawet nie raczył wypisać skierowania na badanie krwi....
mama zrobiła badanie krwi prywatnie. zapłaciła i miała już pewność - borelioza.
na leczenie w przychodni przy szpitalu zakaźnym w sensownym terminie nie było szans ... na początku lutego przyjmowali zapisy na czerwiec... moja mama nie mogła czekać... ledwo już chodziła...
więc poszła leczyć się prywatnie.
ciągle jest słaba... choroba ją męczy, bo weszła już dawno w stan przewlekły... ale bierze silne antybiotyki.
będzie lepiej.
a z racji, że miewałam kontakty z kleszczami, też zrobię sobie takie badanie krwi.
w swoim czasie miałam długotrwałe przeboje ze zdrowiem... lekarz w zasadzie nie wiedział co mi jest, leki nie działały... hhhmmm...
no nic. zrobię sobie badanie i będę wiedziała.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-02-23 20:56
każdy z nas ma swoje specyficzne rysy twarzy, jej mimikę. nad niektórymi sprawami można popracować a innych nie da się zmienić.
dzisiaj oglądając tv "wstrzeliłam się" w końcówkę wiadomości na tvp1.
zobaczyłam mówiącego coś piotra kraśko. usłyszałam, że zaczna zapowiadać materiał filmowy o depresji... mówił, jaka to jest ciężka sprawa, że dopada każdego...
patrzyłam na jego twarz.... jest to człowiek pogodnej natury z wiecznym uśmiechem na twarzy.
i właśnie z takim wyrazem twarzy zapowiadał materiał o depresji...
jak na niego patrzyłam, to jedyne co mi przyszło do głowy to: facet, zmieniłbyś ten ironiczny uśmieszek! czy to takie zabawne????
kraśko, ze swoim wyglądem, nie powinien tego zapowiadać.
poczułam się, jakby on ze mnie drwił. jakby drwił z innych ludzi, którym jedynie tabletki pomogły przetrwać.
dzisiaj oglądając tv "wstrzeliłam się" w końcówkę wiadomości na tvp1.
zobaczyłam mówiącego coś piotra kraśko. usłyszałam, że zaczna zapowiadać materiał filmowy o depresji... mówił, jaka to jest ciężka sprawa, że dopada każdego...
patrzyłam na jego twarz.... jest to człowiek pogodnej natury z wiecznym uśmiechem na twarzy.
i właśnie z takim wyrazem twarzy zapowiadał materiał o depresji...
jak na niego patrzyłam, to jedyne co mi przyszło do głowy to: facet, zmieniłbyś ten ironiczny uśmieszek! czy to takie zabawne????
kraśko, ze swoim wyglądem, nie powinien tego zapowiadać.
poczułam się, jakby on ze mnie drwił. jakby drwił z innych ludzi, którym jedynie tabletki pomogły przetrwać.
Komentarze: 0
2009-02-19 23:22
jakiś czas temu zaczęłam zmieniać swoje życie.
zaczęły powstawać pewne plany, zamiary... takie mgliste jeszcze, ale jednak były...
no a teraz nadchodzi czas... na zmianę planów, które dopiero co zaczęły nabierać jakichś bardziej realnych kształtów...
zmiany
zmiany
zmiany
ufff....
nie mam zielonego pojęcia co będzie dalej...
czy jest sens cokolwiek planować?
przecież w każdej chwili wszystko może się obrócić o 180 stopni...
na poważnie muszę zacząć szukać nowej pracy. w mojej firmie co roku zwalniają około 1500 osób... a w tym roku będzie to 1700.
naczelniczka już przeprowadza z nami poważne rozmowy... w moim wydziale mają zwolnić 4 osoby. tylko niech te matoły z centrali powiedzą jeszcze, kto będzie obrabiał tą całą papierologię...
a co mnie to...!!!
tylko jak tu na nowo wszystko planować?... poukładam sobie coś w głowie.... a potem pierdut! i po planach...
a przecież nie można żyć bez jakiejkolwiek wizji przyszłości...
czy istnieje złoty środek?
... taaa...
na przeczyszczenie to napewno...
ale jakoś... to poważne zagrożenie zwolnieniem nie pognębiło mnie w jakiś specjalny sposób. przynajmniej dostałam kopa na rozpęd... i zmobilizuje mnie o do konkretnych działań.
zaczęły powstawać pewne plany, zamiary... takie mgliste jeszcze, ale jednak były...
no a teraz nadchodzi czas... na zmianę planów, które dopiero co zaczęły nabierać jakichś bardziej realnych kształtów...
zmiany
zmiany
zmiany
ufff....
nie mam zielonego pojęcia co będzie dalej...
czy jest sens cokolwiek planować?
przecież w każdej chwili wszystko może się obrócić o 180 stopni...
na poważnie muszę zacząć szukać nowej pracy. w mojej firmie co roku zwalniają około 1500 osób... a w tym roku będzie to 1700.
naczelniczka już przeprowadza z nami poważne rozmowy... w moim wydziale mają zwolnić 4 osoby. tylko niech te matoły z centrali powiedzą jeszcze, kto będzie obrabiał tą całą papierologię...
a co mnie to...!!!
tylko jak tu na nowo wszystko planować?... poukładam sobie coś w głowie.... a potem pierdut! i po planach...
a przecież nie można żyć bez jakiejkolwiek wizji przyszłości...
czy istnieje złoty środek?
... taaa...
na przeczyszczenie to napewno...
ale jakoś... to poważne zagrożenie zwolnieniem nie pognębiło mnie w jakiś specjalny sposób. przynajmniej dostałam kopa na rozpęd... i zmobilizuje mnie o do konkretnych działań.
Komentarze: 4 pokaż »
2009-02-14 23:35
kilkanaście lat temu znalazłam w lokalnej gazecie to:
bądź ze mną bo jestem okruchem
i nie będę dłużej niż ten deszcz na szybie
bądź ze mną
bo spłynę po dniu rzęsistym i po wilgotnej godzine
bądź
bo minuty wdepczą mnie w mglistą kałużę
bądź
bo bez ciebie nie mogę już dłużej
od tych kilkunastu lat noszę te słowa przy sobie....
bądź ze mną bo jestem okruchem
i nie będę dłużej niż ten deszcz na szybie
bądź ze mną
bo spłynę po dniu rzęsistym i po wilgotnej godzine
bądź
bo minuty wdepczą mnie w mglistą kałużę
bądź
bo bez ciebie nie mogę już dłużej
od tych kilkunastu lat noszę te słowa przy sobie....
Komentarze: 1 pokaż »
2009-02-11 20:12
od soboty jestem sama w domu. córcia jest ze swoim tatą. a raczej ze swoimi dziadkami, bo "ex" po raz kolejny zmienił pracę i nie może mieć wolnego aby poświęcić jej więcej czasu.
dziwnie tak w domu. nikt mi nie szczebiocze...
wczoraj rozmawiałam z dzidzą przez telefon. miała bardzo zadowolony głosik.
i fajnie.
cieszę się jeszcze z tego, że potrafi obyć się bez mojej obecności. nie chcę jej od siebie uzależnic emocjonalnie.
mamy się obie kochać najmocniej na świecie, ale mamy mieć swoje własne życia... oddzielne światy, które oczywiście w pewnej części będą się ściśle zazębiały.
dziwnie tak w domu. nikt mi nie szczebiocze...
wczoraj rozmawiałam z dzidzą przez telefon. miała bardzo zadowolony głosik.
i fajnie.
cieszę się jeszcze z tego, że potrafi obyć się bez mojej obecności. nie chcę jej od siebie uzależnic emocjonalnie.
mamy się obie kochać najmocniej na świecie, ale mamy mieć swoje własne życia... oddzielne światy, które oczywiście w pewnej części będą się ściśle zazębiały.
Komentarze: 2 pokaż »
2009-02-10 19:03
tak w zasadzie to już od kilku lat widzę ich brak - wróble.
nie wiem, co się dzieje z tymi miejskimi "krzykaczami".
pamiętam, że kiedyś było ich wszędzie pełno. wystarczyło trochę słońca i zaczynało się ćwierkanie.
a jak już nadchodziła ciepła wiosna, to poranki były pełne ich jazgotu.
natomiast teraz... cisza...
nie wiem, co się dzieje z tymi miejskimi "krzykaczami".
pamiętam, że kiedyś było ich wszędzie pełno. wystarczyło trochę słońca i zaczynało się ćwierkanie.
a jak już nadchodziła ciepła wiosna, to poranki były pełne ich jazgotu.
natomiast teraz... cisza...
Komentarze: 0
2009-02-09 19:55
dzisiaj byłam w pracy pierwszy dzień po tygodniowym urlopie.
ani za mną ani przede mną.... praca jakoś mi nie szła.
i niby miałam spokój, bo naczelniczka nie latała nie nie mąciła.
byłam jakaś rozdygotana w środku.
męczył mnie jakiś niepokój. ale nie wiedziałam dlaczego.
moja mama powiedziała, że to przez pełnię księżyca.
możliwe.
ani za mną ani przede mną.... praca jakoś mi nie szła.
i niby miałam spokój, bo naczelniczka nie latała nie nie mąciła.
byłam jakaś rozdygotana w środku.
męczył mnie jakiś niepokój. ale nie wiedziałam dlaczego.
moja mama powiedziała, że to przez pełnię księżyca.
możliwe.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-02-07 20:50
właśnie widziałam w tvp1 spot reklamowy prawa i sprawiedliwości.
podobno dzięki nim był dziesięcioprocentowy wzrost płac!
tak?
to gdzie jest mój wzrost?
kto mi go zabrał?
zgubił się biedaczek?
kurczę.
zawsze tak jest, że im bliżej centrali, tym lepsze warunki.
w zeszłym roku byłyśmy wysyłane do warszawskich oddziałów, aby przyjżeć się pracy w naszym nowym bublu, czyt. systemie informatycznym.
no to pojechałam i co się dowiedziałam podczas luźnej rozmowy? ano to, że ludzie mający w zakresie obowiązków niewielką część tego co mam ja, zarabiają o tysiaka brutto więcej.
fajnie.
:/
kurczę nr 2.
ludzie się burzą, że są masowe zwolnienia z zakładów pracy... że są tacy pokrzywdzeni...
larum wszędzie.
a w mojej firmie co roku zwalniają około 1500 osób ( teraz ma to być 1700). tylko nikt nie krzyczy, bo firma nie jest zlokalizowana w jednym miejscu i zwolnienia nie dotyczą jednego miasta, tylko jest to cała masa oddziałów w całym kraju.
kurczę nr 3.
ludzie sobie myślą, że praca w banku to taka fajna posadka.
niom.taka świetna, że u mnie wiele dziewczyn chodzi na lekach uspokajających, antydepresantach i takich tam... ja już nie zażywam. mam wszystko głęboko w "d" i czuję się z tym lepiej. jak mnie zredukują to może wyświadczą mi tym przysługę. człowiek będzie miał większą motywację, aby sobie inną pracę znaleźć...
wiem, że wiele zależy od tego, jaki jest szef. ale jak rozmawiam z ludźmi to... jakoś nie spotkałam kogoś, kto byłby zadowolony ze swojego szefa...
w tym tygodniu leniuchowałam w domu. odbierałam zaległy urlop. ciekawa jestem, jakie atrakcje czekają na mnie w firmie. :/
ale...
co będzie... to będzie...
jednego jestem pewna.
przyjdę, zrobię sobie kawę i zjem mojego kata-oprawcę. tak nazywam pączki z budyniem, za którymi przepadam a których jedzenie powinnam ograniczyć... (hhmmm... to niby miało być takie moje noworoczne postanowienie...)
nieee... tak ogólnie to nie mam nic przeciwko słodyczom.
ale objadać się codziennie pączkami??? to chyba delikatna przesda.
podobno dzięki nim był dziesięcioprocentowy wzrost płac!
tak?
to gdzie jest mój wzrost?
kto mi go zabrał?
zgubił się biedaczek?
kurczę.
zawsze tak jest, że im bliżej centrali, tym lepsze warunki.
w zeszłym roku byłyśmy wysyłane do warszawskich oddziałów, aby przyjżeć się pracy w naszym nowym bublu, czyt. systemie informatycznym.
no to pojechałam i co się dowiedziałam podczas luźnej rozmowy? ano to, że ludzie mający w zakresie obowiązków niewielką część tego co mam ja, zarabiają o tysiaka brutto więcej.
fajnie.
:/
kurczę nr 2.
ludzie się burzą, że są masowe zwolnienia z zakładów pracy... że są tacy pokrzywdzeni...
larum wszędzie.
a w mojej firmie co roku zwalniają około 1500 osób ( teraz ma to być 1700). tylko nikt nie krzyczy, bo firma nie jest zlokalizowana w jednym miejscu i zwolnienia nie dotyczą jednego miasta, tylko jest to cała masa oddziałów w całym kraju.
kurczę nr 3.
ludzie sobie myślą, że praca w banku to taka fajna posadka.
niom.taka świetna, że u mnie wiele dziewczyn chodzi na lekach uspokajających, antydepresantach i takich tam... ja już nie zażywam. mam wszystko głęboko w "d" i czuję się z tym lepiej. jak mnie zredukują to może wyświadczą mi tym przysługę. człowiek będzie miał większą motywację, aby sobie inną pracę znaleźć...
wiem, że wiele zależy od tego, jaki jest szef. ale jak rozmawiam z ludźmi to... jakoś nie spotkałam kogoś, kto byłby zadowolony ze swojego szefa...
w tym tygodniu leniuchowałam w domu. odbierałam zaległy urlop. ciekawa jestem, jakie atrakcje czekają na mnie w firmie. :/
ale...
co będzie... to będzie...
jednego jestem pewna.
przyjdę, zrobię sobie kawę i zjem mojego kata-oprawcę. tak nazywam pączki z budyniem, za którymi przepadam a których jedzenie powinnam ograniczyć... (hhmmm... to niby miało być takie moje noworoczne postanowienie...)
nieee... tak ogólnie to nie mam nic przeciwko słodyczom.
ale objadać się codziennie pączkami??? to chyba delikatna przesda.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-02-06 18:04
ostatnio rozmawiałam z moim bratem o naszych firmach.
ja pracuję w molochu - banku, a on pracuje w innym molochu - policji. obydwoje jesteśmy najmniejszymi trybikami w tych "machinach"
normalnie identyczne klimaty.
u mnie na wysokich stołkach są osoby, które ani jednego dnia nie przepracowały "w pierwszej linii", tzn. przy obsłudze klienta... pokończyli dobre uniwerki, porobili "mbieje" i najczęściej po plecach znajomych lub rodziny wskakują na stołeczki... i piszą potem kretyńskie procedury i stawiając oderwane od życia wymagania...
u brata w policji też jest taka masakra... jeżeli masz odpowiednie znajomości, to bardzo szybko poszybujesz w górę... a ludzie, którzy znają się na dobrej pracy są tępieni przez przełożonych...
i tak się zastanawiam, czy wogóle istnieje jakaś firma, w której taki zwykły pracownik czuje się wartościowym człowiekiem a nie parobkiem?
takie czasy nadeszły...
gdy koleżanka złamała dużego palca u nogi usłyszała od naczelniczki: pani nie pójdzie na zwolnienie! ma pani przychodzić do pracy, bo ja tak pani każę!
no i przychodziła, kuśtykając ze łzami w oczach...
i takich "kwiatków" jest cała masa... mnie też takie sytuacje dotykały...
i tak w zasadzie nie można nic zrobić...
bo jak człowiek się poskarży... to długo się w firmie nie utrzyma, a szefa i tak wybielą... pracowałam w jednym takim oddziale... nikt z dyrektorką długo nie wytrzymywał... ludzie szybko rezygnowali z pracy... było kiedyś takie półtora roku w przeciągu którego przez mały oddział przewnięło się ponad 20 osób... a czy były skargi pracowników? owszem były. i co z tego. dopiero jak jeden z ważnych klientów napisał do centrali pismo ze swoimi obserwacjami... dopiero wtedy był odzew.... zrobili audyt, wykryli sporo nieprawidłowości. efektem tego było przeniesienie dyrektorki do innego oddziału na stanowisko ... dyrektora. a pracownikom oberwało się za błędy w pracy...
no niestety... państwowa inspekcja pracy nie reaguje na anonimowe pisma... kiedyś miałam już dość i napisałam... ale bałam się podpisać. nie chciałam stracić pracy... bo znając życie , gdzieś moje nazwisko by wypłynęło.
ja pracuję w molochu - banku, a on pracuje w innym molochu - policji. obydwoje jesteśmy najmniejszymi trybikami w tych "machinach"
normalnie identyczne klimaty.
u mnie na wysokich stołkach są osoby, które ani jednego dnia nie przepracowały "w pierwszej linii", tzn. przy obsłudze klienta... pokończyli dobre uniwerki, porobili "mbieje" i najczęściej po plecach znajomych lub rodziny wskakują na stołeczki... i piszą potem kretyńskie procedury i stawiając oderwane od życia wymagania...
u brata w policji też jest taka masakra... jeżeli masz odpowiednie znajomości, to bardzo szybko poszybujesz w górę... a ludzie, którzy znają się na dobrej pracy są tępieni przez przełożonych...
i tak się zastanawiam, czy wogóle istnieje jakaś firma, w której taki zwykły pracownik czuje się wartościowym człowiekiem a nie parobkiem?
takie czasy nadeszły...
gdy koleżanka złamała dużego palca u nogi usłyszała od naczelniczki: pani nie pójdzie na zwolnienie! ma pani przychodzić do pracy, bo ja tak pani każę!
no i przychodziła, kuśtykając ze łzami w oczach...
i takich "kwiatków" jest cała masa... mnie też takie sytuacje dotykały...
i tak w zasadzie nie można nic zrobić...
bo jak człowiek się poskarży... to długo się w firmie nie utrzyma, a szefa i tak wybielą... pracowałam w jednym takim oddziale... nikt z dyrektorką długo nie wytrzymywał... ludzie szybko rezygnowali z pracy... było kiedyś takie półtora roku w przeciągu którego przez mały oddział przewnięło się ponad 20 osób... a czy były skargi pracowników? owszem były. i co z tego. dopiero jak jeden z ważnych klientów napisał do centrali pismo ze swoimi obserwacjami... dopiero wtedy był odzew.... zrobili audyt, wykryli sporo nieprawidłowości. efektem tego było przeniesienie dyrektorki do innego oddziału na stanowisko ... dyrektora. a pracownikom oberwało się za błędy w pracy...
no niestety... państwowa inspekcja pracy nie reaguje na anonimowe pisma... kiedyś miałam już dość i napisałam... ale bałam się podpisać. nie chciałam stracić pracy... bo znając życie , gdzieś moje nazwisko by wypłynęło.
Komentarze: 0
2009-02-03 19:54
dzisiaj ...jak czytałam... cała prawda... ściskało mi gardło ... nie mogłam
czytać, bo tyle miałam łez w oczach...
napiszę fragmenty , całość jest w magazynie "sens" z pawłem kukizem na okładce.
"pierwszy mężczyzna w życiu kobiety.
kobieta w relacji z ojcem, jeszcze będąc dziewczynką, sprawdza, czy
może się podobać i być kochaną. ojciec jest dla córki jak lustro, w
którym odbija się jej kobiecość.jeśli jest to krzywe zwierciadło -
milczące, obojętne, krytyczne - to taki zniekształcony obraz siebie
kobieta może nosić w sobie przez całe życie.
...jako pierwotny model mężczyzny w życiu dziewczynki ojciec
oddziałuje na córkę na wielu poziomach: począwszy od tego, jak ona
widzi sama siebie, aż po oczekiwania, jakie ma wobec mężczyzn i
świata."
"wzrok ojca to pierwszy refleks jej kobiecości, budujący podstawowe
poczucie samoakceptacji lub jej braku. szacunek do siebie i poczucie
godności budują się na podstawie szacunku otrzymanego w dzieciństwie od
innych osób."
"możnaby sądzić, że życie z alkoholikiem czy nadużywającym,
nieczułym, emocjonalnie niedostępnym ojcem powinno uczulić cię na
takich mężczyzn i spowodować, że ich unikasz. niestety jest dokładnie
odwrotnie. mamy tendencję do wybierania mężczyzn podobnych do naszych
ojców. nieważne, czy mieli oni pozytywny, czy negatywny wpływ na nasze
życie. to przedziwne zjawisko. doświadczenie nadużycia w dzieciństwie
kruszy poczucie własnej wartości i zniekształca tym samym oczekiwania
wobec siebie i innych. w tym oczekiwanie, jak powinni cię traktować inni
ludzie. zapominasz, że twoim podstawowym, życiowym prawem jest
dokonywanie wyborów i masz tendencję do akceptowania okoliczności bez
względu na to, jak bardzo przekraczają one twoje granice."
jak nic pasuję to tego schematu....
pierwszy mój chłopak był idealną kalką mojego ojca. podobny wygląd, sposób
zachowywania się, mówienia, gestykulacji, potrafił zachowywać się
szarmancko i ... miał problem z alkoholem.
znalazłam siłę, aby z nim zerwać, bo wiedziałam, że alkohol to samo
zło.
młody miał być moim świadomym wyborem. taaaa.... po "analizie" moich
błędów...
znałam już wtedy ten mechanizm: kobieta wybiera na męża faceta
podobnego do jej ojca.
i pomimo tego, że młody totalnie nie odpowiadał mi fizycznie (wręcz
wstydziłam się jego wyglądu...) to wszystko wskazywało, że jest on
zupełnie inny od mojego ojca. wszystkie znaki na ziemi wskazywały na to,
że jest to porządny, odpowiedzialny człowiek...
pochodził z porządnej rodziny, gdzie rodzice pracowali, nie było tam
alkoholizmu... młody też nie miał tego nałogu. był pracowity,
oszczędny... nie szlajał się w podejrzanym towarzystwie... lubił
dzieci... miał wielu znajomych i był przez nich lubiany...
wszystko wskazywało, że małżeństwo z nim będzie dobrym wyborem.
...a jednak...
okazało się, że emocjonalnie... jest to kalka mojego ojca.... dom
traktuje jak hotel... mnie, jak "przedmiot," którym można się pochwalić
przed innymi i który ma wypełniać domowe obowiązki...
taaa... mój ojciec też wszystkim kolegom chwalił się, że ma
piękną żonę...
moja mama, gdy chodziła do psychologa i opowiadała o pewnych
zachowaniach ojca... dowiedziała się, że są to zachowania
charakterystyczne dla mizogina...
bardzo boję się, że jeżeli kiedykolwiek zdecyduję się na związek z jakimś mężczyzną... znowu popełnię błąd...
znowu będzie mi się wydawało, że omijam te złe cechy, które mnie ranią...
owszem, jestem mądrzejsza o doświadczenia z poprzedniego związku... ale nowy facet na mojej drodze to nowe sytuacje w moim życiu. nowe zagrożenia. nowe nadzieje, które potem mogą się okazać totalną pomyłką...
czy aby na pewno stałam się mądrzejsza???
o wiedzę o moim "ex" z pewnością...
ale nie powiększa to wiedzy o innych facetach...
i dalej nie mam pojęcia, czy przypadkiem "dobre intencje i wielka miłość" kolejnego faceta nie doprowadzą mnie znowu do samotności i depresji...
... szkoda mi samej siebie wystawiać na takie ryzyko...
czytać, bo tyle miałam łez w oczach...
napiszę fragmenty , całość jest w magazynie "sens" z pawłem kukizem na okładce.
"pierwszy mężczyzna w życiu kobiety.
kobieta w relacji z ojcem, jeszcze będąc dziewczynką, sprawdza, czy
może się podobać i być kochaną. ojciec jest dla córki jak lustro, w
którym odbija się jej kobiecość.jeśli jest to krzywe zwierciadło -
milczące, obojętne, krytyczne - to taki zniekształcony obraz siebie
kobieta może nosić w sobie przez całe życie.
...jako pierwotny model mężczyzny w życiu dziewczynki ojciec
oddziałuje na córkę na wielu poziomach: począwszy od tego, jak ona
widzi sama siebie, aż po oczekiwania, jakie ma wobec mężczyzn i
świata."
"wzrok ojca to pierwszy refleks jej kobiecości, budujący podstawowe
poczucie samoakceptacji lub jej braku. szacunek do siebie i poczucie
godności budują się na podstawie szacunku otrzymanego w dzieciństwie od
innych osób."
"możnaby sądzić, że życie z alkoholikiem czy nadużywającym,
nieczułym, emocjonalnie niedostępnym ojcem powinno uczulić cię na
takich mężczyzn i spowodować, że ich unikasz. niestety jest dokładnie
odwrotnie. mamy tendencję do wybierania mężczyzn podobnych do naszych
ojców. nieważne, czy mieli oni pozytywny, czy negatywny wpływ na nasze
życie. to przedziwne zjawisko. doświadczenie nadużycia w dzieciństwie
kruszy poczucie własnej wartości i zniekształca tym samym oczekiwania
wobec siebie i innych. w tym oczekiwanie, jak powinni cię traktować inni
ludzie. zapominasz, że twoim podstawowym, życiowym prawem jest
dokonywanie wyborów i masz tendencję do akceptowania okoliczności bez
względu na to, jak bardzo przekraczają one twoje granice."
jak nic pasuję to tego schematu....
pierwszy mój chłopak był idealną kalką mojego ojca. podobny wygląd, sposób
zachowywania się, mówienia, gestykulacji, potrafił zachowywać się
szarmancko i ... miał problem z alkoholem.
znalazłam siłę, aby z nim zerwać, bo wiedziałam, że alkohol to samo
zło.
młody miał być moim świadomym wyborem. taaaa.... po "analizie" moich
błędów...
znałam już wtedy ten mechanizm: kobieta wybiera na męża faceta
podobnego do jej ojca.
i pomimo tego, że młody totalnie nie odpowiadał mi fizycznie (wręcz
wstydziłam się jego wyglądu...) to wszystko wskazywało, że jest on
zupełnie inny od mojego ojca. wszystkie znaki na ziemi wskazywały na to,
że jest to porządny, odpowiedzialny człowiek...
pochodził z porządnej rodziny, gdzie rodzice pracowali, nie było tam
alkoholizmu... młody też nie miał tego nałogu. był pracowity,
oszczędny... nie szlajał się w podejrzanym towarzystwie... lubił
dzieci... miał wielu znajomych i był przez nich lubiany...
wszystko wskazywało, że małżeństwo z nim będzie dobrym wyborem.
...a jednak...
okazało się, że emocjonalnie... jest to kalka mojego ojca.... dom
traktuje jak hotel... mnie, jak "przedmiot," którym można się pochwalić
przed innymi i który ma wypełniać domowe obowiązki...
taaa... mój ojciec też wszystkim kolegom chwalił się, że ma
piękną żonę...
moja mama, gdy chodziła do psychologa i opowiadała o pewnych
zachowaniach ojca... dowiedziała się, że są to zachowania
charakterystyczne dla mizogina...
bardzo boję się, że jeżeli kiedykolwiek zdecyduję się na związek z jakimś mężczyzną... znowu popełnię błąd...
znowu będzie mi się wydawało, że omijam te złe cechy, które mnie ranią...
owszem, jestem mądrzejsza o doświadczenia z poprzedniego związku... ale nowy facet na mojej drodze to nowe sytuacje w moim życiu. nowe zagrożenia. nowe nadzieje, które potem mogą się okazać totalną pomyłką...
czy aby na pewno stałam się mądrzejsza???
o wiedzę o moim "ex" z pewnością...
ale nie powiększa to wiedzy o innych facetach...
i dalej nie mam pojęcia, czy przypadkiem "dobre intencje i wielka miłość" kolejnego faceta nie doprowadzą mnie znowu do samotności i depresji...
... szkoda mi samej siebie wystawiać na takie ryzyko...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-02-01 16:25
to naprawdę ciężka sprawa...
... odnaleźć w sobie spokój i zaprowadzić wewnętrzny ład...
od wielu lat miotam się wewnętrznie. a tak prawdę mówiąc, to całe życie... odkąd pamiętam... zawsze chciałam zaspokoić oczekiwania otoczenia. starałam się, aby moje zachowanie było akceptowane przez innych... a pomijałam w tym wszystkim siebie. robiłam pewne rzeczy, bo tak wypadało, choć gryzło to się z moim wewnętrznym głosem.
dbałam o dobre samopoczucie wszystkich dookoła... chciałam być wzorową córką, dobrą koleżanką, dobrą dziewczyną a potem żoną, dobrym pracownikiem, dobrą mamą...
tylko w tym wszystkim zabrakło mi dobroci i uwagi dla samej siebie.
jak mogę dawać miłość innym, skoro nie umiem jej dać sama sobie?
nie wiem, czy mi się coś nie "pomerdało" , bo nie jestem katoliczką, ale jest chyba coś takiego: kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.
jak mogę dostrzec ból w sercu drugiego człowieka, skoro jestem ślepa na swój własny ból?
ciężka to praca...trudna... niekiedy bolesna... a niekiedy radosna...
poznawanie siebie... odkrywanie swojej siły i godzenie się ze słabościami...
jest to praca na całe życie...
... odnaleźć w sobie spokój i zaprowadzić wewnętrzny ład...
od wielu lat miotam się wewnętrznie. a tak prawdę mówiąc, to całe życie... odkąd pamiętam... zawsze chciałam zaspokoić oczekiwania otoczenia. starałam się, aby moje zachowanie było akceptowane przez innych... a pomijałam w tym wszystkim siebie. robiłam pewne rzeczy, bo tak wypadało, choć gryzło to się z moim wewnętrznym głosem.
dbałam o dobre samopoczucie wszystkich dookoła... chciałam być wzorową córką, dobrą koleżanką, dobrą dziewczyną a potem żoną, dobrym pracownikiem, dobrą mamą...
tylko w tym wszystkim zabrakło mi dobroci i uwagi dla samej siebie.
jak mogę dawać miłość innym, skoro nie umiem jej dać sama sobie?
nie wiem, czy mi się coś nie "pomerdało" , bo nie jestem katoliczką, ale jest chyba coś takiego: kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.
jak mogę dostrzec ból w sercu drugiego człowieka, skoro jestem ślepa na swój własny ból?
ciężka to praca...trudna... niekiedy bolesna... a niekiedy radosna...
poznawanie siebie... odkrywanie swojej siły i godzenie się ze słabościami...
jest to praca na całe życie...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-01-31 17:35
czasami robiąc krok do tyłu... robimy dwa kroki do przodu.
tracąc - zyskujemy.
tracąc - zyskujemy.
Komentarze: 0
2009-01-30 23:58
udane małżeństwo zależy od dwóch rzeczy: znalezienia właściwej osoby i bycia właściwą osobą.
Komentarze: 3 pokaż »
2009-01-28 22:58
oj nieładnie... nieładnie...
kto to widział tak się śmiać z własnego dziecka....
i to wtedy, gdy dziecko przeżywa (kolejny) najgorszy wieczór w swoim życiu...
skracałam córci grzywkę.
początkowo zapowiadała się fajna zabawa.
poszło o to, że... ścinam grzywkę... prosto.
okazało się, że bardzo źle ścinam.
powinno być krzywo ścięte!!!!
no i płacz i zawodzenie!!!!
po policzkach leciały łzy jak grochy... jedna wielka żałość
a ja zaczęłam się dusić ze śmiechu! usiłowałam się powstrzymywać, ale nie dawałam rady... to zawodzenie, że grzywka powinna być krzywo ucięta...
a córcia widząc moje tłumione uśmiechy.... w większy płacz i zawodzenie, że dorośli nie mogą się śmiać z małych dzieci!!!
kto to widział tak się śmiać z własnego dziecka....
i to wtedy, gdy dziecko przeżywa (kolejny) najgorszy wieczór w swoim życiu...
skracałam córci grzywkę.
początkowo zapowiadała się fajna zabawa.
poszło o to, że... ścinam grzywkę... prosto.
okazało się, że bardzo źle ścinam.
powinno być krzywo ścięte!!!!
no i płacz i zawodzenie!!!!
po policzkach leciały łzy jak grochy... jedna wielka żałość
a ja zaczęłam się dusić ze śmiechu! usiłowałam się powstrzymywać, ale nie dawałam rady... to zawodzenie, że grzywka powinna być krzywo ucięta...
a córcia widząc moje tłumione uśmiechy.... w większy płacz i zawodzenie, że dorośli nie mogą się śmiać z małych dzieci!!!
Komentarze: 0
2009-01-26 20:53
przypadki...
czy przypadki są tylko przypadkami?
ponad 2 lata temu zamówiłam sobie kartę kredytową. miałam wtedy podwójne nazwisko i takie podałam do wybicia na karcie. koleżanka pomyliła się podczas wprowadzania danych do systemu...
do rąk dostałam kartę kredytową jedynie z moim nazwiskiem panieńskim. wtedy przeszłam nad tym do porządku dziennego.
...a teraz... kilka dni temu byłam w urzędzie stanu cywilnego i po rozwodzie już formalnie mogę się posługiwać moim panieńskim nazwiskiem.
karty kredytowej zmieniać nie muszę...
w moim małżeństwie było źle.. wiedziałam, że to nie ma sensu... wiedziałam, że musimy się rozstać. myślałam przez chwilę o wyprowadzce... ale nie miałam gdzie... a do małego mieszkania rodziców, z powodu ojca, nie chciałam się wprowadzać... wiedziałam ile kosztuje wynajęcie małego mieszkanka... to prawie cała moja pensja... więc tkwiłam dalej w małżeńskim maraźmie, bez cienia nadziei na zmianę....
pewnego dnia zadzwoniła mama. kazała szybko po pracy przyjeżdżać, bo jest ważna sprawa...
okazało się, że w bloku rodziców jest do wynajęcia mieszkanie. przeraźliwie tanio. właściciele mieszkają od 2 lat w anglii i jeszcze kilka lat tam będą...
musiałam się zdecydować w przeciągu jednego wieczoru, bo właściciele następnego dnia rano znowu wyjeżdżali z kraju...
zgodziłam się...
w tej beznadziei, która mnie otaczała nie szukałam mieszkania... to mieszkanie odnalazło mnie...
a decyzję musiałam podjąć dokładnie w 10 rocznicę mojego ślubu...
przypadki...
samo życie często daje nam pewne znaki, ale w tej codziennej gonitwie jesteśmy ślepcami. pojawiają się często przed nami drzwi i to od naszej decyzji zależy, czy naciśniemy klamkę. a jaka droga będzie za drzwiami?...
myślę, że w przeszłości popełniłam błąd... nie słuchałam swojego wewnętrznego głosu... było kilka decyzji, które były wbrew niemu...
ale...
tak patrząc z drugiej strony... popełniając te moje błędy nauczyłam się paru rzeczy...
moje błędy, moje łzy, moje przemyślenia, moje wnioski... ale też moja radość, moje małe szczęścia i uśmiechy...
ile jeszcze w życiu będę miała "przypadków"?
czy osoby, z którymi utrzymuję kontakty są przypadkowe? czy sytuacje, w których się znajduję to przypadki? ...a słowa, które gdzieś tam usłyszę i zapadną mi w duszy...
czy przypadki są tylko przypadkami?
ponad 2 lata temu zamówiłam sobie kartę kredytową. miałam wtedy podwójne nazwisko i takie podałam do wybicia na karcie. koleżanka pomyliła się podczas wprowadzania danych do systemu...
do rąk dostałam kartę kredytową jedynie z moim nazwiskiem panieńskim. wtedy przeszłam nad tym do porządku dziennego.
...a teraz... kilka dni temu byłam w urzędzie stanu cywilnego i po rozwodzie już formalnie mogę się posługiwać moim panieńskim nazwiskiem.
karty kredytowej zmieniać nie muszę...
w moim małżeństwie było źle.. wiedziałam, że to nie ma sensu... wiedziałam, że musimy się rozstać. myślałam przez chwilę o wyprowadzce... ale nie miałam gdzie... a do małego mieszkania rodziców, z powodu ojca, nie chciałam się wprowadzać... wiedziałam ile kosztuje wynajęcie małego mieszkanka... to prawie cała moja pensja... więc tkwiłam dalej w małżeńskim maraźmie, bez cienia nadziei na zmianę....
pewnego dnia zadzwoniła mama. kazała szybko po pracy przyjeżdżać, bo jest ważna sprawa...
okazało się, że w bloku rodziców jest do wynajęcia mieszkanie. przeraźliwie tanio. właściciele mieszkają od 2 lat w anglii i jeszcze kilka lat tam będą...
musiałam się zdecydować w przeciągu jednego wieczoru, bo właściciele następnego dnia rano znowu wyjeżdżali z kraju...
zgodziłam się...
w tej beznadziei, która mnie otaczała nie szukałam mieszkania... to mieszkanie odnalazło mnie...
a decyzję musiałam podjąć dokładnie w 10 rocznicę mojego ślubu...
przypadki...
samo życie często daje nam pewne znaki, ale w tej codziennej gonitwie jesteśmy ślepcami. pojawiają się często przed nami drzwi i to od naszej decyzji zależy, czy naciśniemy klamkę. a jaka droga będzie za drzwiami?...
myślę, że w przeszłości popełniłam błąd... nie słuchałam swojego wewnętrznego głosu... było kilka decyzji, które były wbrew niemu...
ale...
tak patrząc z drugiej strony... popełniając te moje błędy nauczyłam się paru rzeczy...
moje błędy, moje łzy, moje przemyślenia, moje wnioski... ale też moja radość, moje małe szczęścia i uśmiechy...
ile jeszcze w życiu będę miała "przypadków"?
czy osoby, z którymi utrzymuję kontakty są przypadkowe? czy sytuacje, w których się znajduję to przypadki? ...a słowa, które gdzieś tam usłyszę i zapadną mi w duszy...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-01-25 18:24
dobrze, że ich zauważyłam!!!
"niebiescy byli w pomarańczowym" i w tej ulicznej szarości mogłam ich w porę dostrzec! (mieli pomarańczowe kamizelki)
gdyby nie to.... ufffff.... mandacik byłby straszliwy!!! no i punkty by były niezłe... i wątpię, aby mi pomogło moje nazwisko. :/ jestem z policyjnej rodziny i jest to niekiedy pomocne. ale sama nigdy nie zagaduję. nie było zbyt wielu ku temu okazji. oni sami sprawdzając mój dowód osobisty widzą czyją jestem córką... i siostrą... :) i jakoś łagodniej takie spotkania mijają. no i poza tym, natura facetów sprawia, że są łasi na ładny uśmiech w połączeniu z poczuciem humoru. a ja jestem przyzywczajona do munduru i nie czuję przed nim jakiegoś specjalnego respektu. dla mnie policjant to wciąż tylko facet tylko inaczej opakowany.
tak jakoś dynamicznie mi się ruszyło ze świateł :) a trochę często mi się to przytrafia :) jakoś takoś... no co ja poradzę, że jak mogę... to lubię sobie szybciej pojechać. samochodzik mam mały, zrywny i przy 70 konikach mogę sobie na parę rzeczy pozwolić.
stali w takiej zatoczce za zakrętem. czasami tam się przyczajają.
no ale udało mi się w odpowiednim momencie wyhamować uff... :)
"niebiescy byli w pomarańczowym" i w tej ulicznej szarości mogłam ich w porę dostrzec! (mieli pomarańczowe kamizelki)
gdyby nie to.... ufffff.... mandacik byłby straszliwy!!! no i punkty by były niezłe... i wątpię, aby mi pomogło moje nazwisko. :/ jestem z policyjnej rodziny i jest to niekiedy pomocne. ale sama nigdy nie zagaduję. nie było zbyt wielu ku temu okazji. oni sami sprawdzając mój dowód osobisty widzą czyją jestem córką... i siostrą... :) i jakoś łagodniej takie spotkania mijają. no i poza tym, natura facetów sprawia, że są łasi na ładny uśmiech w połączeniu z poczuciem humoru. a ja jestem przyzywczajona do munduru i nie czuję przed nim jakiegoś specjalnego respektu. dla mnie policjant to wciąż tylko facet tylko inaczej opakowany.
tak jakoś dynamicznie mi się ruszyło ze świateł :) a trochę często mi się to przytrafia :) jakoś takoś... no co ja poradzę, że jak mogę... to lubię sobie szybciej pojechać. samochodzik mam mały, zrywny i przy 70 konikach mogę sobie na parę rzeczy pozwolić.
stali w takiej zatoczce za zakrętem. czasami tam się przyczajają.
no ale udało mi się w odpowiednim momencie wyhamować uff... :)
Komentarze: 0
2009-01-24 21:40
złudzenia...
decyzje, które kiedyś podejmowałam...
wydawało mi się, że postępuję rozsądnie, słusznie
a jednak późniejsze ich konsekwencje nie były najlepsze...
czy gdybym bardziej kierowała się instynktem a nie rozumem moje decyzje poprowadziłyby mnie lepszymi drogami?
teraz staram się kierować moim wnętrzem... czy to będzie dobre?
co robić aby kolejne decyzje nie okazywały się totalnymi niewypałami...
nikt chyba nie ma na to recepty...
i to mnie przeraża.
wiem, że niektórzy ludzie są niemal zafascynowani nieprzewidywalnością życia. każdy zakręt jest dla nich wyzwaniem., pojawiającymi się nowymi możliwościami.
ja jakoś nie umiem tak myśleć...
decyzje, które kiedyś podejmowałam...
wydawało mi się, że postępuję rozsądnie, słusznie
a jednak późniejsze ich konsekwencje nie były najlepsze...
czy gdybym bardziej kierowała się instynktem a nie rozumem moje decyzje poprowadziłyby mnie lepszymi drogami?
teraz staram się kierować moim wnętrzem... czy to będzie dobre?
co robić aby kolejne decyzje nie okazywały się totalnymi niewypałami...
nikt chyba nie ma na to recepty...
i to mnie przeraża.
wiem, że niektórzy ludzie są niemal zafascynowani nieprzewidywalnością życia. każdy zakręt jest dla nich wyzwaniem., pojawiającymi się nowymi możliwościami.
ja jakoś nie umiem tak myśleć...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-01-21 23:48
jeszcze nie spotkałam osoby, która patrząc na mnie nie pomyliłaby się sporo określając mój wiek.
kolega z pracy wiedział o tym, że wszyscy mnie odmładzają... stał... patrzył się na mnie... dumał... i wydumał mi wiek o 6 lat mniejszy.
ludzie, którzy mnie nie znają odmładzają mnie o jakieś 10 lat.
już się nawet przyzywczaiłam do tego, że ludzie nie zawsze traktują mnie poważnie. patrzą i widzą gówniarę.
dzisiaj byłam u ginekologa z wynikami badań. wszystkie są idealne.
ale usłyszałam coś... czego tak prawdę mówiąc się nie spodziewałam...
okazało się, że już zaliczam się do grupy, krórą on określił jako "ten wiek". :/
lekarz powiedział, że jeżeli będę chciała mieć drugie dziecko, to na bezpieczną ciążę mam jeszcze 3 lata. potem już będzie się z powodu wieku zwiękaszało zagrożenie powikłań.
poczułam się z tym strasznie dziwnie...
peselek pokazuje prawdę, choć mój wygląd bardzo od niego odbiega...
czas płynie...
dzisiaj to poczułam...
kolega z pracy wiedział o tym, że wszyscy mnie odmładzają... stał... patrzył się na mnie... dumał... i wydumał mi wiek o 6 lat mniejszy.
ludzie, którzy mnie nie znają odmładzają mnie o jakieś 10 lat.
już się nawet przyzywczaiłam do tego, że ludzie nie zawsze traktują mnie poważnie. patrzą i widzą gówniarę.
dzisiaj byłam u ginekologa z wynikami badań. wszystkie są idealne.
ale usłyszałam coś... czego tak prawdę mówiąc się nie spodziewałam...
okazało się, że już zaliczam się do grupy, krórą on określił jako "ten wiek". :/
lekarz powiedział, że jeżeli będę chciała mieć drugie dziecko, to na bezpieczną ciążę mam jeszcze 3 lata. potem już będzie się z powodu wieku zwiękaszało zagrożenie powikłań.
poczułam się z tym strasznie dziwnie...
peselek pokazuje prawdę, choć mój wygląd bardzo od niego odbiega...
czas płynie...
dzisiaj to poczułam...
Komentarze: 0
2009-01-20 19:58
czy to tylko na mnie tak trafia? czy oni wszyscy jacyś dziwni są?...
od czasu do czasu dzwoną do mnie pracownicy call center orange.
już 3 razy miałam wątpliwą przyjemność "rozmawiać" z taką jedną kobietą... gdy zadzwoniła do mnie pierwszy raz, to myślałam, że mówi do mnie jakiś automat ze spowolnionym trybem mówienia. serio! przez pewnien czas autentycznie nie byłam pewna, czy jak zadam pytanie to usłyszę odpowiedź czy raczej "taśma" będzie dalej leciała. kobieta mówiła baaardzo wolno, bardzo oddzielając od siebie każde wypowiedziane słowo. a jakakolwiek intonacja głosu była jej całkowicie obca.
masakra.
a wczoraj znowu miałam przyjemność rozmowy z pracownikiem call center orange. tym razem jakiś młody chłopak, na to mi wskazywał jego głos. mówił już normalnie. jak żywy człowiek. zaczął się wypytywać, czy jestem zainteresowana jakimś nowym modelem telefonu z bajerami dla abonentów "firmowych". na moje nazwisko są zarejestrowane dwa numery telefonów: jeden z taryfą dla osób fizycznych (ma go moja mama) a drugi z taryfą dla podmiotów gospodarczych, który został na mnie przepisany a taryfa "firmowa" już pozostała - i ten numer mam ja. tylko zdziwiło mnie , że zadzwonił na numer dla osób fizycznych proponując ofertę dla firm. na początku rozmowy powiedziałam, że nie jestem zainteresowana nowym telefonem z bajerami i zaczęłam dopytywać się dlaczego dzwoni na numer zarejestrowany na osobę fizyczną proponując "firmową" ofertę. :) chciałam sobie podrążyć troszkę :) konsultant zaczął się trochę motać.
ostatecznie jednak postanowiłam się trochę popytać o ten nowy model telefonu. czy np. otrzymanie tego telefonu wiąże się z podpisaniem nowej umowy na dodatkowy numer, czy tylko zmiany istniejącej umowy.
a konsultant mówi mi, że nie wie.
na chwilę zamilkłam.
i ze zdziwniniem w głosie pytam się go, dlaczego dzwoni do mnie z ofertą nowego telefonu, skoro nie wie na jakich zasadach ma to funkcjonować.
jego odpowiedź mnie zaskoczyła. on dzwoni tylko po to, aby się spytać, czy jestem zainteresowana telefonem i nie wie na ten temat nic. a jeżeli jestem zainteresowana, to za chwilę zadzwoniłby do mnie inny konsultant, który przedstawi mi ofertę.
:/
czyli... wychodzi mi... że konsultant "właściwy" ma swojego .... czy ja wiem... ankietera? robiącego wstępny przesiew.
od czasu do czasu dzwoną do mnie pracownicy call center orange.
już 3 razy miałam wątpliwą przyjemność "rozmawiać" z taką jedną kobietą... gdy zadzwoniła do mnie pierwszy raz, to myślałam, że mówi do mnie jakiś automat ze spowolnionym trybem mówienia. serio! przez pewnien czas autentycznie nie byłam pewna, czy jak zadam pytanie to usłyszę odpowiedź czy raczej "taśma" będzie dalej leciała. kobieta mówiła baaardzo wolno, bardzo oddzielając od siebie każde wypowiedziane słowo. a jakakolwiek intonacja głosu była jej całkowicie obca.
masakra.
a wczoraj znowu miałam przyjemność rozmowy z pracownikiem call center orange. tym razem jakiś młody chłopak, na to mi wskazywał jego głos. mówił już normalnie. jak żywy człowiek. zaczął się wypytywać, czy jestem zainteresowana jakimś nowym modelem telefonu z bajerami dla abonentów "firmowych". na moje nazwisko są zarejestrowane dwa numery telefonów: jeden z taryfą dla osób fizycznych (ma go moja mama) a drugi z taryfą dla podmiotów gospodarczych, który został na mnie przepisany a taryfa "firmowa" już pozostała - i ten numer mam ja. tylko zdziwiło mnie , że zadzwonił na numer dla osób fizycznych proponując ofertę dla firm. na początku rozmowy powiedziałam, że nie jestem zainteresowana nowym telefonem z bajerami i zaczęłam dopytywać się dlaczego dzwoni na numer zarejestrowany na osobę fizyczną proponując "firmową" ofertę. :) chciałam sobie podrążyć troszkę :) konsultant zaczął się trochę motać.
ostatecznie jednak postanowiłam się trochę popytać o ten nowy model telefonu. czy np. otrzymanie tego telefonu wiąże się z podpisaniem nowej umowy na dodatkowy numer, czy tylko zmiany istniejącej umowy.
a konsultant mówi mi, że nie wie.
na chwilę zamilkłam.
i ze zdziwniniem w głosie pytam się go, dlaczego dzwoni do mnie z ofertą nowego telefonu, skoro nie wie na jakich zasadach ma to funkcjonować.
jego odpowiedź mnie zaskoczyła. on dzwoni tylko po to, aby się spytać, czy jestem zainteresowana telefonem i nie wie na ten temat nic. a jeżeli jestem zainteresowana, to za chwilę zadzwoniłby do mnie inny konsultant, który przedstawi mi ofertę.
:/
czyli... wychodzi mi... że konsultant "właściwy" ma swojego .... czy ja wiem... ankietera? robiącego wstępny przesiew.
Komentarze: 0
2009-01-17 12:10
zostało mi sporo chleba. do jedzenia już się za bardzo nie nadaje...
postałam, pokroiłam i jest pół woreczka przyszykowane dla ptaków.
dzisiaj z córcią będziemy wychodziły na zakupy i rozsypiemy chlebek przed blokiem.
tak..
a ptaki z wielkiej wdzięczności narobią mi na samochód :/
no cóż. takie ich prawo.
no właśnie... przydałoby się w końcu umyć samochód... czy coś... może dzisiaj pojedziemy razem do myjni tunelowej. dzidzia jeszcze tam nie była i będzie to dla niej wielka atrakcja.
kawka mi stygnie. wypiję i zabiorę się za porządki, bo jakiś potworny sajgon się zrobił.
i muszę w końcu zagonić młodą, aby się ubrała, bo lata jeszcze w piżamce. jasne, że dłużej można tak połazić, ale bez przesadyzmów.
postałam, pokroiłam i jest pół woreczka przyszykowane dla ptaków.
dzisiaj z córcią będziemy wychodziły na zakupy i rozsypiemy chlebek przed blokiem.
tak..
a ptaki z wielkiej wdzięczności narobią mi na samochód :/
no cóż. takie ich prawo.
no właśnie... przydałoby się w końcu umyć samochód... czy coś... może dzisiaj pojedziemy razem do myjni tunelowej. dzidzia jeszcze tam nie była i będzie to dla niej wielka atrakcja.
kawka mi stygnie. wypiję i zabiorę się za porządki, bo jakiś potworny sajgon się zrobił.
i muszę w końcu zagonić młodą, aby się ubrała, bo lata jeszcze w piżamce. jasne, że dłużej można tak połazić, ale bez przesadyzmów.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-01-16 22:07
byłam dziś u dentystki.
moje zęby miło mnie zaskoczyły , bo myślałam, że będzie ruina jakaś...:) dzisiaj zrobiła mi jeden. ubytki mam jeszcze w dwóch a w jednym trzeba wymienić starą plombę. będę też musiała wyrwać zęba mądrości. skradam się do tego od dawna....ząbek z iście ułańską fantazją raczył wyrosnąć sobie w poziomie. korzeń nie wyrósł w dół tylko w stronę "zawiasu" szczęki.
no i jeszcze będę musiała usunąć z zębów kamień, który się osadził... oraz podreperować trochę stan dziąseł... niebezpiecznie mi się obniżają ukazując te wrażliwe części zęba...
borowanie oczywiście robię ze znieczuleniem. nie dam sobie bez tego dotknąć zęba. nie ma mowy!
moje zęby miło mnie zaskoczyły , bo myślałam, że będzie ruina jakaś...:) dzisiaj zrobiła mi jeden. ubytki mam jeszcze w dwóch a w jednym trzeba wymienić starą plombę. będę też musiała wyrwać zęba mądrości. skradam się do tego od dawna....ząbek z iście ułańską fantazją raczył wyrosnąć sobie w poziomie. korzeń nie wyrósł w dół tylko w stronę "zawiasu" szczęki.
no i jeszcze będę musiała usunąć z zębów kamień, który się osadził... oraz podreperować trochę stan dziąseł... niebezpiecznie mi się obniżają ukazując te wrażliwe części zęba...
borowanie oczywiście robię ze znieczuleniem. nie dam sobie bez tego dotknąć zęba. nie ma mowy!
Komentarze: 0
2009-01-15 20:45
no i mój rozwód już się uprawomocnił.
właśnie dostałam z sądu odpis wyroku w części dotyczącej alimentów.
na poniedziałek wzięłam wolne. pójdę złożyć wniosek o wydanie odpisu całego wyroku. no a poza tym muszę skoczyć do przychodni na pobieranie krwi i odbiór innych wyników oraz do urzędu spraw cywilnych, gdzie chcę się wypytać, co mam zrobić aby wrócić do panieńskiego nazwiska. do mężowskiego jakoś nie czuję specjalnego przywiązania.
więc będę miała co robić.
jestem świadoma czekających mnie problemów finansowych... muszę sobie załatwić wyrok dożywocia w postaci kredytu hipotecznego. na szczęście rodzice pomogą.
ale pomimo to... hmm.... rozwód.... czuję jakąś ulgę...
czuję, że uwolniłam się od człowieka, który... no nie wiem, jak to określić.... czerpał ze mnie energię... nie potrafił podnosić mnie na duchu, wspomagać dobrym słowem, motywować do działania... nie potrafił mówić o mnie pozytywnych rzeczy... a sam jednocześnie to wszystko ode mnie względem siebie wymagał... i było dobrze między nami dopóki mu dawałam to czego potrzebował... nie żądając w zamian nic... jednak gdy zaczęły pojawiać się sytuacje, w których to ja bardzo potrzebowałam pomocy, dobrego słowa... okazało się, że jestem sama... a wręcz zaczęły pojawiać się pretensje, że się nim niewystarczająco interesuję...
dobijała mnie samotność... pojawiła się depresja, której on nie raczył zauważyć... patrzył na mnie nie widząc moich łez w oczach... nic go nie obchodziło... nic poza jego dobrym wizerunkiem - bo przecież na prośbę mojej psycholożki przyszedł na spotkanie z nią. i nic z tego nie pozostało poza jego dumnym uśmiechem i stwierdzeniem, że uczestniczył w terapii żony...
małżeństwo....
nauczyłam się... że gdy słyszę, jak facet mówi ze łzami w oczach "kocham cię" są to puste słowa... "kocha" bo czegoś potrzebuje a nie dlatego, że chce coś ofiarować, obdarować szczęściem...
nauczyłam się, że nie mogę liczyć na troskę teoretycznie najbliższej mi osoby... i prawdziwe staje się teraz dla mnie powiedzenie: mąż to nie rodzina.
nauczyłam się, że w małżeństwie trzeba ostro walczyć o swoją pozycję, bo jak człowiek jest spokojny i raczej uległy - to przegra.
teraz uprawomocniłam mój stan - jestem sama. co oczywiście nie jest równoznaczne z określeniem samotna.
zawsze zależało mi na stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa a wywróciłam swoje życie do góry nogami...
a może wręcz odwrotnie - dopiero teraz staję na nogi i łapię równowagę. odnajduję w tym wszystkim siebie...
rozwód... jakoś zwasze to słowo ma wszędzie negatywny wydźwięk.
a właśnie wcale tak nie musi być...
właśnie dostałam z sądu odpis wyroku w części dotyczącej alimentów.
na poniedziałek wzięłam wolne. pójdę złożyć wniosek o wydanie odpisu całego wyroku. no a poza tym muszę skoczyć do przychodni na pobieranie krwi i odbiór innych wyników oraz do urzędu spraw cywilnych, gdzie chcę się wypytać, co mam zrobić aby wrócić do panieńskiego nazwiska. do mężowskiego jakoś nie czuję specjalnego przywiązania.
więc będę miała co robić.
jestem świadoma czekających mnie problemów finansowych... muszę sobie załatwić wyrok dożywocia w postaci kredytu hipotecznego. na szczęście rodzice pomogą.
ale pomimo to... hmm.... rozwód.... czuję jakąś ulgę...
czuję, że uwolniłam się od człowieka, który... no nie wiem, jak to określić.... czerpał ze mnie energię... nie potrafił podnosić mnie na duchu, wspomagać dobrym słowem, motywować do działania... nie potrafił mówić o mnie pozytywnych rzeczy... a sam jednocześnie to wszystko ode mnie względem siebie wymagał... i było dobrze między nami dopóki mu dawałam to czego potrzebował... nie żądając w zamian nic... jednak gdy zaczęły pojawiać się sytuacje, w których to ja bardzo potrzebowałam pomocy, dobrego słowa... okazało się, że jestem sama... a wręcz zaczęły pojawiać się pretensje, że się nim niewystarczająco interesuję...
dobijała mnie samotność... pojawiła się depresja, której on nie raczył zauważyć... patrzył na mnie nie widząc moich łez w oczach... nic go nie obchodziło... nic poza jego dobrym wizerunkiem - bo przecież na prośbę mojej psycholożki przyszedł na spotkanie z nią. i nic z tego nie pozostało poza jego dumnym uśmiechem i stwierdzeniem, że uczestniczył w terapii żony...
małżeństwo....
nauczyłam się... że gdy słyszę, jak facet mówi ze łzami w oczach "kocham cię" są to puste słowa... "kocha" bo czegoś potrzebuje a nie dlatego, że chce coś ofiarować, obdarować szczęściem...
nauczyłam się, że nie mogę liczyć na troskę teoretycznie najbliższej mi osoby... i prawdziwe staje się teraz dla mnie powiedzenie: mąż to nie rodzina.
nauczyłam się, że w małżeństwie trzeba ostro walczyć o swoją pozycję, bo jak człowiek jest spokojny i raczej uległy - to przegra.
teraz uprawomocniłam mój stan - jestem sama. co oczywiście nie jest równoznaczne z określeniem samotna.
zawsze zależało mi na stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa a wywróciłam swoje życie do góry nogami...
a może wręcz odwrotnie - dopiero teraz staję na nogi i łapię równowagę. odnajduję w tym wszystkim siebie...
rozwód... jakoś zwasze to słowo ma wszędzie negatywny wydźwięk.
a właśnie wcale tak nie musi być...
Komentarze: 2 pokaż »
2009-01-13 20:25
żeby mi się chciało tak bardzo... jak mi się nie chce...
poranne wstawanie...
jedna wielka masakra.
rano jestem półprzytomna. potrzebuję trochę czasu, aby dojść do siebie i aby mój mózg zaczął jako tako funkcjonować...
ostatnio koleżanka z pracy opowiała o swojej córce... miałam oczy jak melony... dziewczyna ma prawie 18 lat... i czasami wstaje sobie "trochę" wcześniej aby sobie głowę umyć... poczytać sobie... czy porobić cośtam innego... to "trochę" to jest np. godzina 5 rano. albo i wcześniej.
toż to noc ciemna!
no. nareszcie schowałam choinkę. :/ moje dziecię jakoś nie wykazało chęci współpracy w tym temacie. dostała od ukochanego teraz tatusia nową komórkę i non stop "tłucze" jakieś piosenki dody.
poranne wstawanie...
jedna wielka masakra.
rano jestem półprzytomna. potrzebuję trochę czasu, aby dojść do siebie i aby mój mózg zaczął jako tako funkcjonować...
ostatnio koleżanka z pracy opowiała o swojej córce... miałam oczy jak melony... dziewczyna ma prawie 18 lat... i czasami wstaje sobie "trochę" wcześniej aby sobie głowę umyć... poczytać sobie... czy porobić cośtam innego... to "trochę" to jest np. godzina 5 rano. albo i wcześniej.
toż to noc ciemna!
no. nareszcie schowałam choinkę. :/ moje dziecię jakoś nie wykazało chęci współpracy w tym temacie. dostała od ukochanego teraz tatusia nową komórkę i non stop "tłucze" jakieś piosenki dody.
Komentarze: 0
2009-01-12 19:07
zgroza mnie ogarnęła :/
jakoś ostatnio nie zwracałam uwagi na mój samochód.
a dzisiaj, gdy wychodziłam z pracy...
patrzę...
mój samochód przybrał szare miejskie-maskujące barwy.
zaczął upodabniać się do podłoża.
było widać jeszcze, że jest koloru granatowego...
w najbliższym czasie odwiedzę myjkę. i rzecz jasna - tradycji stanie się zadość - po umyciu samochodu z pewnością spadnie śnieg z deszczem, albo coś w tym rodzaju.
czekam na lato. wtedy czasami jeżdżę do dziadków na wieś i wyżywam się podczas pucowania mojej "żaby". lubię myć samochody. lubię czyścić je w środku.
i tak ogólnie - to lubię samochody. lubię jeździć.
jakoś ostatnio nie zwracałam uwagi na mój samochód.
a dzisiaj, gdy wychodziłam z pracy...
patrzę...
mój samochód przybrał szare miejskie-maskujące barwy.
zaczął upodabniać się do podłoża.
było widać jeszcze, że jest koloru granatowego...
w najbliższym czasie odwiedzę myjkę. i rzecz jasna - tradycji stanie się zadość - po umyciu samochodu z pewnością spadnie śnieg z deszczem, albo coś w tym rodzaju.
czekam na lato. wtedy czasami jeżdżę do dziadków na wieś i wyżywam się podczas pucowania mojej "żaby". lubię myć samochody. lubię czyścić je w środku.
i tak ogólnie - to lubię samochody. lubię jeździć.
Komentarze: 0
2009-01-11 18:46
dzisiaj po basenie pojechałam do bratowej.
zamówiłyśmy sobie pizzę i rozsiadłyśmy się na kanapie. a w dvd ruszyła płytka z "lejdis".
film typowo babski. był fajny, podobał mi się. ale muszę stwierdzić, że był przereklamowany.
o wiele bardziej podoba mi się "testosteron". świetne teksty :)
ogólnie to wiem, że relacje damsko-męskie były pokazane w sposób mocno przerysowany.
ale tak się zaczęłam zastanawiać, czy aby rzeczywiście?...
czy przypadkiem nie spotykają nas czasami sytuacje, które możnaby umieścić w którymś z tych filmów i doskonale by tam pasowały? a w tych filmach poprostu zostały zebrane do kupy?
hhhhmmmm.....
nie byłam jeszcze wtedy mężatką. byłam z moim "ex" na imprezie u mojej dobrej koleżanki (tak mi się wtedy wydawało). ona była jakoś rok po ślubie.
leciał jakiś wolny kawałek. ja tańczyłam z jej mężem. ona obok z kimś innym.
wiedziałam, że się facetowi bardzo podobam. ale w tym tańcu przesadzał z okazywaniem mi tego. :/ co chwila jego ręce wędrowały mi pod bluzkę... i specjalnie się z tym nie krył. i gdybym mu tylko pozwoliła, to nie zdziwiłabym się, gdyby na oczach swojej żony nie przycisnął mnie do ściany i nie zaczął mocniejszych działań. :/
albo...
na innej imprezie z ich uczestnictwem mój "ex" wysłuchiwał rozważań mojej koleżanki jakich to kochanków chciałaby mieć w jakichś konkretnych sytuacjach życiowych.
i o ile znam tę koleżankę... to pewnie sobie niejednego znalazła. a już po tym, jak sobie powiększyła biust to z pewnością.
zamówiłyśmy sobie pizzę i rozsiadłyśmy się na kanapie. a w dvd ruszyła płytka z "lejdis".
film typowo babski. był fajny, podobał mi się. ale muszę stwierdzić, że był przereklamowany.
o wiele bardziej podoba mi się "testosteron". świetne teksty :)
ogólnie to wiem, że relacje damsko-męskie były pokazane w sposób mocno przerysowany.
ale tak się zaczęłam zastanawiać, czy aby rzeczywiście?...
czy przypadkiem nie spotykają nas czasami sytuacje, które możnaby umieścić w którymś z tych filmów i doskonale by tam pasowały? a w tych filmach poprostu zostały zebrane do kupy?
hhhhmmmm.....
nie byłam jeszcze wtedy mężatką. byłam z moim "ex" na imprezie u mojej dobrej koleżanki (tak mi się wtedy wydawało). ona była jakoś rok po ślubie.
leciał jakiś wolny kawałek. ja tańczyłam z jej mężem. ona obok z kimś innym.
wiedziałam, że się facetowi bardzo podobam. ale w tym tańcu przesadzał z okazywaniem mi tego. :/ co chwila jego ręce wędrowały mi pod bluzkę... i specjalnie się z tym nie krył. i gdybym mu tylko pozwoliła, to nie zdziwiłabym się, gdyby na oczach swojej żony nie przycisnął mnie do ściany i nie zaczął mocniejszych działań. :/
albo...
na innej imprezie z ich uczestnictwem mój "ex" wysłuchiwał rozważań mojej koleżanki jakich to kochanków chciałaby mieć w jakichś konkretnych sytuacjach życiowych.
i o ile znam tę koleżankę... to pewnie sobie niejednego znalazła. a już po tym, jak sobie powiększyła biust to z pewnością.
Komentarze: 1 pokaż »
2009-01-10 22:21
powoli robię się jakaś spokojniejsza wewnętrznie. już więcej pojawia się we mnie optymistycznych myśli, niż tych dołujących.
boję się przyszłości. z tak wielu stron może się wszystko walić... na tak wiele ważnych spraw nie mam najmniejszego wpływu...
ale jakoś myślę, że każdy ma swój limit łez do wypłakania, smutków do wysmucenia... i potem gdzieś zawsze pojawi się słońce. uczę się wierzyć, że będzie dobrze.
często myślę, że zmarnowałam sobie kilkanaście lat życia przy młodym... mój wewnętrzny głos aż krzyczał, że ten związek jest bez sensu... ale było tyle racjonalnych przesłanek... tyle punktów na tak. na nie było "tylko" moje wnętrze.
wokoło mnie odkąd pamiętam było i nadal jest tyle "wielkich miłości", które teraz wyszarpują sobie wnętrzności...
chciałam uniknąć losu ludzi, którzy dali się ponieść "miłosnemu zaślepieniu" i starałam kierować się "racjonalnymi" przesłankami.
jak widać z marnym skutkiem. ale przynajmniej nauczyłam się paru rzeczy. pozbyłam się paru złudzeń.
tak ogólnie to chciałoby się mieć męskie ramię do przytulenia... ale jak sobie pomyślę, że po raz kolejny będzie mi się coś tylko wydawało i będą miłe złego początki... to mi się odechciewa.
ciągle zastanawiam się czy jest sens ryzykować?
jakie człowiek ma szanse na prawdziwe szczęście w związku?
mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że jeżeli zbilansuje się wszystkie plusy i minusy w małżeństwie i wyjdzie zero - to już jest bardzo dobrze.
może według niego...
dla mnie wynik zerowy świadczy o bezsensie istnienia takiego związku. u mnie bilans musi wychodzić na plus. związek ma wnosić do mojego życia coś dobrego.
a jakie są szanse na znalezienie odpowiedzniego człowieka??? bo jestem pewna, że ktoś taki istnieje...
więc... to jest tak jak z szóstką w totolotka. słyszałam, że ludzie wygrywają... ale nie znam nikogo, kto trafiłby chociaż piątkę... o szóstce nawet nie wspomnę...
boję się przyszłości. z tak wielu stron może się wszystko walić... na tak wiele ważnych spraw nie mam najmniejszego wpływu...
ale jakoś myślę, że każdy ma swój limit łez do wypłakania, smutków do wysmucenia... i potem gdzieś zawsze pojawi się słońce. uczę się wierzyć, że będzie dobrze.
często myślę, że zmarnowałam sobie kilkanaście lat życia przy młodym... mój wewnętrzny głos aż krzyczał, że ten związek jest bez sensu... ale było tyle racjonalnych przesłanek... tyle punktów na tak. na nie było "tylko" moje wnętrze.
wokoło mnie odkąd pamiętam było i nadal jest tyle "wielkich miłości", które teraz wyszarpują sobie wnętrzności...
chciałam uniknąć losu ludzi, którzy dali się ponieść "miłosnemu zaślepieniu" i starałam kierować się "racjonalnymi" przesłankami.
jak widać z marnym skutkiem. ale przynajmniej nauczyłam się paru rzeczy. pozbyłam się paru złudzeń.
tak ogólnie to chciałoby się mieć męskie ramię do przytulenia... ale jak sobie pomyślę, że po raz kolejny będzie mi się coś tylko wydawało i będą miłe złego początki... to mi się odechciewa.
ciągle zastanawiam się czy jest sens ryzykować?
jakie człowiek ma szanse na prawdziwe szczęście w związku?
mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że jeżeli zbilansuje się wszystkie plusy i minusy w małżeństwie i wyjdzie zero - to już jest bardzo dobrze.
może według niego...
dla mnie wynik zerowy świadczy o bezsensie istnienia takiego związku. u mnie bilans musi wychodzić na plus. związek ma wnosić do mojego życia coś dobrego.
a jakie są szanse na znalezienie odpowiedzniego człowieka??? bo jestem pewna, że ktoś taki istnieje...
więc... to jest tak jak z szóstką w totolotka. słyszałam, że ludzie wygrywają... ale nie znam nikogo, kto trafiłby chociaż piątkę... o szóstce nawet nie wspomnę...
Komentarze: 4 pokaż »
2009-01-09 19:27
niektórzy kierowcy wykazują zadziwiającą wiarę w umiejętności prowadzenia samochodów u innych kierowców...
chodzi mi o ruszanie pod górkę.
korki na takiej górce zaliczam codziennie jadąc do pracy.
zawsze pilnuję odpowiedniej odległości od poprzedzającego mnie samochodu. czasami myślę, że nawet przesadzam z tą odległością. nie wiem przecież, czy przede mną jest wprawiony kierowca, czy wystraszony "zielony listek".
tak samo ci za mną nie wiedzą, jak ja jeżdżę.
nie mam problemów z ruszaniem pod górkę. ale ci z tyłu o tym nie wiedzą. i czasami stanie za mną taki baran... praktycznie zderzak w zderzak. i nie pomyśli, że mogę być taką wystraszoną dziewczyninką, która właśnie odebrała prawko...
chodzi mi o ruszanie pod górkę.
korki na takiej górce zaliczam codziennie jadąc do pracy.
zawsze pilnuję odpowiedniej odległości od poprzedzającego mnie samochodu. czasami myślę, że nawet przesadzam z tą odległością. nie wiem przecież, czy przede mną jest wprawiony kierowca, czy wystraszony "zielony listek".
tak samo ci za mną nie wiedzą, jak ja jeżdżę.
nie mam problemów z ruszaniem pod górkę. ale ci z tyłu o tym nie wiedzą. i czasami stanie za mną taki baran... praktycznie zderzak w zderzak. i nie pomyśli, że mogę być taką wystraszoną dziewczyninką, która właśnie odebrała prawko...
Komentarze: 0
2009-01-06 23:18
jak człowiek jest przemarznięty... to co najlepiej pomaga???
:) gorąca kąpiel!!!
nie wyobrażam sobie, aby w domu nie było wanny tylko sama kabina prysznicowa.
uwielbiam takie długie leniuchowanie w wodzie. :) niejednokrotnie moczę się zbyt długo i muszę robić dolewkę gorącej wody.
a do wody... taka pachnąca piana.... albo olejki...
a dzisiaj do wody dorzuciłam sobie soli o aromacie lawendy.
cudnie mi się leżało :)
posiadanie wanny jest niezbędne zwłaszcza w zimie. i tak ogólnie to najlepiej gdyby była duża.
zima to u mnie sezon na zbyt długie, gorące kąpiele. hmm... niekiedy zbyt gorące. no i wychodzę wtedy z wody czerwona jak burak. :) ale nic to!
:) gorąca kąpiel!!!
nie wyobrażam sobie, aby w domu nie było wanny tylko sama kabina prysznicowa.
uwielbiam takie długie leniuchowanie w wodzie. :) niejednokrotnie moczę się zbyt długo i muszę robić dolewkę gorącej wody.
a do wody... taka pachnąca piana.... albo olejki...
a dzisiaj do wody dorzuciłam sobie soli o aromacie lawendy.
cudnie mi się leżało :)
posiadanie wanny jest niezbędne zwłaszcza w zimie. i tak ogólnie to najlepiej gdyby była duża.
zima to u mnie sezon na zbyt długie, gorące kąpiele. hmm... niekiedy zbyt gorące. no i wychodzę wtedy z wody czerwona jak burak. :) ale nic to!
Komentarze: 0
2009-01-04 19:36
siedzę i piję piwo.
jakiś czas temu miałam fazę na malinowo-wiśniowe freeq i redds.
teraz naszło mnie na heinekena. orzeźwia mnie. gasi pragnienie.
jak się pije sporadycznie to się jest "ekonomicznym".
poszło już pół piwa a mi w głowie szumi. już? dopiero!!!
:) dużo mi nie trzeba!
lubię też rozmaite drinki. oczywiście... już nie pamiętam kiedy piłam coś fajnego. :/
zastanawiam się, co tak wielu ludziom podoba się w piciu czystej wódki.
nie mogę tego pojąć. przecież to jest ochydne!
chlup do gardła! i czekam na efekt. i jeszcze kolejne chlup! aby efekt był szybszy.
bezsens.
dla mnie picie alkoholu ma być przyjemnością.
lubię sączyć powoli... lubię czuć smak...
jakiś czas temu miałam fazę na malinowo-wiśniowe freeq i redds.
teraz naszło mnie na heinekena. orzeźwia mnie. gasi pragnienie.
jak się pije sporadycznie to się jest "ekonomicznym".
poszło już pół piwa a mi w głowie szumi. już? dopiero!!!
:) dużo mi nie trzeba!
lubię też rozmaite drinki. oczywiście... już nie pamiętam kiedy piłam coś fajnego. :/
zastanawiam się, co tak wielu ludziom podoba się w piciu czystej wódki.
nie mogę tego pojąć. przecież to jest ochydne!
chlup do gardła! i czekam na efekt. i jeszcze kolejne chlup! aby efekt był szybszy.
bezsens.
dla mnie picie alkoholu ma być przyjemnością.
lubię sączyć powoli... lubię czuć smak...
Komentarze: 1 pokaż »
2009-01-01 12:42
no i licznik pyknął.
co przyniesie ze sobą nadchodzący rok?
...nie wiem...
ale mam nadzieję, że życie samo będzie mi podpowiadało dobre ścieżki... a ja będę umiała je dostrzec.
chcę w sobie pielęgnować wiarę, że będzie dobrze. i nawet jeżeli jest pod górkę, to wszystko podąża w dobrym kierunku.
co przyniesie ze sobą nadchodzący rok?
...nie wiem...
ale mam nadzieję, że życie samo będzie mi podpowiadało dobre ścieżki... a ja będę umiała je dostrzec.
chcę w sobie pielęgnować wiarę, że będzie dobrze. i nawet jeżeli jest pod górkę, to wszystko podąża w dobrym kierunku.