niedziela, 13 września 2015

Ja - rys historyczny 2010


2010-12-31 23:23
Komentarze: 3 pokaż »
2010-12-31 15:44
no i już niedługo pyknie licznik... i jakoś mnie to nie ekscytuje.
czy i co przyniesie ze sobą kolejny rok?.... a któż to wie.... będzie się żyło jak do tej pory. zmieni się tylko cyferka w roku.
Komentarze: 0
2010-12-29 13:18
tak... Beauty....
spadam...
też...

www.youtube.com/watch

Komentarze: 1 pokaż »
2010-12-26 10:55
dzisiaj podali w tvn24 informację o zatrzymaniu pijanych "rodziców". w mieszkaniu było zaniedbane i głodne 4-miesięczne dziecko. ta para miała już odebrane prawa rodzicielskie do dwójki starszych dzieci....

WYSTERYLIZOWAĆ TAKICH!!!!!!!!!

po co te zwierzęta mają płodzić kolejne dzieci? przecież oni są zapowiedzią kolejnego nieszczęścia. mało już było zaniedbanych, głodzonych i pobitych dzieci?

serce mi płacze, gdy słyszę wiadomości o takich dzieciach....  a z drugiej strony nie mam odrobiny litości dla takich "rodziców".
Komentarze: 0
2010-12-25 21:51
tvn7
"mexican"
kiedyś już oglądałam ten film i bardzo mi się podobał.
brad pitt gra tu ciapowatego bandytę, który dostaje od swojego szefa misję ostatniej szansy: ma odebrać w meksyku zabytkowy, drogocenny pistolet.
Komentarze: 0
2010-12-25 19:52
dzisiaj byłam trochę u mamy i tak sobie gadałyśmy. powiedziała,
że brat z żonką uważają (a raczej ona), że ja dziwaczeje, że nie mam
własnego życia... bo faceta nie mam.
tylko tak się zastanawiam, w czym ja dziwaczeję? mamie też nic do głowy
nie przychodziło w czym moje dziwactwo mogłoby się objawiać.
czy dziwaczeniem jest to, że mieszkam sama i jest mi tak wygodnie? czy
dziwactwem jest to, że sobie jakoś daję radę?
bratowa jest taka, że ona nawet sama w domu nie umie przebywać i jest
uczepiona kurczowo mojego brata... no a on już zaczyna powoli gadać jej
słowami.
czyli co? żeby być "normalną" mam się uczepić jakiegoś
faceta i sobie skomplikować bardziej życie?

jeszcze śmiać mi się wczoraj z bratowej chciało.... bo stwierdziła,
że jakby nie miała drugiej córci.... to ona nie wiedziałaby jak żyć.
zaśmiałam się tylko i powiedziałam, że żyłaby normalnie! chodziłaby
codziennie do pracy, zajmowałaby się córką, domem... byłoby normalne
życie. tak jak ja normalnie żyję.
a bratowej to wiecznie źle. jak pracowała to było źle, że musi
pracować.... a jak teraz siedzi w domu z małą... to też jęczy, że w
domu musi siedzieć, że brat pracuje a ona w domu ciągle pieluszkami
zajęta. a jeszcze tydzień temu dumna obwieściła, że brat coś
wspomninał, że jak ich młodsza pójdzie do przedszkola, to może
pomyśleliby o trzecim dziecku. ... co chwilę mówi co innego.

i już chyba mam etykietkę przez bratową przypiętą. :) ach... jak się tym przejęłam!


www.youtube.com/watch


Komentarze: 2 pokaż »
2010-12-17 16:46
wczoraj rano byłam w luxmedzie. pobierali mi krew do badań -
ginekolog mi kilka zlecił.  oczywiście u lekarza padło pytanie o drugie dziecko... bo wiek już "ten" prawie nadszedł, gdy kobieta w ciąży jest pod baczniejszą obserwacją....

trochę mnie rozbawiło zachowanie pielęgniarki pobierającej krew :)
zazwyczaj nikt się tam tak nie dopytuje - dopytywała się, jak się nazywam a
potem po chwili zastanowienia potwierdzała u mnie jeszcze datę urodzenia
:) coś chyba miała wątpliwości odnośnie mojego wieku z wyglądu :)

no i w tym tygodniu moim wiekiem troszkę zszokowałam kolegę z pracy :)
myślał, że jestem w jego wieku - czyli 23 latka

tak ogólnie to cieszę się, że mnie tak ludzie
"odmładzają". bawią mnie reakcje ludzi, gdy dowiadują się
ile mam lat.
czasami jednak przytrafia mi się, że ludzie traktują mnie z taką...
hhmmm.... tak mniej poważnie, z takim pobłażaniem... bo ja taka
młodziutka jestem...

i mój wygląd paradoksalnie kiedyś pogłębiał (i chyba wciąż tak jest) moje problemy z facetami....
mnie dwudziestokilkulatkowie nie interesują a widzę, że przyciągam ich uwagę.  moi równolatkowie jakoś kojażą mi się z niedojrzałością... "ex" i jego znajomi wystarczą mi za przykład.
no a moją uwagę przyciągają starsi ode mnie.... dla których jestem z wyglądu taka młodziutka.
w kontaktach z facetami był to mój drugi (obok  nieśmiałości i kompleksów) podstawowy problem. nie zwracali na mnie uwagi, bo widzieli dziecko.
miałam kiedyś takiego chłopaka....dosyć wysoki i nieźle "napakowany". kiedyś byliśmy nad jeziorem. ja bez makijażu, szczuplutka, włosy rozpuszczone... miałam wtedy 19 lat. jeden z jego kolegów wziął go na bok i zaczął nieźle opierdzielać za to, że się bierze za dzieci z podstawówki. - taki wiek mi dawano z wyglądu...


www.youtube.com/watch
Komentarze: 5 pokaż »
2010-12-13 23:26
właśnie oglądam "beats of freedom"....
leciała piosenka niemena "dziwny jest ten świat"... wciąż tak bardzo aktualna...

a potem to:

www.youtube.com/watch


"dorosłe dzieci" wciąż są cholernie aktualne. każde słowo.... każde...

ja nie wiem totalnie jak odnaleźć się w tym świecie.... nikt mnie nie nauczył... wbiłam się kiedyś w służbowy kostium, miałam uśmiech na twarzy i wiarę, że idę w dobrym kierunku...
nie umiem żyć w wyścigu szczurów.... nie umiem żyć w przyklejonym uśmiechem do twarzy, bo trzeba dbać o swój wizerunek... nie umiem kombinować.... nie umiem drapieżnie walczyć o swoje, nie umiem rozpychać się łokciami...

kiedyś był "wróg polityczny".... teraz też jest "wróg" tylko przybrał wiele innych postaci... prawo rynku, prawo korporacji, wyścig szczurów, "na twoje miejsce jest 10-ciu chętnych", jesteś za stary/a do pracy....

tak sobie słucham tekstów z lat 80-tych.... nic nie straciły na aktualności... nic...
Komentarze: 4 pokaż »
2010-12-11 22:29
"choć goni nas czas"

film się właśnie skończył... kończę ocierać łzy...
wspaniały film.
daje do myślenia....
... życie...
Komentarze: 4 pokaż »
2010-12-11 21:37
dzisiaj w pracy byłam zakręcona jak klusek świderek
:)
ale jakoś dałam radę.
klienci dzwonili bez przerwy. nie było chwili na złapanie oddechu, na uspokojenie myśli.
jutro z pewnością będzie spokojniej. mam do pracy na 14-tą. kończę o 22-giej... niestety...
no ale za to w poniedziałek i środę będę miała wolne :)


www.youtube.com/watch

Komentarze: 0
2010-12-10 20:11
dzisiaj był ostatni dzień szkolenia w pracy. 4 tygodnie to trwało.cała masa wiedzy, która niekoniecznie chciała wejść do głowy.... albo weszła i od razu uciekła. :/ a jutro idę już do pracy. trochę się boję... bo to obowiązki powiększone... i odpowiedzialność większa...
no ale jakoś dam sobie radę. :) powoli będę sobie wszystko w głowie układała po swojemu.
dzisiaj  dali nam do podpisywania umowy o pracę. tym razem do końca kwietnia. a kolejna będzie już na stałe.

przez czas szkolenia codziennie wstawałam o 6 rano. dla mnie było to bardzo męczące... jestem typem "sowy" - poranki są dla mnie ciężkie, za to lepiej czuję się wieczorami. rano musiałam też budzić córcię.... i zawsze jakoś niezwykle szybko uciekał nam w te poranki czas.... była wieczna gonitwa...
jutro idę do pracy na 10-tą, więc sobie trochę dłużej pośpię :)



www.youtube.com/watch

www.youtube.com/watch

www.youtube.com/watch
Komentarze: 2 pokaż »
2010-12-06 19:18
kto ze mną wypije?

www.youtube.com/watch

za lepsze jutro!


tradycyjne.... nie może być zbyt długo optymistycznie.
aktualnie pikuję w dół. mam nadzieję, że się nie rozpierdzielę o ziemię.
spadochron! spadochron konieczny!
jest tak źle, że może być już tylko lepiej... chyba że wpadnę w lot niski-poziomy.... to będę miała troszkę przechlapane.
... no ale... co mam wyryczeć... to muszę z siebie wywalić. ze łzami wylatują złe myśli, toksyny z mojej głowy...


ale, gdy jestem w takich niskich lotach, staram się bardziej o siebie dbać. choć tak prawdę mówiąc niekiedy już nie mam na to siły i sobie to odpuszczam.
ale staram się. wiem, że jak mam doła to moje zaniedbania w wyglądzie jeszcze bardziej takiego doła pogłębi.
w sobotę wymalowałam sobie ognistoczerwone pazurki i ozdobiłam jasnymi kwiatuszkami... makijaż robię sobie mocniejszy, uważniej dobieram ciuchy....
i.... wyglądam całkiem nieźle. i choć z tego powodu humor mi się trochę poprawia.
:)
Komentarze: 3 pokaż »
2010-12-01 20:17
ale przymroziło...
korki na ulicach straszliwe... już miałam okazję w nich postać.
wczoraj drzwi do samochodu mi przymarzły, więc wsiadałam do środka przez bagażnik.
zeszłej zimy też miałam taką sytuację. :) dobrze, że nie mam sedana.
a dzisiaj rano już mi "żaba" nie odpaliła....
gdy pod wieczór wróciłam do domu, spróbowałam odpalić -  udało się.
ale jutro rano i tak pojadę na szkolenie autobusem. stanie w korkach i tak mnie czeka - może nawet mniejsze, bo kierowcy autobusów nie czekają grzecznie w korku na właściwym pasie ruchu.... korzystają z każdej możliwości szybszego podjechania i na siłę wpychają się między samochody na właściwy pas. ja swoją "żabą" stoję grzecznie na właściwym pasie...
no a poza tym... ulice są nieźle oblodzone, w nocy ma cały czas padać (teraz nieźle sypie) i jutro w ciągu dnia też ma sporo padać... a jeszcze jak widzę, jak niektórzy kierowcy sobie ledwo radzą w takich warunkach...  ja sobie radzę całkiem nieźle w takich warunkach i bardziej boję się, że we mnie ktoś strzeli....
przypomnę sobie, jak to jest w autobusach, jak to się czeka na przystankach :)
Komentarze: 3 pokaż »
2010-11-28 21:24
"ex" wrócił z egiptu...
córcia była w ten weekend u niego. wróciła.... taka jakaś... rozbita.
ciężko było się z nią początkowo dogadać.
ale jak się wyprzytulałyśmy... jak się powściekałyśmy, wywariowałyśmy... wszystko wróciło do normy.
stwierdziłam, że córcię muszę zapisać na jakieś zapasy, czy coś.... normalnie skubana ma tyle siły! jak się rzuciła na mnie, zaczęła przygniatać, ręce wykręcać! ale dałam radę! :)

córcia okazała lekkie "zadowolenie" egipskimi  prezentami od taty.... dostała garść muszelek, tandetną bransoletkę z kolorowymi szkiełkami i równie tandetny wisiorek do łańcuszka (ale łańcuszka już nie dostała)
nic nie mówiła o tym, co opowiadał tata, co było na zdjęciach. ja nie dopytywałam.
... myślę, że za jakiś czas sama wróci do tematu... no i się rozklei.


ale dzisiaj - była niezła zabawa wieczorem :)


www.youtube.com/watch

Komentarze: 1 pokaż »
2010-11-27 15:45
właśnie usłyszałam w tv, że kościół uważa in vitro na działanie niezgodne z prawami natury.
za każdym razem, gdy słyszę, że coś jest niezgodne z prawami natury.... przychodzi mi do głowy pewna sytuacja....
rodzi się dziecko. ma wrodzoną wadę serca, która szybko doprowadzi dziecko do śmierci....
- lekarze operując to dziecko działają przecież wbrew naturze!
działając w zgodzie z naturą - takie dziecko powinno umrzeć. tak zostało stworzone! a operacja takiego dziecka, wg mnie chyba jest działaniem wbrew woli boga, w którego ludzie wierzą!
kościól powinien to potępić!

taaa.... to jest taka hipokryzja... podpierają się argumentem praw natury, ale tylko w kwestiach, które są dla nich wygodne.
równie dobrze można powiedzieć - jak cię boli głowa, to cierp, bo branie tabletek przeciwbólowych jest niezgodne z naturą. a jak dostaniesz zawału i będą potrzebne bajpasy, to zapomnij! zapomnij też o zastawce w sercu - to ingerencja w naturę! a jak dziecku będzie rosła krótsza jedna noga, to też zapomnij o ingerencji lekarzy! - tak chciała natura!


i tak mi się przypomniał jeszcze taki tekst, który kiedyś usłyszałam od wegetarian...
kiedyś usłyszałam, że jak ktoś chce jeść mięso, to powinien sam zabijać zwierzę....
a ja się zapytam....
czy wegetarianie mają pola obsiane zbożem, kapustą i marchewką? sami produkują mąkę a potem pieką chleb?
nie.
idą do sklepu i kupują.
to dlaczego ja nie mogę pójść do sklepu aby kupić mięso?

a tak jeszcze wracając do futer, skórzanych butów, kurtek....
niby lepiej nosić sztuczne?
tak???
nie wiem, jak to jest przy produkcji naturalnego i sztucznego futra - ile jest przy tym wytwarzanych chemicznych odpadów, jak bardzo jest to szkodliwe dla środowiska.
no ale proces rozkładu sztucznych rzeczy jest zdecydowanie dłuższy.
dlaczego odchodzi się od foliowych reklamówek i woreczków? dlaczego lepsze są papierowe?



www.youtube.com/watch


Komentarze: 5 pokaż »
2010-11-26 22:45
leżę sobie wyciągnięta na łóżku (pościel tym razem czerwona, jakby cię to Er zainteresowało :))
na tvn - "w sieci zła"
wiele lat temu oglądałam ten film po raz pierwszy.
teraz już wiem o co chodzi, ale znowu z przyjemnością go obejżę.
bardzo spodobała mi się piosenka stonesów. wtedy znalazłam też jeszcze jedną, którą bardzo polubiłam,  chyba nawet bardziej.


www.youtube.com/watch

www.youtube.com/watch

Komentarze: 2 pokaż »
2010-11-25 20:41
gdy byłam dzisiaj u rodziców, oglądałam teleexpress na tvp1.
była tam króciutka relacja z protestu przeciwko naturalnym futrom.
ludzie się porozbierali, były hasła, że wolą być nadzy niż nosić naturalne futra.... bo są one okupione cierpieniem niewinnych zwierząt.
i tak sobie popatrzyłam na buty tych ludzi.....
jeszcze nie spotkałam się z tym aby glany produkowali z tworzyw sztucznych.
jakoś cierpienie zwierząt nie przeszkadza im w chodzeniu w skórzanych butach.
podobnie jest z ludźmi, twierdzącymi, że nie chcą zabijać zwierząt i dlatego są wegetarianami...
nieraz słuchałam wypowiedzi znanych pań, które z przejęciem mówiły o cierpieniu zwierząt i wegetarianiźmie....
taaaa..... ale w butkach skórzanych pomykały aż miło. i nie sądzę, aby torebki miewały tylko z tworzyw sztucznych... portponetki... etui na długopisy... paski.... rękawiczki... czy nawet kurtka skórzana... - wątpię, aby takie rzeczy nie pojawiały się w ich posiadaniu.

a ja mam króciutkie futerko i bardzo je lubię.
i buty skórzane też mam.
torebki nie... ale sobie kupię!


www.youtube.com/watch
Komentarze: 4 pokaż »
2010-11-21 21:30
Komentarze: 0
2010-11-21 20:55
trochę odpoczęłam w ten weekend.
a od jutra znowu zacznie się... moje niepoukładanie... walka ze zmęczeniem, z samą sobą, z moją codziennością.
ale nikt się nie pozna. znowu będę chodziła w uśmiechniętej masce.


www.youtube.com/watch
Komentarze: 6 pokaż »
2010-11-13 11:16
tak to jest...
jestem zmęczona.... bez sił i energii.
ciągle łykam jakieś witaminy, coś na wzmocnienie... wyniki badań krwi mam dobre...
dzisiaj nastawiłam sobie budzik na 9-tą. i nie wstałam od razu... musiałam dojść do siebie. teraz jestem już po kawce, ale wciaż jestem jakaś taka rozlazła. coś boląco szumi mi w głowie... jak łyknę coś przeciwbólowego, pewnie będzie lepiej.
dzisiaj idę na basen. chcę tak mocniej popływać... nie wiem, czy będę miała na to siłę.
a tak na codzień...
po pracy jestem zmęczona... najpierw muszę odstać swoje w korkach ...a potem zawsze czymś trzeba się zająć... a to zakupy, a to porządki, no i córcię muszę dopilnować wielotematowo...
brakuje mi sił na codzienność.... a co dopiero mówić o jakiejś innej aktywności...
nie wiem, na ile jest to sprawka boreliozy a na ile mojej ogólnej zdechlakowatości...


www.youtube.com/watch
Komentarze: 8 pokaż »
2010-11-12 18:58
fajnie, że polacy zdobyli tyle medali w kung-fu. no i w tym  mamy mistrza i dwukrotną  wicemistrzynię :)
jak sobie pooglądałam, to zatęskniłam za takim wysiłkiem, za treningami.
no fakt... krótko ćwiczyłam - tylko pół roku i do tego inną odmianę kung-fu. grupa nam się rozleciała z braku kasy na salę treningową. :(
kurde... jak sobie przypomnę sine, obolałe dłonie i przedramiona... a i warga rozbita się trafiła... a jak mi kiedyś brat przyłożył łokciem z półobrotu w nos... to cały gwiazdozbiór zobaczyłam :) okazało się, że  chyba mam bokserski nos, bo się nie złamał.
... brakuje mi takiego intensywnego wysiłku. takiego, że płuca mam wyplute i mięśnie odmawiają posłuszeństwa...  jak kiedyś chodziłam na aerobic, czy potem na basen - i miałam swojego kata-oprawcę-dyktatora (czyt. instruktorka, ratownik) - to do domu ledwo mogłam się dowlec ze zmęczenia... i uwielbiałam ten stan.
sama jakoś nie umiem się zmobilizować... człowiek gnuśnieje...

pamięta ktoś jeszcze ten film? ja pamiętam tylko, że się bili. nic więcej. ale muzyczka w głowie została.

www.youtube.com/watch
Komentarze: 4 pokaż »
2010-11-10 22:23
www.youtube.com/watch


www.youtube.com/watch


www.youtube.com/watch


i nawet pisać mi się nie chce... po co pisać, gdy są takie nuty...
lepiej zamknąć oczy i poddać się dźwiękom...
Komentarze: 4 pokaż »
2010-11-07 16:58
wczoraj kupowałam z ojcem drukarkę, a raczej urządzenie wielofunkcyjne. ma to być prezent urodzinowy dla mojej córci. (a i mi się to przyda:))

chce mi  się z tego śmiać... ale się zgodziłam, bo znam bratową... mama prosiła, aby jej powiedzieć (może robić podchody, żeby się dowiedzieć), że kosztem drukarki podzieliliśmy się po połowie... byłyby dąsy i "cicha pretensja" o to, że rodzice wydali większą kwotę na moją córcię niż na jej... eeeehhhh... dziecinada... ale taka jest bratowa.

a ostatnio to mieliśmy z niej niezły ubaw. (ona o tym nie wie, że mnie to strasznie rozśmieszyło, gdy mi mama opowiadała). brat specjalnie tak wyjeździł benzynę w samochodzie, że zostawił w baku praktycznie opary... i taki samochód zostawił żonce a musiała w kilka miejsc pojechać.... no i "biedaczka" pod groźbą zatrzymania się na środku ulicy... została w ten sposób zmuszona do samodzielnego zatankowania paliwa.

podobno strasznie się wściekała, miała wielkie pretensje do mojego brata. no bo jak on mógł tak ją z tym zostawić?! :) a brat się z tego tylko śmiał :) moi rodzice też, ale nie mogli zbytnio okazywać rozbawienia.

he he...


www.youtube.com/watch

właśnie kupiłam sobie tą płytkę. super się słucha....
Komentarze: 2 pokaż »
2010-11-06 19:39
www.youtube.com/watch


zapuszczam włosy.
kiedyś miałam długie, kiedyś miałam do ramion...
ostatne moje długości to był króciuteńki jeżyk z drobnymi pazurkami, wiecznie poczochrany na różne strony.
teraz mam włosy sięgające za ramiona.
patrzyłam dzisiaj na siebie w lustrze... miałam rozpuszczone włosy.
wróciły wspomnienia z czasów, gdy miałam taką długość...
nienajlepsze wspomnienia... o zagubieniu, smutku, niepoukładaniu, depresji...
to był zły czas.... a te włosy mi to przypominają.
chcę mieć takie długie, jak jeszcze w ogólniaku...
 tylko czy wtedy będę z nimi czuła się dobrze?
... znowu coś mi będą przypominały... znowu nienajlepsze wspomnienia, nic pozytywnego...
a takie króciutkie.... wyglądałam nieco ostrzej, choć wciąż widać było delikatność rysów twarzy... to był czas zmian, ciężki czas....
teraz, z dłuższymi włosami podobno wyglądam bardziej delikatnie, łagodnie, bardziej kobieco...
wyglądam "grzeczniej". a mam dość tej mojej łagodności.
mam dość siebie takiej, jaka jestem.
wczoraj dopadły mnie wspomnienia, przemyślenia o sobie. wnioski tradycyjnie nienajlepsze.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 3 pokaż »
2010-11-05 23:09
Komentarze: 1 pokaż »
2010-11-04 09:50
mocy przybywaj! gdzieś ty się podziała? czemuś mnie opuściła?!
siedzę.
ale zaraz się położę.
wypiłam kawę i nadaję się tylko do spania.
do pracy mam na 13-tą, więc mam czas....
ziewam...
ręce opadają...
nogi opadają...
mózg jeszcze jakoś funkcjonuje...
ciśnienie krwi chyba jest w zaniku...
... dobrze, że jutro wzięłam sobie wolne.... snując się po domu popchnę do przodu kilka domowo-porządkowych tematów.

jak sobie dodać "pałera"?

www.youtube.com/watch
Komentarze: 6 pokaż »
2010-10-31 11:02
jest tak odkąd pamiętam...
jestem ustawicznie zagubiona, gdy chodzi o zmianę czasu.
nigdy nie pamiętam, kiedy dokładnie odbywa się to przestawianie... a tym bardziej nie pamiętam w którą stronę należy przestawić zegarek.
ratuje mnie tv i komp.
:)


ciekawa jestem, jak to będzie wyglądało jutro.... tak prawdę mówiąc nie pamiętam, jak było w zeszłym roku.
mieszkam przy cmentarzu. ciekawe, czy nie będę miała problemów z wyjechaniem rano do pracy a  gdy wrócę, czy znajdę miejsce do zaparkowania.


www.youtube.com/watch
Komentarze: 8 pokaż »
2010-10-30 23:20
przemijanie...
tak sobie myślę...
przemijanie jest codziennie.
"istnieje" nie tylko w święto zmarłych.
przemijanie jest na wiosnę... i w upalny letni dzień
przemijanie jest właśnie teraz.


www.youtube.com/watch




Komentarze: 2 pokaż »
2010-10-26 15:08
a córcia się znowu rozlkeiła.
ma żal do taty, że jej nic nie mówi o swoich planach... tylko o wszystkim dowiaduje się, gdy przez przypadek usłyszy  jak z kimś rozmawia....
teraz płakała, że tata mówił, że zamierza się zaręczyć na egipskiej plaży... ma żal, że jej o tym nie powiedział... tylko gdzieś przez przypadek usłyszała.
no i ogólnie córcia jakoś nie może przeboleć tego, że tata nie miał dla niej czasu w wakacje, że nigdzie jej nie zabrał, a teraz leci do egiptu...

kto by pomyślał, że "ex" taki romantyczny się zrobił! pierścionek kupiony u jubilera, piękny wyjazd, plaża, zaręczyny... no cóż. wiem od córci, że "wybranka" ma swoje wymagania. ma jakieśtam stanowisko, na brak kasy nie narzeka... więc "ex" skacze wokoło niej.... taka mu imponuje.
... bo do mnie kiedyś wprost powiedział: pracownicy twojego banku mają betonowe umysły, to i ich nikt nie chce zatrudniać! ja się na tym znam, bo sam robię rekrutacje!
... no i jak facet ma takie zdanie o swojej kobiecie... że ma betonowy umysł... to czego tu chcieć... i w dodatku kiepsko zarabia, nie ma dobrej pozycji, nie ma znajomości...



patrzę na to co się dzieje w polityce. kiedyś myślałam, że większego bagna już nie ma....
a tu???!!!
cóż za niespodzianka!
jest jeszcze bardziej bagnisto i śmierdząco!
chyba przestanę oglądać tvn24....
... a wybory samorządowe się zbliżają.... raczej nie pójdę.
miasto już oplakatowane. kolorowy syf na ulicach.... obce, ugrzecznione twarze starają się uwodzić.... dla mnie to tylko zmarnowany papier i farba. nic więcej.
powoli człapią też wybory parlamentarne... kolejny cyrk.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 3 pokaż »
2010-10-22 11:24
wczoraj córcia mi się znowu rozkleiła...

co usłyszałam?...

mamusiu... tata przecież mówił wcześniej, że nie może dostać urlopu, bo ma remont hurtowni... i nigdzie mnie nie mógł zabrać, bo urlopu mu nie dawali... a mówił, że remont hurtowni ma do końca listopada... a 15-go listopada leci do egiptu... to jednak mógł wziąść urlop... to wcześniej mnie okłamywał, bo przecież jeździł z A. (wybranka) nad morze i do zakopanego...
i teraz powiedział, że już nie będzie miał żadnego wolnego dnia... bo na egipt przeznaczył cały urlop... i już nigdzie mnie nie zabierze... i w wakacje na zamki mieliśmy jechać... a teraz to już nigdzie nie pojedziemy

słuchałam.... córcia płakała... przylulałam ją...

przykre słuchać, jak tata okłamuje swoją córkę....

córcia jest coraz starsza, coraz więcej rozumie...



www.youtube.com/watch


Komentarze: 6 pokaż »
2010-10-21 12:22
no właśnie....
skąd wiadomo, że facet jest zakochany w kobiecie po uszy? tak naprawdę, całym sobą?
... a nie chodzi tylko o to, że kobieta służy mu jedynie do podbudowania jego ego, do pochwalenia się przed kolegami i do stworzenia "szablonowej" rodziny, na zasadzie: bo tak trzeba.
przecież "ex" ze łzami w oczach mówił mi, jak bardzo mnie kocha, jak bardzo mu zależy....
wychodzi na to, że daleko posuniętą naiwnością jest wiara w takie słowa, wiara w dobre intencje....
może ja jestem takim naiwniakiem, który chce wierzyć w dobre intencje i szczerość.
może liczy się tylko dobre pieprzenie się w łóżku i kto ile kasy może dla siebie ukręcić......
a ja tu wyskakuję z jakimiś farmazonami o uczuciach, emocjach i takich innych bzdurach...

www.youtube.com/watch

Komentarze: 1 pokaż »
2010-10-19 20:59
córcia mi się dzisiaj znowu rozkleiła...
powiedziała, że 15-go listopada tata jedzie z wybranką do egiptu.
jadą na 2 tygodnie do 5-cio gwiazdkowego hotelu z dwoma basenami.
córcia się rozżaliła, bo on jej w tym roku nigdzie nie zabrał... nie wyjechali nawet na fajny weekend... tylko obiecywał... mówiła też, że tata tylko wzdycha mówiąc: no kiedy ja
ciebie zabiorę na zamki... czasu ciągle nie mam....
miała mu za złe, że jak nas zabrał do chorwacji (gdy byliśmy małżeństwem) - mieszkałyśmy w
taniutkim pensjonaciku i jedliśmy jedzenie ze słoiczków przywiezionych ze sobą i nawet na
pizzę było mu szkoda pieniędzy...  (a zarabiał wtedy bardzo dobrze...)

coś mi się zdaje, że "ex" będzie się zaręczał podczas tego wyjazdu. kiedyś córcia wspominała, że tata chodził z wybranką po salonach jubilerskich za pierścionkiem.


tak sobie słucham czasami, jak córcia opowiada o wybrance taty.... no i wychodzi mi na to... że wobec faceta trzeba stale mieć jakieś oczekiwania i wymagać ich spełniena. trzeba mu pokazywać, że byle czym się nie zadowolę...
kurczę... a ja głupia cieszyłam się jak gdzieś pojechaliśmy... wtedy wynajdowaliśmy tanie noclegi i jadło się niezbyt wyszukanie: puszki i słoiczki... a mogłam się upierać, że chcę nocować w gwiazdkowych hotelach...
kurde...
a na pierścionek zaręczynowy dostałam taki złoty pierścionek kupiony od ruskich... a mogłam go pogonić z tym... mogłam wymagać...
i takich: mogłam żądać spełnienia moich wymagań... jest tak wiele...

jak ktoś umie egzekwować to co chce, na czym mu zależy - może się nieźle w związku ustawić.


www.youtube.com/watch


Komentarze: 3 pokaż »
2010-10-17 12:40
znowu nachodzą mnie wnioski nienajciekawsze... ale to już taka norma u mnie.
no cóż... to są fakty...- wiek już jakiś mam... a jakie mam perspektywy przed sobą...?
nie potrafię... i nigdy tego nie umiałam... nie potrafię pokierować swoim życiem... kurde... nawet teraz... pracuję w miejscu, w którym nie chcę pracować... bo nie umiałam sobie znaleźć nic innego...
nie potrafię zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji...
nie potrafiłam zadbać o swoje wykształcenie, bo nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić... nie mam konkretnych umiejętności, wiedzy, kwalifikacji... a z tym łączy się niemożnosć znalezienia pracy, która dawałaby poczucie spełnienia, stabilizacji....
nie potrafiłam wybrać sobie faceta, z którym naprawdę chcę żyć, tylko uczepiłam się takiego, który mi nie odpowiadał... bo bałam się, że nikt inny mnie nie zechce...

nie umiałam kierować swoim życiem... nie umiałam podejmować świadomych decyzji....
a rozwód z mojej inicjatywy?... tak... był... ale to był akt desperacji... decyzja nie na zasadzie, co będzie dla mnie lepszym rozwiązaniem... ale decyzja na zasadzie... która z sytuacji bardziej mnie przeraża... życie pod jednym dachem z facetem do którego czuję odrazę, czy samotne borykanie się z życiem... to była ucieczka od tego, czego bardziej się boję...

czy kiedykolwiek będę miała poczucie, że to ja prowadzę swoje życie? ... że idę w kierunku, który sobie wybrałam...
latka lecą a ja nadal się szamoczę.... całkowicie bez sensu...



www.youtube.com/watch




Komentarze: 5 pokaż »
2010-10-16 15:35
magazyn "sens"
(regularnie czytam... jestem ustawicznym poszukiwaczem sensu....)

przeczytałam artykulik o ksywkach...

"Koniu, Krosta czy Tulipan? Przezwiska mają wielką moc. Wpływają na życie człowieka, niosą o nim informację. I czynią go interesującym."

"Po wielu latach używania przezwiska człowiek tak bardzo się z nim identyfikuje, że trudno ustalić, kto za kim podąża - przezwisko za człowiekiem czy człowiek za przezwiskiem."

"Po rozpadzie związku, znajomości czy nieudanym kontakcie, w ramach radzenia sobie z frustracją, przezywamy innych, a nasze otoczenie, chcąc dać wyraz swojemu wsparciu, natychmiast to podchwytuje."


pod koniec podstawówki w klasie zaczęto mówić do mnie "kocie".
a w ogólniaku...  na lekcjach polskiego zawsze się bardzo udzielałam w odpowiedziach (na co dziewczyny zawsze bardzo mocno liczyły). moje odpowiedzi najczęściej zaczynałam od: "mi się wydaje, że...".
no i dziewczyny to podchwyciły - dostałam ksywkę: Misie. dosyć szybko zmodyfikowało się to na Misiek.
z czasem doszło do tego, że koleżanki miały problem z przypomnieniem sobie jak mam na imię :)
podobała mi się moja ksywka :) no i chyba jestem takim Miśkiem :)

w związkach ludzie też siebie nawzajem nazywają w różny sposób.
ja dla mojego "ex" też miałam kilka określeń. takich wymyślonych przeze mnie tylko dla niego.
i nikt inny go tak nie nazywał.
natomiast on... nie był w stanie nazywać mnie tak ... wyłącznie po swojemu... przejął jedynie moją licealną ksywkę...

... już w trakcie małżeństwa, gdy mówiłam o "ex" nazywałam go słowem "młody". on o tym nie wiedział. pamiętam, że gdy chodziłam do psychologa, to babka na to zwróciła uwagę... jego zachowanie sprawiło, że nie umiałam o nim myśleć w innej kategorii. jego zachowania były... pasowały często do zachowań 16-latka, który potrzebował kolegi do wypadów i mamusi do gotowania i prania...
i do tej pory, gdy mówię o "ex" często nazywam go "młody"


www.youtube.com/watch



Komentarze: 1 pokaż »
2010-10-15 19:22

www.youtube.com/watch


poruszające... dzisiaj, gdy wracałam z pracy... stałam w korku... z radia płynęła ta muzyka... i jakoś ścisnęło mnie w gardle i w oczach pojawiły się łzy....


pewne myśli, część mnie.... jest niedostępna... nikt nie zna mnie w pełni... choć jest ktoś, kto wie naprawdę wiele... ale nigdy nie pozna wszystkiego...
Komentarze: 1 pokaż »
2010-10-12 08:07
dostałam od koleżanki zaproszenie do odwiedzania jej profilu na facebooku.
z facebookiem nigdy dotąd nie miałam do czynienia.
a co się okazało?
aby zobaczyć profil koleżanki, muszę sama się zarejestrować na facebooku...
 i tak na zachętę dla mnie...
podali nazwiska osób, które
są zarejestrowane na facebooku, a które ja znam. te osoby nie
przysyłały mi zaproszeń na facebook... tych osób moja koleżanka na
1000% nie zna...
zaczęłam się zastanawiać...
skąd facebook ma wiedzę o tym, że znam tamte osoby?
chciałam wysłać zapytanie w tej sprawie... ale bez zarejestrowania się
na facebooku chyba nie ma takiej możliwości... ja takiej opcji nie znalazłam.
nie podoba mi się ta sytuacja.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 11 pokaż »
2010-10-10 09:01
wspominają w tvn24 katastrofę...
pokazywali zdjęcia wszystkich umarłych...
normalnie aż mnie ścisnęło w gardle i pojawiły się łzy.
każda z tych osób ma ludzi, którzy tęsknią... a teraz czują pustkę...



www.youtube.com/watch






Komentarze: 0
2010-10-08 08:56
moja firma płaci nienajlepiej w porównaniu z innymi w branży. a jeżeli chodzi już o "ścianę wschodnią" to pensje są oczywiście niższe w porównaniu z resztą kraju.
ale nawet i u nas są osoby, które finansowo zawsze były "dopieszczane". ale to norma w każdej chyba firmie.
na moim poprzednim stanowisku pracy, warunki jakie miałyśmy w pokojach były... ufff.... jak przyszedł facet z bhp na kontrolę to się załamał.... wszystkie punkty, które miał na swojej liście do sprawdzenia były w znacznym stopniu naruszone. począwszy od ilości osób w pokoju, poprzez ilość szaf, stert dokumentów pod ścianami, kiepskiego oświetlenia, starych niedostosowanych biurek i krzeseł, podartej wykładziny i kabli o które można się było potknąć...  a w ubikacji była nieformalna palarnia...

natomiast tu gdzie teraz pracuję uczciwie trzeba powiedzieć, że warunki pracy są bardzo dobre. stanowiska pracy są odpowiednio przygotowane, jest duża kuchnia, w której można zjeść posiłki, są automaty z kawą i różnymi wafelkami, woda do picia dostępna cały czas a nie wydzielana tylko w upały...

no i tak ogólnie to firma zapewnia również opiekę darmową medyczną, można brać pożyczki z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, można się dodatkowo ubezbieczyć za nieduże pieniądze, nawet "gruszkowe" można dostać - maksymalnie 300zł... ale to zawsze coś.

wszystko było by super.... gdyby nie pensja, która nie wystarczy na godną codzienność.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 4 pokaż »
2010-10-07 09:13
córcia znowu rozżala się z powodu taty... naobiecywał jej wyjazdów i nigdzie nie zabrał. nawet obiecywał, że we wrześniu zabierze ją na zwiedzanie jakichś zamków... a przecież we wrześniu jest już szkoła... taaa... a w listopadzie "ex" wybiera się z wybranką do egiptu...

ręce mi opadły, gdy dał córci obiecaną w sms-sie niespodziankę.... dał jej bryloczek z napisem orbit... z takich, co to w hurtowni ma całe masy jako gratisy dla klientów... ("ex" jest kierownikiem w jednej hurtowni pewnej sporej sieci) . córcia też była tym rozczarowana i sama stwierdziła, że to już norma u taty... że robi wszystko, aby nie wydawać pieniędzy...

kurde
dostałam rachunek za energię. :( są trzy faktury.... 1. 262... 2. 187.... 3. 187... normalnie masakra jakaś... mam małe mieszkanko, jesteśmy we dwie i siedzimy głównie w dużym pokoju... ja już wymiękam z tymi rachunkami... przy świecach mam siedzieć?
jak zobaczyłam te kwoty, to się przyłamałam. przy moich zarobkach .... a jeszcze do tego jest czynsz, kablówka, gaz, telefon...

ale.... a co! kozaczki sobie kupiłam! jakieś oszczędności jeszcze mam! ... potem pewnie nie będzie mnie już stać na takie rzeczy.
i to dobre buty kupiłam, kosztowały trochę. mam nadzieję, że będą warte swojej ceny.
już się niejednokrotnie przekonałam, że nie stać mnie na kupowanie tanich rzeczy... bo tanie zazwyczaj wiąże się z nienajlepszą jakością... i takie rzeczy dosyć szybko się psują... szybciej trzeba kupować nowe.  ostatnio kupiłam sobie buty na wiosnę... tanie.... gdy wyszłam w nich pierwszy raz - pasek mi się urwał i musiałam oddać je do reklamacji. :/ no a poza tym.... tanie buty mają zazwyczaj nienajlepszej jakości wnętrze... i po chodzeniu w takich butach, gdy się je zdejmie... cóż... nogi nadają się do ekspresowego mycia, bo zapaszek jest nienajlepszy... i stopa mi się w takich butach bardziej męczy....

przyłamujące jest to, że pracuję w największej polskiej instytucji finansowej... przynoszącej co roku bardzo wysokie zyski... chełpiącej się swoją wielkością, stabilnością, pozycją... sponsorującą ciągle jakieś akcje i imprezy....
a pracownicy mają pensje niewiele większe od miniumum...
... gdybym pracowała u pana zdzicha w warzywniaku, to nie miałabym pretensji  o niską pensję... ale w takiej instytucji...
no cóż. takie złodziejskie czasy. wyzysk  pełną gębą.
ostatnio w mailu jednego z pracowników w stopce podpisu zobaczyłam takie zdanie: czym różni się pracownik ... (mojej firmy) od ławki? ławka może utrzymać cteroosobową rodzinę.


www.youtube.com/watch


właśnie oglądam tvn24. w sejmie wypowiada się minister finansów... taaa... gadają, gadają... mają ciepłe posadki, skończą ministrowanie, znajdą sobie stołeczki w radach nadzorczych firm... a zwykłemu człowiekowi i tak wiatr po oczach zasuwa.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-10-03 21:58
czas mija mi bardzo szybko.
zaczął się już październik...
dni wypełnia mi praca i córcia. prawie codzienne drobne zakupy spożywcze, jakieś porządki w mieszkanku... co drugi tydzień pławię się w basenie... i tak prawdę mówiąc na nic więcej ani nie miałabym czasu ani ochoty.
dzisiaj tak sobie siedziałam i myślałam, jakie czekają mnie wydatki...
takie większego kalibru, które będą musiały (bo też mogą)  poczekać.... dokończenie szafy wnękowej w przedpokoju, pawlacz, szafka w łazience, rolety w oknach, drzwi do mojego pokoju, odstawienie samochodu do lakiernika...
i takie niby mniejsze wydatki... chciałabym sobie kupić kozaczki, aby mieć jakieś na zmianę... jekieś botki na chłodniejsze jesienne dni, wymiana podszewki w żakiecie, wymiana zamka w kurtce, kupno paru szpargałów ubraniowych dla córci...
i z takich "drobiazgów" uzbiera się całkiem niezła sumka do wydania...
a w dodatku w październiku robię przegląd rejestracyjny samochodu, opłacam roczne ubezpieczenie oraz kupuję opony na lato, bo teraz są taniutkie...
jak to dobrze, że jeszcze mam resztki oszczędności...
trochę boję się, jak sobie dam radę z tą marną pensją, którą będę dostawała... jest niewiele większa od minimalnej... i już w pracy zapowiedziano, że podwyżka może będzie w przyszłym roku, ale nie wiadomo czy na pewno... no ale cóż.... jakoś trzeba będzie sobie dawać radę.... na szczęście nie mam żadnych nałogów... nie będę musiała wydawać na fryzjerkę, bo zapuszczam włosy... do kosmetyczek nigdy nie chodziłam.... do kina też praktycznie nie chodziłam a tym bardziej teraz nie będę... do kafejek też nie chadzam... tylko raz na jakiś czas biorę małą do mc donalda... z takimi poborami będę mogła zapomnieć o jakimkolwiek wyjeździe wakacyjnym.... no... może będę robiła tak jak w tym roku.... zabiorę córcię w jakąś sobotę czy niedzielę w jakieś miejsce w okolicy, które jest atrakcyjne do zwiedzania...
mam nadzieję, że uda mi się odkładać drobne sumy na ubezpieczenie samochodu za rok... może uda mi się też odkładać jakieś grosze na przyszłą emeryturę... bo z takimi zarobkami, jak mam teraz... to na emeryturze czeka mnie nędza.... taaa.... bo na lepsze zarobki nie mam co liczyć....
jak myślę o przyszłości.... nie są to myśli wesołe, optymistyczne... bo co mnie może czekać.... kombinowanie, za co kupić w następnym roku dziecku na zimę kurtkę i buty, za co wysłać córcię na jakieś kolonie, albo za co opłacić jakieś zajęcia pozaszkolne... książki do szkoły są z roku na rok droższe.... patrzę na swoją pralkę... ma już kilka latek (odkupiłam ją od właściciela mieszkania)...teraz działa.... ale kto wie jak długo.... a nowa pralka kosztuje więcej niż zarabiam....
wiem. na tym polega życie. wiem, że dla mnie to nic łatwego, lekkiego ani przyjemnego. szamotanina, niepewność, lęk o przyszłość... tylko po co to wszystko... zresztą... nie ważne... człowiek się urodził, to trzeba żyć... jest dziecko, któremu trzeba pokazać, jakich błędów ma nie popełniać... trzeba pokazać, aby żyła inaczej niż ja, aby umiała się w życiu lepiej ustawić, aby z tego życia coś miała...




www.youtube.com/watch


Komentarze: 6 pokaż »
2010-10-02 23:02
ogólnie jest dobrze.
powoli robią się widoki na jakieś w miarę ustabilizowane życie...
właśnie dostałam umowę o pracę do 15 grudnia... praca mi się podoba, choć struny głosowe są podmęczone i marnie płacą... rodzice pomagają w spłacie kredytu, mama pomaga przy córci.... zdrowie dopisuje....
powoli zaczyna być lepiej....
a we mnie narasta niepokój... czuję stres, czuję ściśnięte gardło, czuję napięte mięśnie...
... bo jak zaczyna być dobrze.... to długo czekać nie trzeba, aby gdzieś coś rypnęło... tak to jest.... zawsze się przyplącze coś niedobrego... zwłaszcza, gdy zacznę się bardzo czymś cieszyć.... gdy zacznę wierzyć, że będzie dobrze...


www.youtube.com/watch

Komentarze: 2 pokaż »
2010-10-01 20:55
Wpis na specjalne zamówienie

Moja mama o boreliozie dowiedziała się przez przypadek. Mamy rodzinę na wsi. Ciotkę dziabnął kleszcz, dostała sporego rumienia, poszła do lekarza…. I od razu było wiadomo o co chodzi. Mama przez przypadek przeczytała u niej ulotkę o tej chorobie. Wszystko się zgadzało – zrobiła badania, które to potwierdziły. Wiedziałam, że mnie też kiedyś ugryzł kleszcz (a nawet kilka) ale było to dawno temu i nie miałam rumienia. Ale pomyślałam sobie, że… co mi szkodzi. Badanie krwi potwierdziło, że jestem chora.
A jak to wyglądało ze zdrowiem?
Mojej mamie wszystko się dosłownie sypało. Często chorowała na płuca a antybiotyki niewiele pomagały. Bardzo słabła. Zaczęła mieć problemy z sercem – skoki ciśnienia. Miała problemy ze słuchem. Drętwiała jej lewa część twarzy. Drętwiały jej ręce i nogi. Mówiła, że momentami czuła, jak gdyby nogi jej się rozjeżdżały, traciła w nich czucie. Nie mogła jeść. Czuła jak gdyby żołądek ktoś jej silnie skręcał tak, jak wykręca się pranie. Po zjedzeniu niewielkiego obiadu czuła potworny ból. W miarę dobrze czuła się po zjedzeniu bułki… robiła sobie gastroskopię – okazało się, że żołądek ma zdrowy (nie licząc nadkwasoty) . czuła kłujący ból pod żebrami w prawym boku. Czuła zawroty głowy.
Lekarze patrzyli na nią jak na hipochondryka. Takie ogólne wynik badań krwi miała dobre. Gdy poprosiła lekarza ogólnego o skierowanie na badania pod kątem borelki – ta tylko machnęła ręką i powiedziała, że to raczej nie to…. Mama robiła badania prywatnie i prywatnie poszła do lekarza zakaźnika. Jak ten zobaczył wynik – to się za głowę złapał. Mama poszła dosyć szybko do szpitala. Tam przez 2 tygodnie miała dożylne zastrzyki. Potem jeszcze przez rok miała kilka serii doustnych antybiotyków. Teraz jest już całkiem nieźle, został szum w uszach… czasami serce się odzywa…. Ale mama się śmieje, że to już mogą być takie starcze dolegliwości, bo młodsza się przecież nie robi.

A ze mną to było tak.
Tak ogólnie to ja bardzo mało choruję. Czasami jakieś przeziębienie, jakaś grypka, katar. Wyjątkiem był rok 2005. W tym roku chorowałam praktycznie przez cały czas – miałam 2-3 tygodnie odstępu pomiędzy chorobami. Strasznie wtedy kaszlałam a mój lekarz już nie wiedział, co ze mną począć, bo antybiotyki nie działały. Chyba podratował mnie wtedy serią zastrzyków (około 20) na podniesienie odporności. Miałam też zapalenie krtani (tydzień nie mogłam mówić) i zaraz potem potworne zapalenie zatok (krew z ropą się lała… oj lała…) – a takich sensacji zdrowotnych nie miewałam wcześniej. Wtedy również zrobiło mi się ograniczenie pola widzenia w lewym oku. W klinice okulistycznej byłam sprawcą zbiegowiska lekarzy - w moim wieku początek jaskry nie był spotykany. Początkowo dostałam leki a później objawy już bez leków same się cofały. Okulista wysłał mnie do neurologa – okazało się, że lewa strona mojego ciała słabiej reaguje na bodźce – dostałam leki.
Jeszcze długo przed rokiem 2005 miałam problemy ze stawami – czułam częste silne, krótkie ukłucia w stawach – przez chwilę czułam kilka ukłuć i potem już nic. Np. pisałam sms-a i nagle w kciuku tak mnie zakłuło, że nie mogłam utrzymać telefonu. I takie bóle trafiały mi się wszędzie. Np. ból w pięcie trwający kilka sekund – ale nie mogłam wtedy na nią stanąć. Gdy ból przeszedł pięta „działała” normalnie. Tak samo z kolanami. Miałam duże problemy rano ze wstawaniem. Strasznie bolały mnie stopy. Każde postawienie stopy na podłodze – ból. Często rano mięśnie bolały mnie tak bardzo, jak przy zakwasach po mocnym ćwiczeniu na aerobicu. Rano byłam wykończona… po wstaniu musiałam sobie odpocząć i dojść do siebie… ogólnie ciągle byłam strasznie zmęczona fizycznie a to przekładało się na psychikę. I myślę, że moje ogólne stany depresyjne były wzmacniane przez tą chorobę.
No i też miałam silne ukłucia pod żebrem w prawym boku. Miałam też przez pewien czas silne zawroty głowy. Leżałam na łóżku na wznak… przekręcałam głowę na bok… a cały pokój zaczynał wirować a ja bałam się, że spadam z łóżka. Gdy odchylałam głowę do tyłu, czułam że coś mnie zamracza.
Wtedy myślałam, że jestem po prostu takim zdechlakiem-niskociśniniowcem z depresją…. Że taka jestem, tak ma być…. Że są tacy, których rozpiera energia i tacy co powłóczą nogami…

Gdy zrobiłam sobie badania i poszłam do lekarza, usłyszałam, że muszę iść do szpitala. No to poszłam. Też mnie faszerowali dożylnie. Po szpitalu jeszcze przez 3 tygodnie łykałam silne antybiotyki. No i teraz jest ok. badań poszpitalnych jeszcze nie robiłam. Należy je robić najwcześniej pół roku po leczeniu – wtedy jest sens. Wypadałoby, abym w końcu zrobiła… ale jakoś mi nie po drodze.  nic nie dolega, więc się nie idzie ;)
Gdy leżałam w szpitalu, po 4 dniach na antybiotykach, zaczęłam się czuć bardzo źle. Na twarzy czułam się rozpalona a całe ciało trzęsło mi się z zimna. Bolały mnie mięśnie. I to było prawidłowe. Wtedy wyłażą tzw. herksy, czyli (jak ja to nazywam) martwe ciałka krętków (one powodują boreliozę). Wtedy jest zdecydowane pogorszenie samopoczucia.
W szpitalu leżała też kobieta, która od boreliozy miała tak popuchnięte stawy, że miała poważne problemy z poruszaniem się. Mi stawy nie puchły. W pokoju przez 2 dni leżałam z kobietą, którą leczyli wcześniej na stwardnienie rozsiane – a okazało się, że to borelka. I takich osób na oddziale było kilka.
Rozmawiałam potem ze swoją lekarką rodzinną. Mówiła mi, że miała takiego pacjenta. Starszy facet… leczyli go na różne „cuda”(nazw nie pamiętam), ale był to m.in. parkinson i padaczka. Facetowi ręce się trzęsły… cały już w zasadzie „latał” – a to borelka była. Borelka może np. spowodować paraliż połowy ciała, tzw neuroborelioza. I to też leczy się antybiotykami… o ile człowiek wie, że to borelioza….
Ta choroba jest paskudna dlatego, że nie ma swoich jednoznacznie na nią wskazujących objawów (poza dermatologicznymi – rumień, który w dodatku nie zawsze się pokazuje i chyba jakieś jeszcze objawy, ale nie wiem jakie)… jeżeli człowiek nie wie, że został dziabnięty przez kleszcza i że jest to konkretnie borelka… będzie bezskutecznie leczony na wszystko…. Ale leczenie nie będzie przynosiło rezultatów.
Też czytałam trochę w necie o borelce. Trafiłam na jakieś forum… ale informacje, które tam wyczytałam, było trochę… przerażające momentami. Stwierdziłam, że każdy człowiek jest inny, inaczej reaguje na podobne czynniki… ja miałam swoją borelkę, wiedziałam jak się czuję i że biorę silne antybiotyki… postanowiłam nie zatruwać sobie głowy opowieściami innych.

Aby sprawdzić, czy jest borelioza należy zrobić badanie krwi - najpierw badanie krwi ellisa. Jednak te badania często dają zafałszowane wyniki i trzeba je zawsze potwierdzać badaniem western blot.

Komentarze: 2 pokaż »
2010-10-01 19:16
z tym "ex"... to ręce opadają....

córcia miała dzisiaj do szkoły na 8 rano. kończyła o 13.30. ze szkoły odbierał ją "ex". najpierw miał ją przywieźć do mnie do domu około 17, ale w ciągu dnia zadzwonił z pytaniem, czy mógłby mi ją przywieźć do mnie pod pracę, gdy już wyjdę... więc, czemu nie? - przywiózł o 16-tej.
zaczęłam rozmawiać w samochodzie z córcią.... stwierdziła, je jest bardzo głodna. spytałam się co jadła na obiad. powiedziała, że nie jadła obiadu... zjadła kawałek takiej ciepłej bułki posmarowanej masłem czosnkowym (kupiona w supermarkecie alma) no i tata kazał jej zjeść kanapkę, którą zrobiłam jej do szkoły... akurat trzymała ją wtedy niedojedzoną w ręku...
aż się zdziwiłam. jeszcze dopytałam... "ex" nie dał jej nic konkretnego. spytałam się, czy mówiła mu, że jest głodna, czy się dopominała o jedzenie...  powiedziała, że chciała iść na pizzę, ale tata coś tam pogadał pod nosem i ostatecznie nie poszli... tylko kupił jej tą bułkę (córcia je bardzo lubi)...
wkurzyłam się.
najpierw pojechałyśmy do mc donalda (w domu nie miałam nic obiadowego). gdy wróciłyśmy do domu, zadzwoniłam do "ex"...
on zupełnie nie rozumiał, co do niego mówiłam. nie rozumiał, że dziecko było od rana w szkole i powinien dać jej coś ciepłego do jedzenia...
stwierdził, że to córcia nie chciała jeść, bo on proponował pizzę.... w taką jego bajkę nigdy nie uwierzę, bo mała jest łasuchem jeśli chodzi o pizzę. no i stwierdził, że córcia chciała chodzić po sklepach, żeby kupić torbę... no i gdyby poszli coś zjeść, to nie mieliby czasu na chodzenie po sklepach.
co jest również bzdurą, bo jedzenie zajęłoby im góra 40 minut... a nikt ich nie gonił z czasem.
"ex" nie rozumiał, że dziecko powinno zjeść coś konkretnego.
gdy skończyłam z nim rozmowę... po kilku minutach zadzwonił na telefon córci...
po rozmowie miała łzy w oczach... usłyszała od niego, że to ona wszystko źle zrozumiała. że on jej proponował pizzę, ale to ona nie chciała i że gdyby jedli pizzę to nie kupiłby jej torby, bo nie mieliby czasu na chodzenie po centrum handlowym...
po rozmowie córcia się rozpłakała... miała żal, że tata mówił coś zupełnie innego i że to wcale nie było tak, jak on mówi.

córcia jest już na tyle duża, że mogę jej wierzyć .... a "ex" znam na tyle, żeby wiedzieć, że on lubi tworzyć swoje wersje wydarzeń tak, aby to jemu pasowało. ... aby wszystko wyglądało, że on miał dobre intencje, a że źle wyszło... to nie jego wina.

www.youtube.com/watch

Komentarze: 2 pokaż »
2010-09-27 13:00
no i.... niestety, jest kolejna tragedia.... współczuję rodzinom....


ale ...
tak całkowicie przyziemnie i retorycznie.... czy rodzinom zmarłych też zostaną wypłacone takie wielkie odszkodowania i stypendia jak po tragedii smoleńskiej?


www.youtube.com/watch


Komentarze: 3 pokaż »
2010-09-25 23:01
czasami wiem dlaczego beczę.... ale równie często nie wiem.

www.youtube.com/watch

właśnie tego teraz słucham no i zaczęłam beczeć.
leżę na łóżku na brzuchu. podpieram się łokciami. przed sobą mam kompa... w pokoju jest ciemno. na sobie mam piżamę. góra czerwona z kilkoma kwiatkami z przodu... spodnie 3/4, jasne w drobne kwiatuszki... prześcieradło granatowe, pościel czarna... włosy mam rozpuszczone... tv bezsensownie gra, a przecież nie oglądam co leci.... świnia sobie siedzi w klatce...
a ja... leżę .... no i beczę.
a jeszcze kilka godzin temu, gdy z pracy jechałam na basen.... czułam, że wszystko będzie dobrze, czułam się tak... pozytywnie...
a teraz leżę i beczę.
dlaczego?
... bo wszystko....
Komentarze: 5 pokaż »
2010-09-25 21:47
ozzy jest nie do zdarcia.
super muzyczka.
tej płyty można słuchać na okrągło.


www.youtube.com/watch



Komentarze: 0
2010-09-19 21:03
wierszy nie czytam.
przy wierszach beczę. tak było przy tych, które przytrafiło mi się przeczytać.
ogólnie w życiu jestem beksą. łatwo mnie ująć za serce, łatwo się wzruszam, bardzo przejmuję się, gdy ktoś cierpi...
często beczę z powodu moich wewnętrznych pogmatwań, bojaźni wielotematowych, lęków o przyszłość... i wielu innych...
więc... po co mam prowokować beczenie podczas czytania wierszy?
no i nie czytam.
ale jest taki jeden....
był w książce od polskiego w ogólniaku....
przepisałam go wtedy na kartkę. mam ją do tej pory.
... jest w nim coś...

różewicz "lament"

zwracam się do was kapłani
nauczyciele sędziowie artyści
szewcy lekarze referenci
i do ciebie mój ojcze.
wysłuchajcie mnie.

nie jestem młody
niech was smukłość mojego ciała
nie zwodzi
ani tkliwa biel szyi
ani jasność otwartego czoła
ani puch nad słodką wargą
ni śmiech cherubiński
ni krok elastyczny

nie jestem młody
niech was moja niewinność
nie wzrusza
ani moja czystość
ani moja słabość
kruchość i prostota

mam lat dwadzieścia
jestem mordercą
jestem narzędziem
tak ślepym jak miecz
w dłoni kata
zamordowałem człowieka
i czerwonymi palcami
gładziłem białe piersi kobiet

okaleczony nie widziałem
ani nieba ani róży
ptaka gniazda drzewa
świętego Franciszka
Achillesa i Hektora
przez sześć lat
buchał z nozdrza opar krwi
nie wierzę w przemianę wody w wino
nie wierzę w grzechów odpuszczenie
nie wierzę w ciała zmartwychwstanie


www.youtube.com/watch


Komentarze: 7 pokaż »
2010-09-18 11:38
w tym tygodniu trochę się wkurzyłam.... raczej... więcej niż trochę.
złożyłam w szkole wniosek o dofinansowanie do pordęczników i prawdę mówiąc przypadkowo o stypendium socjalne dla córci (nie wiedziałam, że coś takiego jest)
stertę dokumentów złożyłam w sekretariacie... choć powinnam u szkolnego pedagoga. no ale jak pani pedagog przyjmuje tylko w godzinach 10-12... to niestety - z pracy zwolnić się nie mogłam.
pedagog poprosiła mnie o przyjście pewnego dnia pod wieczór - miała jakieś zebrania i została dłużej w szkole. oczywiście okazało się, że pewnych rzeczy nie mam. a raczej mam tylko nie w takiej formie, jak wymagają przepisy. miałam np. decyzję o przyznaniu zasiłku rodzinnego na córcię, w której określona była comiesięczna kwota, którą otrzymuję - no a powinno być zaświadczenie o tej kwocie. musiałam również dostarczyć zaświadczenie z mops-u, że nie otrzymuję od nich rzadnej pomocy... tak jakby nie wystarczyło moje oświadczenie... no ale cóż - takie przepisy. pani pedagod ciężko było zrozumieć, że nie będę mogła jej dostarczyć zaświadczenia z pracy o zarobkach... pracę zaczęłam w sierpniu i do dnia składania wniosku o stypendium jeszcze mi nic nie zapłacili... i dochodów w sierpniu nie uzyskałam.
porozmawiałam z tą kobietą. powiedziałam dokładnie, jakie kwoty otrzumuję (jeszcze o alimentach i dofinansowaniu do czynszu - oczywiście wszystko miała potwierdzone dokumentami).
miałam jeszcze pojechać po dwa zaświadczenia: o dodatku na córkę i że nie otrzymuję pomocy z mops-u....
pojechałam.
to nic, że po jedno zaświadczenie tłukłam się na drugi koniec miasta i musiałam postać w kolejce. to nic, że aby otrzymać drugie zaświadczenie pani pedagog skierowała mnie nie tam, gdzie trzeba i musiałam jechać w jeszcze inno miejsce....
to nic. jak są pewne wymogi formalne, to trzeba je spełnić.
gdy już miałam wszystko - pojechałam z kompletem dokumentów.
akurat miałam wolne (za pracę w niedzielę) i mogłam przyjść w godzinach przyjmowania interesantów.
przyszłam i stanęłam w maleńkiej kolejeczce: przede mną były 2 osoby.
no to stoję i czekam.
ale widzę, że te dwie babki przede mną jakieś wkurzone.
no i od słówka do słówka wyszło, że one stoją już prawie godzinę... a pani pedagog gada z jakąś kobietą popijając herbatkę.
postałam trochę i zapukałam do drzwi, zajżałam ... i usłyszałam : proszę poczekać chwileczkę...
akurat to, stojące przede mną kobiety słyszały już kilka razy.
za mną pojawiły się jeszcze inne matki... też wkurzone czekaniem zaglądały do pokoju i słyszały: chwileczkę...
ostatecznie czekałam półtorej godziny....
weszłam.
pani pedagog obejżała dokumenty.... policzyła dochód na jedną osobę.... i wyszło, że przekroczyłam limit o 12 zł.... maksymalny dochód na jedną osobę w rodzinie, aby otrzymać stypendium socjalne dla dziecka, może wynosić 412zł...
wkurzyłam się.
no to jej mówię:
-przecież w poprzedniej rozmowie miała pani dokładnie takie same informacje o dochodzie. dlaczego nie policzyła mi pani tego wtedy? gdybym wiedziała, że się nie kwalifikuję, to nie jeździłabym po całym mieście! nie zawracałabym sobie tym głowy! i nie musiałabym tu czekać półtorej godziny!
- ale ja nie mogłam wyliczać pani dochodu na podstawie decyzji i pani oświadczenia. mogę to wyliczać jedynie na podstawie zaświadczeń!
- no ale w zaświadczeniach ma pani dokładnie to samo co w decyzji! nie mogła mi pani przeliczyć? przecież to byłaby chwila...

nie ważne były decyzje wydane przez urząd. ważne były zaświadczenia, w których były dokładnie te same informacje.
pedagog stwierdziła, że mogłam nie wiedzieć dokładnie ile pieniędzy dostaję i skąd mam pomoc (choć jej wcale z mops-u nie mam)... przecież mogłam dostawać więcej dodatku...

wkurzyłam się.
i jeszcze musiałam warować przed jej pokojem tyle czasu, bo ona w godzinach przyjmowania interesantów herbatkę sobie popijała...
inne czekające kobiety były nie mniej wkurzone. już w poprzednich latach miały z nią do czynienia... ale wiedzą, że ona jest "starą wyjadaczką"... i jej nikt nie "ruszy". jedna z kobiet nawet nie chciała do niej zajżeć, aby spytać się, czy już będzie przyjmowała... mówiła, że ma syna z adhd i już wcześniej miała z tą pedagog ciężkie przejścia i nie chce z nią znowu zadzierać....
i taka baba pokazuje ludziom w ten sposób swoją wyższość... nie szanuje tych, którzy są gorszej sytuacji materialnej...


www.youtube.com/watch



Komentarze: 0
2010-09-15 19:19
czy uczucia mogą być złudzeniem?
czy może być tak, że bardziej chcemy coś czuć, niż to faktycznie się dzieje?...
...tak.
ja tak miałam.
miałam taki deficyt uczuć i ciepła, że szukałam tego na siłę... wmawiając sobie, że czuję...
tak bardzo chciałam, aby faktycznie tak było... wyszukiwałam w związku wszystkiego, co dobre i tych dobrych rzeczy kurczowo się trzymałam nie widząc, jak jest faktycznie...
czy wogóle istnieje coś takiego, jak prawdziwa miłość?
kurde...
chyba znowu zaczyna się we mnie odzywać "deficyt"... chyba znowu chcę szukać żródła...
tylko powstaje pytanie... czy chcę "powtórki z rozrywki"? czy pozwolę sobie na bycie taką, jaka jestem i poddam się jakimś emocjom.... czy raczej mam się kontrolować rozważając wszelkie za i przeciw.... na chłodno podejmować decyzje.... czyli nie być w emocjach sobą.
a może jednak wszystko to jedna wielka iluzja... serce szargane emocjami szukające swojej przystani.... bezmiar oceanu i mała łódeczka ze sternikiem, któremu wydaje się, że gdzieś płynie, że ma kontrolę i dotrze szczęśliwie do celu...
w uczuciach można okłamywać siebie jak i obiekt uczuć.... w imię nadziei, że to jednak "to".


www.youtube.com/watch
Komentarze: 1 pokaż »
2010-09-11 21:17
szast-prast i tydzień minął.
normalnie nawet nie wiem kiedy!
no fakt - trochę ciężkawo było... pracuję cały tydzień 10-18. a jeszcze trzeba zająć się przewozem córy do i od babci. a i jakieś zakupy zrobić. w ten weekend  pracuję. młoda jest u taty, więc mogę sobie na to pozwolić. za to poniedziałek i wtorek będę miała wolne - córa już się cieszy, że będę mogła ją odprowadzić do szkoły. :) potem 3 dni pracy i wolny weekendzik. :)
w pracy sobie jakoś radzę. jest ok, choć miewam trudniejsze sytuacje.
ale.... normalnie nigdy w życiu tyle nie gadałam.  8 godzin.... (mam przerwy, na szczęście)
kończę jedną rozmowę, biorę łyk wody, o ile zdążę, i znowu odbieram telefon.... i gadam... gadam....

nauczyciele mogą po kilku latach pracy pójść na płatny urlop z powodu uszczerbku na strunach głosowych i krtani - bo muszą mówić... tak mówią.... ale zdecydowanie mniej niż ludzie w call center.
no cóż - to jest grupa uprzywilejowana z budżetówki.

www.youtube.com/watch
Komentarze: 2 pokaż »
2010-09-05 19:44




kolory były przepiękne. zdjęcia ich nie oddadzą.



sporo czasu oglądałyśmy, co wyprawiają małpy. :)
Komentarze: 5 pokaż »
2010-09-05 11:07
...wczoraj  troszę późnawo wyjechałyśmy z lublina.... i wróciłyśmy jakoś
około 21.15. :) jechało mi się świetnie. choć oczywiście w  wa-wie w jedną i w
drugą stronę wjechało mi się nie w tą ulicę co trzeba i było trochę
motania... ale nic to!
okazało się przy tym, że córcia dobrze radzi sobie z mapą! jak się
pogubiłam i na postoju ustaliłam dobrą drogę (było w miarę prosto) -
to jej pokazałam, powiedziałam, że ma pilnować nazw bocznych
uliczek... no i ładnie jechałyśmy :) ja jej mówiłam, jakie ulice
mijamy a ona mi pokazywała palcem na mapie gdzie jesteśmy. super sobie
radziła! jestem z niej dumna! :) zwłaszcza, że pierwszy raz miała
styczność z mapą.
w zoo było naprawdę fajnie. pogoda mam dopisała. łaziłyśmy ponad dwie
godziny a i tak na końcu okazało się, że nie widziałyśmy węży,
robaków i pająków.
nogi nas bolały od chodzenia. :) ale jestem bardzo zadowolona.
młoda oczywiście sobie pospała w samochodzie i potem był delikatny problemik z zagonieniem jej do łóżka, pomimo tego, że wyglądała na zmęczoną.



www.youtube.com/watch



Komentarze: 1 pokaż »
2010-09-03 18:49
no i mam już pierwsze dni pracy za sobą.
już wiem, że muszę dbać o swoje gardło i struny głosowe - w pracy mam praktycznie 8 godzin mówienia.
muszę się jakoś przestawiać na mówienie regułkami..... a ciężkie to u mnie będzie. nauczyłam się w swojej dotychczasowej pracy, że z każdym klientem należy rozmawiać inaczej, należy używać innego słownictwa, w inny sposób tłumaczyć.... już się przekonałam, że niekiedy należy tłumaczyć klientom rzeczy bardzo proste stosując sposób: jak chłopu na miedzy. :) czasami bywa zabawnie, czasami przytrafiają się trudni klienci... ale narazie jakoś mnie to nie rusza.
he he poczekam do pierwszego odsłuchiwania moich rozmów. wtedy będę miała stresa niezłego. bo przecież błędy popełniam...
ale ogólnie - zawsze lubiłam pracować z klientami. lubię ludzi, lubię im pomagać, lubię im tłumaczyć, nawet po raz setny to samo... bo wiem, że dla nich pewne sprawy mogą stanowić problem a mnie cieszy świadomość, że moim tłumaczeniem i pomocą przynoszę im pewną ulgę.


jak jutro będzie ładna pogoda - jadę z młodą do warszawy. mam nadzieję, że w miarę bezproblemowo dojadę do zoo. :) "mapkena" sobie zakupiłam i dzisiaj wieczorem będę obczajała dojazd do zwierzątek.

a dzisiaj wieczorkiem muszę sobie odsapnąć, muszę uwolnić stresik, który mnie męczył ostatnio... jestem zmęczona tymi wrażeniami.
muszę się wyluzować....
zrobię sobie wieczorkiem pachnącą kąpiel a potem nawcieram w skórę babskie mazidła :)

www.youtube.com/watch
Komentarze: 4 pokaż »
2010-08-30 21:05
tak sobie siedzę i szperam w youtube....
to, że kocham metal i alternatywę, wcale nie oznacza, że jestem monotematyczna.
doceniam też wiele innych utworów...
i właśnie wróciłam do czegoś, przy czym zawsze ściska mnie w sercu i łza mi się w oku kręci...

www.youtube.com/watch


a gdzie teraz najbardziej lubię wracać?....
do domu.
do mojego, własnego domu.


gdy pierwszy raz jechałam zobaczyć mieszkanie.... jak wjeżdżałam na osiedle... już mi się podobało... blok jest na wzgórzu.... podjazd jest taki, jakby jechało się krętą drogą w górach... jest sporo zieleni, dużych drzew....
jak weszłam do bloku - poczułam się jak u siebie.... gdy weszłam do mieszkania - wiedziałam, że chcę je kupić....

lubię moje mieszkanie.
to jest moje miejsce.


Komentarze: 4 pokaż »
2010-08-30 20:39
nie mam kasy, aby założyć sobie to, co mi się podoba... a nie chcę montować sobie czegoś tymczasowego... bo potem okazuje się, że to tymczasowe trwa.... i trwa....
więc... w moim oknie nie ma zasłon, firanek, żaluzji... nie mam nic.
czy ktoś mnie widzi w oknie?
... nie mam innego bloku tak na wprost moich okien... jest tak z boku...
możliwe, że ktoś mnie widzi....
jakoś specjalnie się tym nie przejmuję.
nie widzę powodu aby w moim mieszkaniu chodzić "szczelnie opakowana"...
ale nie jestem jakąś ekshibicjonistką, czy coś... tak prawdę mówiąc to wolę zakrywać swoje ciało, gdy jestem np. na plaży... nie lubię strojów dwuczęściowych... za wiele odsłaniają... najlepiej czuję się w takim jednoczęściowym. jest dla mnie bezpieczny. czuję się wtedy pewniej. ... nie wiem.... nie lubię się pokazywać....
ale jest też druga strona medalu.... wtedy, gdy jestem sam na sam z......
... tak.... wtedy lubię się wdzięczyć. tak jak kotka. wtedy nie lubię się zakrywać. lubię być dziewczyną z "świerszczyka".
wtedy...
eeehhhhh...


www.youtube.com/watch






Komentarze: 0
2010-08-29 16:02
właśnie są obchody 30-lecia powstania solidarności....

kiedyś wywalczyli strajkami wolność..... wywalczyli coś, co miało być dobre. byli nafaszerowani wzniosłymi ideałami, misją...

jeszcze w zeszłym tygodniu stoczniowa solidarność protestowała, stoczniowcy palili opony...
domagali się pracy... godnej płacy... poszanowania praw...

a historia siedzi w wygodnym fotelu i trzymając się łapami za brzuszysko chichocze...


www.youtube.com/watch
Komentarze: 4 pokaż »
2010-08-28 12:43
powodzie, wichury, ulewne deszcze, grad... a teraz do kompletu dołączyła trąba powietrzna.
co jeszcze?

w moim mieście jakoś jest w miarę spokojnie. czasami tylko są bardzo silne porywy wiatru podczas burz. chyba gdzieś jakieś połamane gałęzie były.
i weź tu człowieku nie ubezpiecz sobie mieszkania, domu i sprzętów....
ac na samochód to wręcz obowiązek. o kradzieży jakoś tu specjalnie w moim przypadku nie myślę... mojej żaby to się raczej nikt nie czepi. mało popularny to samochód i odkąd się pojawił na rynku to miał niewielu zwolenników.
i tak sobie patrzę i myślę... jak się wichura zerwie i połamie drzewa przy bloku (a jest ich dużo) i rozwali mi autko... to jakiegoś strasznego finansowego problemu mieć nie będę.
cenię sobie spokój i bezpieczeństwo - a w tej sprawie daje mi to ubezpieczenie.
no fakt... gdyby moja żaba musiałaby iść do kasacji.... oj.... szkoda by mi było.... łezka z pewnością by się pokazała. uwielbiam mój samochód. mam go już ponad 3 lata i ciągle cieszę się nim tak, jak na początku :)
mam to co lubię, co mi pasuje i nie mam najmniejszej potrzeby zmiany w tej kwestii. i tak sobie myślę, że jak kiedyś przyjdzie chwila, że trzeba będzie zmienić samochód... to kupię sobie taki sam model.

i tak już mam w życiu - jak znajdę coś, co mi pasuje, co polubię... nie mam potrzeby szukania czegoś innego, czegoś co mogłoby się okazać "lepsze".
są ludzie, którzy ciągle potrzebują nowych bodźców, emocji, atrakcji, zmian.
trochę taki był mój "ex".
po 3 miesiącach od kupna samochodu, on już mówił, że mu się znudził... że mógłby kupić coś innego...
często zmieniał pracę. nie usiadział w jednej dłużej niż 2 lata. w nowej pracy na początku - wiadomo: poznawanie specyfiki firmy, wgryzanie się w pewne tematy, układanie sobie spraw po swojemu... a gdy już wszystko było uporządkowane i trzeba było robić swoje.... mojemu "ex" zaczynało się nudzić i wyszukiwał bardzo racjonalne powody, aby uzasadnić nimi zmianę pracy...
aż dziwne, że mnie nie wymienił na inny model po kilku latach małżeństwa. ale tak sobie myślę, że dawałam mu w tych jego ciągłych zmianach jakieś bezpieczne, stałe miejsce... byłam jak przystań, o której wiedział, że jest zawsze... przecież nawet samochód wyścigowy co jakiś czas zjeżdża do garażu na przegląd, drobną naprawę, dotankowanie.... a potem znowu gdzieś pędzi... a garaż nie jest chwilowo potrzebny...

tak... są ludzie, którzy lubią spokojniejszą jazdę przez życie.... są tacy, którzy pędzą zafascynowani bezrefleksyjną zmiennością...


www.youtube.com/watch

Komentarze: 3 pokaż »
2010-08-27 19:56
siedzę sobie...
obok leży wypełniony wiadomościami segregator... ale uczyć się dzisiaj nie będę.
jestem zmęczona. dzisiaj chcę się wcześniej położyć. muszę odsapnąć.
mam "wolny" weekend - córcia pojechała do "ex" i wróci w poniedziałek.  naukę zacznę jutro.

dzisiaj na szkoleniu było więcej rozmów telefonicznych. przerabialiśmy procedury (niewielką ich część). muszę je "wydziobać" prawie na pamięć. i jak tak ćwiczyliśmy "gadanie" to często miałam taką totalną pustkę w głowie... niby tak na spokojnie to wiedziałam, jaki ma być tryb postępowania, ale jak przyszło symulować taką rozmowę z trenerem... masakra. nie wiadomo było, jak się odezwa i co powiedzieć.
niby mamy gotowe schematy mówienia.... no ale ta próżnia w głowie się robiła...
jest też słownictwo zalecane i  zakazane.
ciężko będzie się przestawić z takiego normalnego mówienia na te schematy.
no ale wiem, że z czasem wejdzie mi to w krew.
już mi się kiedyś przytrafiało, że w mojej dotychczasowej pracy odbierałam przywatny telefon i przedstawiałam się formułką powitalną mojego banku. :) a w tej pracy nabawię się tego "zboczenia" dosyć szybko.



a teraz czas na odpoczynek....
wyciągnę się na kanapie....
jest mi dobrze.
spokojnie.
...choć tęsknoty przeróżne we mnie siedzą...


www.youtube.com/watch


Komentarze: 1 pokaż »
2010-08-23 22:39
wiedzy na szkoleniu co raz więcej... a w związku z tym zamęt w głowie jeszcze większy. czuję się z tym wszystkim niezbyt pewnie... a przecież wiele spraw nowością dla mnie nie było... a jaki zamęt muszą mieć w głowie inni? ... jak są zielonymi szczypiorkami świeżo po studiach... no  - jeszcze poza jednym facetem, który kiedyś pracował w dwóch innych bankach.
czekam, aż mi dadzą konkretne procedury, na podstawie których mam pracować.

dzisiaj było pierwsze "starcie" z telefonem. nauka logowania na nim, przełączania, jakieś podstawowe funkcje. zaglądamy też już do aplikacji testowej i zaczymany się uczyć "z czym to się je"... klikamy w okienka, funkcje... jeszcze niezbyt wiedząc po co i co  się potem będzie działo.


a w weekend było fajnie :)
ruiny zamku krzyżtopór odwiedzone.
młoda zadowolona skakała jak koziczka.
następny weekendowy wypad będzie do baranowa sandomierskiego. a i po sandomierzu pewnie też się przejdziemy.
tylko jeszcze nie wiem, kiedy ten weekend będzie.


www.youtube.com/watch
Komentarze: 6 pokaż »
2010-08-17 19:58
szkolę się w nowej pracy.
drugi dzień minął.
na razie była wiedza "miękka", czyli takie różne ogólniki...
od jutra już będą konkrety.
grupa nowoprzyjętych liczy 9 osób.
z wyjątkiem mnie i jednego faceta, wszyscy młodzi, świeżo po studiach.... ale już ze świadomością, że studia wcale nie otwierają drogi do szybszego znalezienia dobrej pracy (czyt. dobrze płatnej).
w tym temacie klapek na oczach już nie mają. już wiedzą, że trzeba mieć znajomości... bo nie mają znaczenia dobre wyniki i że się "udzielali"...


www.youtube.com/watch
(nieszkodliwe dla ucha)
Komentarze: 5 pokaż »
2010-08-13 12:23
wczoraj pojechałam z młodą do łańcuta.
pałac jest naprawdę ładny. szkoda tylko, że drugie piętro nie było udostępnione dla turystów. no ale jest przynajmniej pretekst, aby pojechać tam jeszcze raz. :)
córcia nie odstępowała przewodniczki na krok. bardzo jej się podobały pokoje, łazienki... no i oczywiście sala balowa z przepięknymi kryształowymi żyrandolami. bardzo ciekawe były powozy... ale młoda była bardzo zniesmaczona na widok trofeów myśliwskich powieszonych na ścianach...
wczoraj było bardzo gorąco... uuuuffff..... a że moja klima całkiem już zdechła.... więc było gorąco w samochodzie...
ale ogólnie jechało mi się dobrze :)
dzisiaj muszę podjechać na stację benzynową i dolać benzynki. wydaje mi się, że moja żaba spaliła śmiesznie mało paliwa.

nie mam kasy na zapewnienie córci jakiegoś przynajmniej tygodniowego wyjazdu wakacyjnego.... ale mogę jej pokazać kilka fajnych miejsc.
za tydzień pojedziemy do miejscowości ujazd. jest tam pałac magnacki "krzyżtopór". ... źle mówię - to ruiny pałacu. są świetne. kto nie był, niech jedzie koniecznie! już tam byłam z młodą, ale koniecznie chce pojechać jeszcze raz.


www.youtube.com/watch
możecie posłuchać tego bez obaw, że ostre dźwięki poranią wam uszy :)
Komentarze: 2 pokaż »
2010-08-12 18:30
od poniedziałku zaczynam pracę ... w miejscu.... w którym nie chcę pracować.... aż mnie trzęsie, żeby tam nie iść.... i to za upokarzająco niską pensję jeżeli chodzi o firmę tego kalibru...
tak w zasadzie mogłam tam pracować praktycznie zaraz po zwolnieniu mnie z oddziału... przyjeli by mnie z otwartymi rękami... ale jest to ostatnie miejsce, o którym myślałam...
taaaa.....
byłam kretynką.... bo miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć coś innego, lepszego... przecież mam niezłe doświadczenie.... a i "kaszalotem" nie jestem...
nawet w ostatnich dniach miałam naprawdę dużą nadzieję na pracę w fajnym miejscu... wszystko już tak fajnie wyglądało...
niestety. skończyło się niezłym rozczarowaniem i dołem... po cholrę robiłam sobie nadzieję?! dlaczego do tej pory nie nauczyłam się, że robienie sobie nadziei na coś fajnego kończy się dla mnie tylko rozczarowaniem...
gdybym dała sobie spokój z tymi durnymi mrzonkami, zaczęłabym pracować w tej firmie, w której nie chcę pracować, i nie wydałabym sporej części moich oszczędności.
... normalnie... jak kiedyś znowu przyjdzie mi do głowy mieć nadzieję, że przytrafi mi się coś fajnego... to palnę się w ten pusty, durny łep. oszczędzę sobie rozczarowań.


www.youtube.com/watch
Komentarze: 7 pokaż »
2010-08-10 22:44
www.youtube.com/watch


www.youtube.com/watch



grają rewelacyjnie.
a prekusista zawaliście nagina!
Komentarze: 0
2010-08-10 22:27
no i dziecko się nade mną znęca. :/
młoda musi się wyżyć, wyskakać, wydotkać, wyprzytulać....
a że przy tym skacze po ukochanej mamusi??? tym lepiej! ... dla niej oczywiście...
przewraca mnie na łóżko, gniecie, ściska.... ostatnio mnie nawet jędza w udo ugryzła! ale nie byłam jej dłużna! ooo.... co to... to nie! też ją ugryzłam!
i co jakiś czas mam taką "domową przemoc"...
jest kupę kotłowaniny, pisków, śmichów chichów i łaskotania....
:)
a na koniec jest obrażanie i dąsy, że już trzeba kończyć... bo przedmiot maltretowania już nie ma siły....



www.youtube.com/watch

Komentarze: 3 pokaż »
2010-08-08 13:12
Sierpniowe „Zwierciadło”

„„cieszę się, że jesteś dziewczynką” - komunikowane poprzez mowę ciała, postawę wobec córki od momentu, kiedy kobieta pozna płeć dziecka, od narodzin do pierwszego dotyku – daje córce mocne oparcie i ufność, że jest mile widziana na świecie taka, jaka jest. To baza, na której w przyszłości może rozwijać swój seksualny potencjał. Dzięki takiemu doświadczeniu kształtuje się nasze zdrowe poczucie własnej wartości jako kobiety, możemy dobrze czuć się we własnej skórze.”

… no tak… siedzę i myślę… ja takiej bazy nie mam. Mama pilnowała, abym miała ugotowane jedzenie, czyste ubrania…. nie dawała sobie rady z ojcem i z tym, co wyczyniał… przeżyła tylko dzięki tabletkom psychotropowym… a ja widząc jej częste łzy starałam się być taką bardzo grzeczną córeczką… taką, z którą nie ma najmniejszego kłopotu… która nie chce nic dla siebie, nic dla siebie nie wymaga… bo moje „ja chcę” mogłoby dostarczyć mamie dodatkowych problemów… pamiętam, że jak dostałam pierwszej miesiączki, to mama pokazała mi jak sobie liczyć, kiedy będę miała okres, kupiła ze dwie książki o dojrzewaniu… i tyle było z rozmów mamy z córką……
No i rosłam sobie…. Sama…. Po prostu naturalne było, że jestem cicha i spokojna, że dobrze się uczę, czytam książki, nie palę, nie piję, jestem na czas w domu, nie ma problemów z chłopakami, bo chłopaków nie miałam… ale nikt mnie nie chwalił za to, jaka jestem… nikt też mnie nie chwalił, za to, że ładnie wyglądam, że jestem pierońsko zgrabną blondyną…
Pamiętam taką niby banalną rzecz… siedziałam na fotelu i miałam podciągnięte do pupy stopy…. I mama powiedziała wtedy: „co ci te kolaniska tak sterczą do góry…” i te kolaniska tkwią mi w głowie do dzisiaj…. Zawsze było mi ciężko patrzeć na siebie, jak na osobę atrakcyjną…. Taaa…. A brat mi kiedyś powiedział, że podobałam się wtedy wszystkim jego kolegom… tak bardzo, że bali się do mnie podejść i zagadać…
Naturalne jest, że mała dziewczynka ma taki etap w życiu, że chce być księżniczką w oczach swojego taty. Ja też tak kiedyś miałam. Pamiętam, że jak wychodziliśmy gdzieś całą rodziną, to ja zawsze szłam z tatą za rękę… tata zawsze chodził bardzo szybko a ja starałam się tak wyciągać nogi, aby iść równo z nim. I byłam z siebie cholernie dumna, że tylko ja nadążam za tatą!... no ale ojciec miał swoją ukochaną księżniczkę – wódkę i to ona wygrała.
Pamiętam, że gdy byłam nastolatką, swoją upraną bieliznę wieszałam do wysuszenia na kaloryferze w swoim pokoju… nie pamiętałam dlaczego… jakiś czas temu tak sobie rozmawiałyśmy z mamą…. Powiedziała, że ojcu się bardzo nie podobało to, że moja bielizna wisi w łazience na widoku… musiałam ją chować…
Dzieciństwo ma cholernie duży wpływ na dorosłe życie… w moim dzieciństwie narodziły się kompleksy, lęk, brak wiary w siebie… czas nastoletni i część mojej dorosłości ten stan tylko pogłębiał.
Dlatego ja swoją córcię chwalę na każdym kroku, ciągle o wszystkim gadamy, nie ma tematów tabu… mała zawsze widzi moją akceptację. A jeżeli nie pochwalam rzeczy, które robi to zawsze konkretnie wskazuję jej co i dlaczego mi nie pasuje… wiem też, że muszę dawać jej podwójną uwagę.. również za jej tatę… to, że jesteśmy po rozwodzie wcale nie jest jakimś strasznym ograniczeniem w ich wspólnych kontaktach…. Tata córci zazwyczaj nie zwracał na nią większej uwagi…. Nawet jak byliśmy razem, zazwyczaj wszystko dookoła było ważniejsze od dziecka… no ale on taki „wzór” wyniósł ze swojego domu rodzinnego, gdzie dzieci zazwyczaj przeszkadzały w pracy, bo to ona była największą wartością.

Mam nadzieję, że moja córka nie będzie bała się życia…
Mam nadzieję, że nie będzie bała się sięgać po to, na czym jej zależy…
Mam nadzieję, że będzie umiała głośno mówić „ja chcę!”



www.youtube.com/watch



Komentarze: 7 pokaż »
2010-08-06 11:50
no i nowy prezydent złożył przysięgę....
ciekawe, jaka będzie jego prezydentura.  myślę, że taka spokojniejsza i wyważona. komorowski doda przezydenturze powagi i stateczności.

a kaczyńskiego nie było w sejmie... podobno miał zaplanowane ważniejsze sprawy... ciekawe, co może być ważniejszego w życiu politycznym, niż uroczystość składania prezydenckiej przysięgi?
czyżby go cholera jasna brała? czyżby małostkowa zawiść nie pozwalała mu pogratulować przeciwnikowi?
Komentarze: 3 pokaż »
2010-08-04 15:46
polskalokalna.pl/wiadomosci/pomorskie/gdynia/news/noworodek-mial-ponad-4-promile-walczy-o-zycie,1514627



... że też takie "kobiety" chodzą po ziemi....
siedzę.... i brak mi słów, aby odpowiednio nazwać tą patologię....

kilka lat temu było głośno o tym, że władze szwecji oficjalnie przyznały się, że kilkadziesiąt lat temu przymusowo sterylizowano ludzi chorych psychicznie. było to poddane ogólnej krytyce....
ale czy w obliczu czegoś takiego, poddanie tej szmaty zabiegowi sterylizacji nie byłoby zasadne????
przecież taka patologia pleni się na potęgę.... ta szmata już ma kilkoro dzieci, które tułają się po domach dziecka.... a ta szmata dalej będzie się puszczała, będą kolejne ciąże i dalej będzie chlała...
dla dobra społeczeństwa i dla dobra dzieci, które nie urodzą się z tej szmaty, powinno się ją wysterylizować... i wszystkie jej podobne. mężczyźni reprezentujący patologię różnego rodzaju a posiadający kilkoro dzieci, którymi się totalnie nie interesują - też powinni mieć takie zabiegi.
to samo powinno dotyczyć ludzi trwale chorych psychicznie, ponieważ oni mogą poprostu nie zapanować nad instynktami, których nawet nie będą w stanie zrozumieć. a konsekwencje ich działania będzie ponosiło społeczeństwo, ich najbliższa rodzina i dziecko...
lepiej wg mnie zrobić wszystko, aby osoby patologiczne, takie jak ta szmata, nie miały możliwości zachodzić ponownie w ciążę... i musi to być sterylizacja, bo inne cywilizowane metody antykoncepcji wymagają dobrej woli i dbałości o pewne rzeczy.... a po takich "człekokształtnych" nie ma co wymagać ludzkich zachowań.



www.youtube.com/watch

Komentarze: 1 pokaż »
2010-08-03 13:47
muszę... tak na gorąco....

Oglądam właśnie „obronę” krzyża….
Totalna paranoja. Oto do czego doprowadza fanatyzm.
Widzę staruszków, którzy w normalnych warunkach pewnie utyskiwaliby na młodzież nie ustępującą starszym i schorowanym ludziom miejsca w autobusie…. A tu … siwe głowy pełne agresji, przemocy i nienawiści. Widzę młodą kobietę wrzeszczącą z obłędem w oczach do księdza, że krzyża usunąć nie dadzą, bo inaczej poleje się krew… a gdy księża szli w kierunku krzyża tłum zaczął skandować: precz z komuną! Widzę harcerzy, młodych ludzi, którzy patrzą na to wszystko zdezorientowani…Ci fanatycy nie szanują przedstawicieli własnej religii… traktowali ich jak wysłanników szatana... nie szanują ich decyzji… episkopat, harcerze, kancelaria prezydenta - podpisali porozumienie, aby godnie potraktować symbol religijny....
Wg mnie polska staje się w tej chwili pośmiewiskiem europy, centrum fanatycznego zacietrzewienia i agresji religijnej. Grupa fanatyków religijnych decyduje, jakie symbole mają być przed urzędem państwowym…
Dla mnie to co zobaczyłam, jest przerażające.
Wszystko komentuje teraz Szymon Hołownia – zgadzam się z nim w pełni. właśnie mówi mniej więcej to, co ja tu napisałam....
Komentarze: 5 pokaż »
2010-08-03 10:08
ostatnio po raz drugi poczułam, że określenie "ten wiek" dotyczy już i mnie.
po raz pierwszy usłyszałam "jest pani w tym wieku, że..." u ginekologa. powiedział, że jeżeli chciałabym się zdecydować na drugie dziecko, to powinnam się pośpieszyć.... niby zdrowizna jestem, ale to już "ten" wiek się zbliża...
a drugi raz...
niedawno przeczytałam jedno z ogłoszeń o pracę...
napisali tam, że też przyjmują osoby pomiędzy 30 a 45 rokiem życia....
taaaa.... to ja już się zaliczam do tej grupy, którą TEŻ  zatrudniają....
i tak w zasadzie to mogłoby tłumaczyć to, że nie mogę znaleźć pracy pomimo sporego doświadczenia...
"ten wiek".... ufff....
smutne to, gdy do człowieka dociera taka świadomość.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 0
2010-08-02 12:56
Już nie raz i nie dwa słyszałam, że w związku trzeba iść na kompromisy. Że nie można z uporem trwać przy swoim zdaniu…. Przy różnicy zdań – kompromis. Ja trochę zmienię zdanie i ty trochę zmienisz zdanie… i co z tego wychodzi? Ano to że nikt nie ma tego, co chciał, co mu się podoba, na czym mu zależy.

Pamiętam, jak urządzaliśmy z „ex-em” mieszkanie… glazura i terakota w łazience i kibelku… sporo chodziłam po sklepach i najbardziej w głowie utkwiły mi odcienie beżu w połączeniu z elementami w złotym kolorze. Do innych nie miałam przekonania. „ex” natomiast do sklepu poszedł raz… i stwierdził, że chce mieć wszystko bordowe. I nic innego mu się nie podoba.
No i jaki kompromis można by tu zaserwować? Mieliśmy wybrać coś, do czego obydwoje nie mielibyśmy przekonania?
Otóż w takiej sytuacji „kompromis” jest taki, że wygrywa osoba, która ma silniejszą pozycję w związku. Ta uległa przegrywa.
Łazienka była bordowa. :/

Samochód…. „Ex” podobały się zawsze duże samochody, najlepiej kombi…. Ja wolałam zawsze takie małe 3 drzwiowe…. Mieszkamy w mieście i tu najczęściej się jeździ…. Więc wg mnie najrozsądniej było kupić samochód mały – takim wszędzie można się wcisnąć i zdecydowanie łatwiej znaleźć miejsce parkingowe, są mniejsze koszty ubezpieczenia (mniejsza pojemność silnika), mniejsze spalanie… gdybyśmy kupili taki jakiś „kompakt” typu 5-drzwiowa corsa, to nikt by nie był zadowolony. A że „ex” miał większą siłę przebicia – to zawsze mieliśmy duże samochody. A ja nimi praktycznie nie jeździłam… choć uwielbiam kierować samochodem.
No ale nic. Któregoś dnia ( a jadłam wtedy leki antydepresyjne, więc byłam silniejsza) udało mi się wykłócić, kupno samochodu dla mnie… w końcu przecież to ja do pracy tłukłam się autobusami na drugi koniec miasta, to ja robiłam zakupy, to ja opiekowałam się dzieckiem, to ja latałam z nią po lekarzach w razie potrzeba…. No dobra! Wywalczyłam! No i co nastąpiło??? Kompromis!!! A jaki? Autkiem, które od początku byłam zachwycona był fordzik ka i mogłam sobie pozwolić na kupno kilkulatka… natomiast „ex” go nie cierpiał…. No i co? Usłyszałam szantażyk: jak kupisz inny samochód niż Seicento, to ci w niczym nie pomogę!... a że ja nigdy nie miałam samochodu, to uważałam, że sobie mogę nie poradzić… tak to zawsze przedstawiał „ex”… więc w ramach kompromisu zgodziłam się na samochód, którego nie chciałam.

Albo np. sprawa wakacji… na szczęście w tej kwestii u nas nie było jakichś specjalnych zgrzytów ….jeżeli jedna osoba lubi jeziora i żeglowanie a druga góry…. No cóż…. Tu kompromis też będzie wyglądał ta, że zawsze jedna osoba będzie niezadowolona…. Albo obydwie, jeżeli zdecydują się na wakacje np. pod łodzią…. Jest również opcja, że będą spędzać je osobno… ale nie oszukujmy się – kogo teraz stać na spędzanie oddzielnych wakacji? (no… są tacy, ale ja nie znam)

Wg mnie kompromis jest rezygnacją z tego, co mi się podoba na rzecz…. No właśnie. …czego? Przy równych pozycjach w związku ludzie mogliby się dogadać i wybrać…. coś innego. No ale skoro komuś podoba się bordowa glazura a drugiej osobie beżowa… to co mogą wybrać… coś co nie do końca odpowiada obojgu. To samo z samochodem.
Ten sam schemat dotyczy praktycznie wszystkich rzeczy spornych w związkach.
kompromis sprawia, że w pełni zadowolona jest jedna osoba albo nikt.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 9 pokaż »
2010-08-01 00:41
no tak... jak by nie patrzył.... córcia mi rośnie. ostatnio przyleciała do mnie z radosnym odkryciem:
- mamusiu! popatrz! cycuszki mi rosną!
no i faktycznie.... mam wrażenie, że coś tam już lekko drgnęło.
córa wniebowzięta!
a ostatnio tak się przytrafiało, że wieczorkiem córcia widziała kilka razy reklamę jakichś tabletek dla facetów na potencję. no i tam padał tekst, że erekcja jest wtedy dłuższa....
no i tylko czekałam, aż młoda zapyta. :) bo zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. dzieciaki w tym wieku mają uszy jak radarki i wyłapują wszystko, co wiąże się z seksem i są wielce zainteresowane.
ostatnio doczekałam się.
to jej mówię, że erekcja dotyczy facetów i jest w czasie seksu. no i że wtedy pałka faceta staje się twardzsza i jest to dla niego szalenie przyjemnie.
córcia trochę pochichotała i ostatecznie stwierdziła: aaaa ffffuuuuujjjjj!
no i temat zamknięty.
dalej nie tłumaczyłam, bo i po co. to nie na jej wiek, a i jej samej moje tłumaczenie wystarczyło i już nie wnikała więcej.



www.youtube.com/watch
(bardzo lubię ten kawałek)
Komentarze: 5 pokaż »
2010-07-30 20:44
Nie jestem w stanie zrozumieć sposobu myślenia osób wierzących w boga.
Jest dla mnie bardzo dziwne.
Oglądam tv i słyszę takie teksty: bóg pozwolił na…. , dzięki bogu udało się…, bóg dał….
Pierwsza sytuacja:
Wypowiadają się tegoroczni powodzianie. Mówią, że w 2001 roku była powódź i zalało im dom i sklep. Stracili wszystko, ale bóg pozwolił i odbudowali wszystko, założyli kwiaciarnię…. a terza znowu wszystko stracili....
Druga sytuacja:
mały chłopiec, który zjadł granulki „kreta” przeszedł szczęśliwie operację dolnej wargi. Rodzice się cieszą, bo dzięki bogu wszystko się udało….
Tego samego typu teksty słyszałam od bardzo religijnej pani, z którą leżałam w szpitalu.
3 razy przechodziła bardzo ciężkie porody, natomiast 4-ty bóg dał, że był lekki…. Miała problemy ze zdrowiem, ale dzięki bogu operacje się udawały. Miała z synem wypadek samochodowy, ale dzięki bogu nic się im nie stało…
Zadziwia mnie to.
Wszystkie dobre rzeczy przypisują opiece boga…. A nie temu, że są pracowici i potrafili odbudować dom po powodzi i że inni dobrzy ludzie im pomogli…. Nie temu, że chirurg był fachowcem i dobrze zoperował… nie temu, że mieli zapięte pasy bezpieczeństwa, sprawny układ hamulcowy i syn miał refleks…
A w takim razie skąd się biorą złe rzeczy, które się nam przytrafiają?
…zły los tak chciał? Źli ludzie to sprawili?...
No bo przecież to z pewnością nie bóg sprawił, że nakrętka z „kretem” dała się odkręcić i że dziecko to wypiło… to przecież nie bóg sprawił, że kobieta przy porodzie bardzo cierpiała, miała komplikacje i prawie się wykrwawiła… to nie bóg postawił samochód na ich drodze… to nie bóg sprawił, że jest kolejna powódź…
Bogu dziękują, że odbudowali dom…. Dlaczego mu nie „dziękują” za powódź, która go zniszczyła?.... aaa…. Bo to ludzie zaniedbali wały i deszcz był…. Bogu dziękowała, za lekki 4-ty poród, a komu „dziękowała” za męczarnie przy trzech poprzednich?....
Z takim myśleniem ciągle się spotykam…. I nie pojmuję tego. Wybieranie sobie pewnych działań, sytuacji, wydarzeń i przypisywanie ich ku chwale wielkości ……


www.youtube.com/watch



Komentarze: 7 pokaż »
2010-07-29 12:09
kobiety to mają przerąbane!
miesiączka!
jak ja tego nienawidzę!
na szczęście od wielu lat łykam hormonki i przechodzę to łagodniej.... ale i tak czuję odrazę...


www.youtube.com/watch

Komentarze: 4 pokaż »
2010-07-27 12:07
pamiętam, że już w ogólniaku bardzo źle się czułam. apatia, poczucie bezsilności, totalny brak wiary w siebie, kompleksy. do tego dochodziło ciągłe zmęczenie fizyczne oraz silny ucisk i ból w klatce piersiowej. czasami ciężko było mi oddychać. byłam u lekarza, porobiłam badania - były w porządku.
w małżeństwie też nie było lepiej.... pogłębiała się tylko depresja. do tego doszły różne męczące dolegliwości, o których nie wiedziałam, że są spowodowane boreliozą.
ogólnie czułam wszechogarniający bezsens. najczęściej nie pokazywałam tego, jaką miazgę mam w sobie - wyglądałam na wesołą istotkę.
a teraz?....
często płaczę. często boli mnie głowa. często czuję ból w klatce piersiowej, a czasami jest tak silny, że aż mnie zgina. czasami "bulgocze" mi w sercu. ale to nerwica a nie jakieś sprawy zawałowe... często płaczę z bezsilności i strachu o przyszłość. kurdę... nawet teraz, gdy to piszę zaczęłam ryczeć. :/ no ale ja już taki beczący typek jestem.
mam do spłaty hipotekę i inne kredyty.... nie mam pracy... (dobrze, że mam jeszcze jakieś oszczędności) ..mam córkę, dla której muszę być wzorem, którą muszę utrzymać...

i jaka jest różnica między tym co było kiedyś a tym co jest teraz?
pomimo tego, że ciągle beczę i zazwyczaj czuję się bezwartościowa?...
w tej całej obecnej beznadziei.... CZUJĘ SIĘ SZCZĘŚLIWA.
mam teraz łzy w oczach i ściśnięte gardło... ale właśnie połaskotałam w nogę leżącą obok córcię.... i sprawiło mi to radość.
zaraz robiąc groźną minę ze słowami: "bo cię huknę w łepetynę, baranku!" pogonię ją, żeby posprzątała swoje porozrzucane ciuchy. i będę czuła się szczęśliwa.
a potem znowu się pomartwię, że pracy nie mam.... pobeczę w duszy... zatopię się w mrocznych myślach.
potem zrobię sobie makijaż... i nawet pomyślę, że wiele kobiet może mi pozazdrościć wyglądu ;)
...choć znowu czuję, że zaczyna mi się odzywać borelka... bo rano, gdy wstaję z łóżka znowu bolą mnie stopy i już kilka razy ukłuło mnie coś w stawach i w boku pod żebrem...
no tak... ciągle ryczę pisząc.
ale wiem, że jak sobie teraz poryczę... to za chwilę mi przejdzie i znowu pomyślę, że wszystko będzie dobrze. znowu będę takim kretynkiem, który ma nadzieję na lepsze jutro.
jest mi bardzo ciężko, ale jest mi lepiej niż gdy byłam w liceum, czy tkwiłam w małżeństwie.
beczę ze ściśniętym gardłem, bólem w klatce, poczuciem swojej beznadziejności...
...ale jestem szczęśliwa.
jestem szczęśliwa takimi małymi drobiazgami, które są w życiu codziennym.


www.youtube.com/watch

(taka muzyka niesamowicie porusza wnętrze...)
Komentarze: 5 pokaż »
2010-07-26 12:44
Zawsze lubiłam zwierzęta. Jeżeli zaczynałam się jakimś stworzonkiem zajmować – dostawało ode mnie dużo troskliwości. Miałam 2 świnki morskie (obecnie mam 3-cią), szczura, kota (odratowana od głodu znajda) i przez chwilę psa (znajda, po potrąceniu przez samochód, trzeba go było uśpić). w czasach dzieciństwa nawet małego kurczaka hodowałam (traktował mnie jak kwokę)…
I nie mogę patrzeć, jak czasami ludzie traktują zwierzęta… często są to ludzie określający się jako ci porządni, religijni, gospodarni….
Gdy kilka lat temu moi ex-teściowie wrócili na „stare śmieci”, czyli do rodzinnej wsi – wzięli sobie psa (taki wilczurowaty mieszaniec)…. Warunki do trzymania zwierzaka mają świetne: duży dom (tak na marginesie bardzo ładny), bardzo duże podwórko wokoło domu, taki spory teren gospodarczy za bardzo dużym, wolno stojącym garażem….
Gdy szczeniak pojawił się na podwórku, teściowa stwierdziła, że do domu go nie wpuści, bo jej nabrudzi… a po podwórku biegać luzem też nie może, bo jej kwiatki poniszczy. No i szczeniak wylądował w kojcu. Raz dziennie był na chwilę wypuszczany, aby sobie pobiegał…. No i co wtedy robił? Szalał z radości! Przecież był niewyżyty, niewyskakany, niewypieszczony, niewydrapany… teściowej się to baaardzo nie podobało – no bo przecież kwiatki jej niszczył!!!! Gdy pies podrósł teść zrobił mu klatkę 2 na 3 metry, wysokość 1,6m z blaszanym zadaszeniem i drewnianą budą w środku. raz dziennie teścio brał go na smycz i szedł z nim na spacer. Oczywiście po wypuszczeniu psa z klatki nie mógł go utrzymać, bo psina się wyrywała… pies skakał z radości i niewyżycia.
Ogólnie na początku był to bardzo fajny, miły pies. Lubiłam go. Z czasem jednak zaczął w tej klatce dziczeć. Teść już nie chodził z nim na codzienne spacery, bo nie mógł go utrzymać na smyczy. Siedział tylko w klatce na brudnej od jego odchodów ziemi…. I zaczynał być nieobliczalny, bywało że warczał i groźnie szczekał na nas...
Pies nigdy nie był szkolony, nigdy nikt go nie uczył co może a czego nie…. Nie był istotą, o którą należycie dbano, bo dawanie jedzenia i picia to jednak nie wszystko, co potrzeba psu. Zwracałam uwagę teściom, że nie powinni psa zamykać w klatce, że trzeba go szkolić od szczeniaka i wtedy będzie mógł biegać po podwórku i nic nie zniszczy… No ale co ja mogę wiedzieć! Przecież młoda jestem to się na życiu nie znam i niewiele wiem!
Pies wg nich jest trzymany tylko po to, aby szczekać, jak obcy będzie w pobliżu domu. Oni nie widzą nic złego w tym, że psy przez całe życie są trzymane na 2-metrowym łańcuchu przy budzie… no przecież po to jest pies! Ma siedzieć i szczekać na obcego! No niestety…. taka prostacka mentalność w ich wsi jest to normą… pobudują piękne domy, pokupują dobre samochody…. A zwierze traktowane jak przedmiot dziczeje w klatce albo na łańcuchu.
… ciekawe jak przetrwał te upały pod zadaszeniem z blachy falistej….



www.youtube.com/watch


Komentarze: 1 pokaż »
2010-07-25 12:52
Na świecie jest dużo bólu i cierpienia….
Za dużo.
Ból jest w nas… ból jest obok – cierpią znajomi, ktoś z bloku obok…
Ból jest też na innym kontynencie wśród kompletnie odległych nam ludzi…
Najbardziej dotyka nas cierpienie osób nam znanych…. Bo kto z nas przeżywa i ubolewa nad wygłodniałą kobietą w Rwandzie, która może właśnie została zgwałcona przez rebeliantów i porzucona w rowie?.... nikt z nas…. To jest daleko…. Nie widzimy tego… A takich tragedii na całym globie jest miliony….
Gdyby tak próbować to ogarnąć umysłem, sercem, emocjami – człowieka przygniecie ten ogrom cierpienia….
Mamy też swoje wewnętrzne demony…. Są różne…. Destrukcyjne myśli… Problemy z relacjami z ludźmi… zdrowie, które gaśnie w krzyczącym bólu lub martwiejącej ciszy… nagłe, niespodziewane śmierci… nałogi, które niszczą…. traumatyczne przeżycia…
Tak… pomagać innym trzeba… ale w miarę naszych możliwości… pomagać tak, aby to pomaganie nie wyniszczyło nas samych… Bo gdy zapomnimy o sobie, gdy zaczniemy umniejszać siedzący w nas ból, problemy… to ten ból i problemy dopadną nas w pewnym momencie.
Jestem dosyć empatyczna. Myślę, że czasami nawet za bardzo… ale uczę się egoizmu. Chcę go mieć w sobie choć trochę. Takiego zdrowego egoizmu. Na razie uczę się w teorii, bo na praktykę jakoś ciężko mi to przełożyć…. Marny ze mnie uczeń… ciągle za bardzo przejmuję się problemami innych…. Ciągle to inni mają większe problemy ode mnie i jakoś sobie radzą a ja?... dlaczego „narzekam”??
A jak to wygląda u mnie? Na takim moim „poziomie” – wiem przecież, że ludzie mają zdecydowanie większe problemy, ale chodzi mi o sam MECHANIZM, ZASADĘ DZIAŁANIA.
Mój ojciec pije. Jak mieszkałam jeszcze z rodzicami od dzieciństwa naoglądałam się „pięknych” obrazków „tatusia”….
No ale przecież…. INNI MAJĄ GORZEJ!!!!! W innych rodzinach pijany ojciec awanturuje się i bije rodzinę!!! Więc u mnie nie jest aż tak źle! Powinnam współczuć innym i cieszyć się, że omijały mnie takie tragedie. Miałam swój czysty pokój, więc byłam szczęściarą!
A w małżeństwie? No cóż…. Ja tylko byłam samotna. W obliczu wielu małżeńskich nieszczęść, które są w innych rodzinach… zdrady, bicie, picie, wyzywanie…. Powinnam skakać ze szczęścia, bo u mnie w domu tego nie było!
Takie myślenie – pomniejszanie swoich odczuć, swojego bólu – bo inni mają gorzej, ciężej i jakoś sobie radzą – doprowadzało mnie tylko do pogłębiającej się depresji. No bo przecież chyba mam nasrane w głowie, że płaczę z powodu takich „małych” kłopotów! Jakąś kobietę właśnie mąż tłucze a ja płaczę, bo jestem samotna! Jak ja śmiem! Nie mam do tego prawa! To ona ma prawo do płaczu nie ja!

Teraz uczę się tego, że obok mnie ZAWSZE ktoś będzie miał ciężej…. Ktoś będzie chorował, umierał, kogoś będzie mąż bił, dzieci ciągle będą porzucane…. Ale w tym wszystkim co mnie otacza - to co ja czuję też jest ważne dla mnie!
Bo od jakiego poziomu moje problemy mają stać się w opinii innych ważne i będę miała prawo do powiedzenie: jest mi ciężko? – gdy stracę pracę i nie będę miała z czego żyć? – gdy mi dziecko umrze? – czy gdy mnie ktoś na ulicy pobije i zgwałci? – czy gdy najbliżsi będą mnie traktowali jakbym się dla nich nie liczyła?

Każdy ma prawo do swojego bólu, płaczu, demonów szarpiących duszę….. niezależnie od tego na jakim to się dzieje „poziomie”… nawet jeżeli obok znajdzie się ktoś, kto nas „przelicytuje”…. A ktoś taki zawsze się znajdzie….


www.youtube.com/watch




Komentarze: 1 pokaż »
2010-07-24 13:47
wczoraj oglądałam na tvn style program wojciecha cejrowskiego "po mojemu".
już kilka razy widziałam te jego programy, ale to tak raczej z przypadku, bo nie kupuję programu telewizyjnego i nie wiem co leci i kiedy.
dawno temu cejrowski prowadził program "wc kwadrans". nie znosiłam go wtedy, ponieważ program był taki... polityczno-religijno-moralizatorski.
no ale teraz - bardzo mi się podoba podejście do życia, króre prezentuje w "po mojemu". nie ma tu jakiejś skarajności w poglądach. są za i przeciw. pokazuje wady i zalety męskich i kobiecych zachowań w różnych sytuacjach w życiu bez jakiegoś upiększania czy idealizowania. wczoraj np. rozmawiał z instruktorem jazdy rajdowej o zachowaniach za kierownicą. i doszli obaj do wniosku, że nie ma czegoś takiego, że jednoznacznie można wskazać mężczyzn jako tych lepszych za kierownicą. :) rozmowa panów była bardzo fajna.
ogólnie po kilku obejżanych odcinkach (w zeszłym roku widziałam kilka) mogę powiedzieć, że cejrowski zna się na kobietach.
polecam ten program.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 1 pokaż »
2010-07-23 20:07
no i po co mi to?
no i po co ze mnie taka romantyczna dusza...
siedzi w duszy parę pragnień.... a rzeczywistość wali mnie młotkiem w czoło.


www.youtube.com/watch




Komentarze: 0
2010-07-21 12:48
 dzisiaj na interii przeczytałam artykuł o felicjańskiej (ta modelka, co jadąc po pijaku skasowała kilka samochodów)
kurde!
jaka ona bidulka!
lubiła sobie chodzić na ""cyku", bo weselej, codziennie "kulturalnie" poiła się w domciu winkiem... kurde! a kto jej wkładał do ręki kieliszek!
a teraz ubolewa... że alkoholizm to poważna ŚMIERTELNA CHOROBA! nowotwór to choroba! a pijaństwo to głupi wybór! ucieczka przed życiem i jego problemami.
chleją, zabawiają się, rozwalają życie i psychikę swoim rodzinom a potem krzyczą: pomocy, jestem chora! zrozumcie mnie !
... albo dalej chleją uważając, że "coś" im się w końcu od życia należy i mają w dupie innych.

www.youtube.com/watch

Komentarze: 11 pokaż »
2010-07-20 21:01
Obok bloku mojej mamy stoi taki inny, komunalny. Jest to wylęgarnia wszelakiej patologii i złodziejstwa.
Zajeżdżam dziś na parking pod blokiem mamy i co widzę? Na trawniku przy patologicznym bloku rozłożone dwa kocyki, kilku pijanych dżentelmenów sobie śpi a ich damy siedzą i popijają piwko.
Istna sielanka.
Mama mi powiedziała, że dwóch pierwszych jegomości pojawiło się o 5-tej rano. Tak… tak… już ich suszyło.
Musiałam obok nich dzisiaj kilka razy przejechać. Normalnie… czułam się nieswojo… stali też tam tacy już sini od wódy pitej przez całe lata…. A ludzie w moim wieku… Po prostu w pewnym momencie zaczęłam się bać, czy przypadkiem nie zacznę im „przeszkadzać”….
A mojemu ojcu bardzo się podoba to towarzystwo. Zachwycał się tymi „paniami” z kocyka…. Mama mi powiedziała, że nie zwracając uwagi, że mówi to do swojej żony, stwierdził rozemocjonowany: „ale niezłe dupy tam siedzą!” i zrobił jeszcze kilka uwag w tym tonie.
Jego aż trzęsie za tym, aby sobie na takim kocyku usiąść…. Bo towarzystwo do picia jest. Taaa…. Teraz jak ojciec dziennie 2 dużych piw nie wypije, to go zaczyna coś trząść, zalewa go potem i nie może sobie znaleźć miejsca…. Wolałby wódkę pić… ale mama mu nie pozwala. Choć, jak sama mówi, nie wie co on pije gdy idzie do garażu.
Wiem, że jak byliśmy z bratem mali, to ojciec dostał padaczki od alkoholu…. Dobrze, że tego nie pamiętam.
Nie mogę patrzeć na ojca. Nie mogę przebywać w jego towarzystwie. Flaki mi się wywracają.


www.youtube.com/watch

Komentarze: 2 pokaż »
2010-07-18 20:18
w takie upały jak ostatnio najlepszy jest basen.
było jak zwykle bosko! :)
ledwo wylazłam z wody... lubię ten stan po wysiłku.
ręce miałam tak wymęczone, że gdy mi przyszło naciągać na siebie spodnie... to ciężko było. ciało wilgotne, niedokładnie wytarte... ledwo się wcisnęłam... ufff.
w szatni zauważyłam jedną rzecz. wkurza mnie to.
baby włażą do szatni jak do obory zapominając o zamknięciu za sobą drzwi.
często otwarte są drzwi na korytarz i takie drugie wejściowe na basen.
no i jeszcze wchodzą do szatni nie zmieniając butów na klapki basenowe. - to nic, że jest wyraźnie napisane, aby zmieniać.
a jak takiej jednej zwróciłam uwagę - to zdziwiona.


no ale ostatecznie - po pływaniu pozostaje stan błogiego rozluźnienia... rozruszane mięśnie mogą sobie odpocząć...
jest fajnie. :)

www.youtube.com/watch

Komentarze: 3 pokaż »
2010-07-17 16:29
tak sobie patrzę, jaka to afera i zgorszenie się dzieje... bo jest parada...
a niech sobie paradują i manifestują. jak się to komuś nie podoba, to niech na to nie patrzy i nie lezie w miejsce, gdzie przez 2, 3 czy 4 godziny będzie coś, co mu się nie podoba.
 mnie też denerwuję katolickie procesje w miastach i śpiewanie przez głośniki, pielgrzymki do częstochowy stwarzające zagrożenie ruchu w całej polsce... albo dzwony kościelne przed mszami (kościół mam przy bloku)... jak ludzie chcą to robić - to niech sobie to robią, nawet jeżeli przez jakiś czas zakłócają mój spokój. dopuki mnie nikt nie zmusza do uczestniczenia w tym - jest ok.
i tak sobie myślę...
kiedyś kobiety też musiały manifestować, aby wywalczyć sobie najprostsze prawa.
przecież kiedyś odmawiano im edukacji, nie mogły pracować, nie mogły wyjść za mąż za kogo chciały, nie miały prawa do dziedziczenia, nie miały prawa do głosowania. nawet w XX wieku nie mogły podjąć pracy i założyć sobie konta w banku bez zgody męża (francja)... i niby te oczywiste teraz  prawa musiały sobie wywalczyć.
geje i lesbijki też czegoś chcą... też chcą być równi z innymi.
nawet niby taka głupia sprawa... czy budzi zgorszenie gdy na ulicy namiętnie pocałuje się chłopak z dziewczyną? nie. a gdy to samo zrobią dwie dziewczyny, bądź dwóch chłopaków....
hmmm.... sama pewnie czułabym się tym zmieszana.... ale mają do takiego pocałunku prawo i mają prawo do nie wytykania ich palcami.
myślę, że głównie temu mają służyć te parady.


kurde....
jak sobie patrzę, co wyprawiąją ci nasi prawicowcy.... normalnie nóż mi z kieszeni aż wyskakuje. mają oni jakieś paranoidalne poczucie, że są ofiarami jakiegoś spisku... cały świat się na nich uwziął.
taaa.... i jeszcze... jak ktoś nie myśli tak jak pan K. - to jest niemoralny.
jak to dobrze, że nie może zrealizować zmodyfikowanego lekko hasła  z "teraz kurwa my" na "teraz kurwa ja"....
ogólnie jak sobie patrzę na tą całą politykę, to mi się niedobrze robi....
ludzie!
dajcie mi wiaderko!
niedobrze mi!
a wiaderko mam być z przykrywką! zakryję i nie będzie śmierdziało, jak mi poleci z żołądka....


www.youtube.com/watch


Komentarze: 14 pokaż »
2010-07-16 21:26
nie ma to jak umiejętnie manipulować dzieckiem. mną niestety jeszcze też.
mój "ex" to potrafi doskonale.
w ten weekend córcia jest ze swoim tatą. teoretycznie powinna z nim spędzić cały czas.
no ale gdy "ex" ma inne plany na wieczór (wybranka).... to często zasłania się pracą - normalka. bo wiadomo - z hasłem"praca" się nie dyskutuje. rzecz to nadrzędna - tak mnie "wyszkolił" i tak jakoś mi to zostaje, choć się w jego przypadku staram przed tym bronić.
ale "ex" ma jeszcze jeden fajny wybieg.
gdy zabiera córcię na weekend zawsze jadą do jego rodziców na wieś. a za dziadkami moja córcia specjalnie jakoś nie szaleje... ot - są i tyle. ale za to uwielbia brata mojego "ex" i jego narzeczoną. akurat z tego to się cieszę, bo ex-szwagier ma podejście do dzieci.
 no i co robi "ex" gdy chce spędzić wieczór ze swoją wybranką a tu nastał jego weekend z córcią?
ano... mówi dziecku, że jest możliwość nocowania u ukochanego wujka i cioci.... i dziecko szczęśliwe się zgadza.
spytałam się córci, czy tatuś też będzie z nią tam nocował....
- nie będzie.
- a dlaczego?
- nie wiem...
- no ale przecież jak tata cię bierze, to powinien z tobą spędzać czas, a nie wysyłać do wujka....
- mamusiu! ale to ja sama chciałam u niego nocować!



www.youtube.com/watch
Komentarze: 2 pokaż »
2010-07-13 16:04
lipcowe „zwierciadło”
fragment rozmowy z Cezarym Harasimowiczem.
„ – dlaczego uchodzi pan za optymistę, skoro podobno w głębi duszy jest pan skrajnym pesymistą?
- ciężko nad tym pracuję…
- nad oszustwem?
- nazywam siebie heroicznym optymistą. Bo każdego dnia od nowa powtarzam sobie, że jest lepiej, niż w rzeczywistości czuję. Chociaż serce podpowiada, że ziemia nie jest najweselszą z planet, a los najweselszą z bajek, jakie znam. Ale staram się wykrzesać z siebie pozytywne myślenie. Wszędzie szukać nadziei. To wszystko się ze sobą kłóci, więc się męczę.
……
……
- dlaczego próbuje pan udawać kogoś innego, niż pan jest? Bo ludzie źle się czują w towarzystwie smutasów, pesymistów?
- udaję, bo ja sam tego w sobie nie lubię. Przecież w gruncie rzeczy to… domyślam się, że świat jest fajny. Mam tylko problem z odczuwaniem tego. Moja starsza córka jest taka sama. Skrajne czarnowidztwo. Kiedy staram się z nią walczyć, mówi: „wiesz, wolę się nastawić na mało i dostać więcej”. A mnie się zdarza jeszcze inny rodzaj bólu. Bo gdzieś w środku, głęboko, irracjonalnie i w sprzeczności z charakterem, jednak łapię się na tym, że wierzę w ludzi.
Potem chce się płakać tym bardziej.”


rany…..
lepiej bym tego nie ujęła…. – ja też tak mam.
chcę wierzyć, że będzie dobrze, chcę wierzyć, że życie to fajna przygoda pełna ciekawych wyzwań… chcę wierzyć, że jest sprawiedliwość na świecie, chcę wierzyć, że jak będę dobrze traktowała ludzi, to oni mnie też tak będą traktowali.
Ciągle w wielu sprawach mam jeszcze nadzieję, że się poukłada…
Ale jak patrzę na to co się dookoła dzieje, to wniosek nasuwa mi się jeden – jestem oszustką. Wmawiam innym i sobie coś, czego wewnątrz siebie nie czuję.

www.youtube.com/watch


Komentarze: 3 pokaż »
2010-07-12 16:44

 tak sobie patrzę ile to jest wydatków w domu, gdy pojawi się
 dziecko....
maskra jakaś.
cały potrzebny osprzęt: łóżeczko, wózek, fotelik... itp., ubranka, papmersy.... szok.
a dzisiaj rozmawiałam z bratową....
nawet szczepionki dla dzieci są strasznie drogie.
te, które są fundowane przez państwo, w unii europejskiej zostały już
 dawno wycofane i podają tam bezpłatnie takie nowszej generacji. a w
 polsce dalej podają te starszego typu. ... a za te nowsze trzeba płacić.
no i teraz maleństwo ma mieć 3 szczepionki po 180zł każda.
fajnie.
w przeciągu miesiąca wywal ponad pięć stówek.

normalnie jak tak sobie na to wszystko patrzę... jak ludzie zarabiający
 minimalne pensje (albo niewiele większe) decydują się na dzieci????
 przecież to jest skazanie się poprostu na biedę! i w dodatku zazwyczaj
 kobiety mają potem wielkie problemy w pracy... o ile jej wogóle nie tracą.

jak to dobrze, że ja mam już sporą córcię.... wydatki też spore. fakt.... :(
 ale przynajmniej nikt już nie będzie na mnie patrzył jak na zbrodniarza z brzuchem,
 bo w ciążę nie zamierzam zachodzić. kurde! nawet same badania kontrole
 w ciąży kosztują fortunę! bo przecież "państwowo" to nie ma na co  liczyć.

uffff.... lepię się cała od tego gorąca....


www.youtube.com/watch


ps.
jest godzina 17.20
termometr mam na słońcu i jest 53 stopnie.
skala mi się zaraz skończy.
Komentarze: 4 pokaż »
2010-07-08 20:22
jakiś czas temu byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, po której byłam zadowolona. miałam nadzieję, że może jednak... ale okazało się, że nic z tego. ...rozczarowanie...
po wczorajszej rozmowie też jestem zadowolona....
mam mieć nadzieję...? taaa....

nie rozumiem... o co w tym chodzi....  mam doświadczenie... dobrą prezencję... wysłałam całą masę zgłoszeń...
... i nic. 10 miesięcy nie mogę znaleźć pracy.
a tak w zasadzie to wiem - znajomości się liczą. :/

www.youtube.com/watch

Komentarze: 1 pokaż »
2010-07-06 19:31
potrzebuję kilku kopniaczków w tyłeczek.
a to w celu wzmocnienia szczęścia.
jutro idę na rozmowę kwalifikacyjną.

www.youtube.com/watch

Komentarze: 2 pokaż »
2010-07-05 18:53
praktycznie co wieczór (pogoda nie zawsze sprzyja) mogę delektować się takimi widokami :)








Komentarze: 0
2010-07-03 10:05
słyszę w tv, że za granicą zapowiada się bardzo duża frekwencja wyboracza.
turyści i osoby czasowo przebywające w innych krajach (studia,  praca na określony czas) - tu rozumiem - mają prawo do głosowania.
ale jakim prawem głosuje tzw. polonia, przebywająca już na stałe w innych krajach? żyją gdzieśtam sobie na stałe... kompletnie nie znają realiów życia w polsce... a że mają jeszcze polskie obywatelstwo - to mają prawo decydować, co się będzie w kraju działo.
jakim prawem, ktoś, kto żyje na stałe w innym państwie ma decydować, co się będzie działo w polsce?
jak są takimi obywatelami-patriotami.... to niech wracają do kraju.
jak mogli rzucić wszystko  i wyjechać na obczyznę z ojczyzny - to tym bardziej z tej obczyzny mogą wrócić do kraju.
Komentarze: 3 pokaż »
2010-07-02 17:52
świetny mecz!
aż się chce oglądać!

bye bye brazylio....

www.youtube.com/watch
Komentarze: 3 pokaż »
2010-06-29 17:02
jakiś czas temu pisałam, że zamierzam oddać do pck  niepotrzebne mi i córci ubrania. ciuchy są w bardzo dobrym stanie, czyste, wyprasowane, ciuszki córci pierwotnie szykowałam do oddania do komisu.
chciałam aby ubrania trafiły do powodzian.... ale nie trafią.
zadzwoniłam do pkc z pytaniem, czy przyjmują używane ubrania. - tylko po to aby się upewnić... ale usłyszałam, że przyjmują tylko nowe ubrania. używanych mają cały magazyn i już nie przyjmują.... bo.... powodzianie nie biorą używanych ubrań. a oni już nie mają co robić z używanymi.
dziwne to...
jakoś ciężko mi w to uwierzyć.



tego mogę słuchać na okrągło...
www.youtube.com/watch
Komentarze: 1 pokaż »
2010-06-28 20:41
nie oglądałam wczorajszej debaty.
zdecydowanie bardziej wolałam mecz. ogólnie - dobry mecz nigdy nie jest zły, zwłaszcza gdy mogę sączyć chłodne piffko.
nie cierpię tego przedwyborczego pindrzenia się kandydatów. tych nagłych zmian wizerunków. wczoraj na kogoś pluli, albo ktoś na nich pluł - a dziś pełna komitywa...
najchętniej wcale nie uczestniczyłabym w wyborach.
byłam w pierwszej turze, w drugiej też będę. głosuję na zasadzie "jestem przeciw".
Komentarze: 0
2010-06-27 18:39
byłam dzisiaj z córcią w cyrku.
ona zadowolona. i to najważniejsze
a ja... jakoś nie bawi mnie ten typ rozrywki. zresztą... nie było to najwyższych lotów przedstawienie.
były konie, wielbłądy, psy i 2 foki. szkoda mi było tych zwierząt. choć psy wyglądały na zadowolone. byli cyrkowi rozbawiacze z gagami dosyć pospolitymi. jakieś gimnastyczki ze skośnymi oczami, które reklamowane były jako kobiety gumy... kurde - zdecydowanie lepsza od nich wszystkich była taka mała dziewczynka, która występowała kiedyś w "mam talent".
był też jeden pokaz, który mi się spodobał: gimnastyczki robiące układy na zwisających z wysoka  szarfach.
... a wydatek dla mnie też był to spory: 50zł za wejście osoby dorosłej z max. dwojgiem dzieci do lat 10-ciu (one wchodziły wtedy za darmo).
można było zrobić sobie zdjęcie z foką - odpłatnie oczywiście
można było przejechać się na wielbłądzie - również odpłatnie.
i wiadomo - można było kupić sobie jakieś jedzenie w barku, popcorn, watę cukrową, jakieś tandetne gadżety, baloniki....
... jak rodzice byli podatni na nalegania dzieci.... to kasy wydali kupę.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-06-26 12:08
na szkoleniu dali nam sporo testów psychologicznych. były też dwa indywidualne spotkania z doradcą zawodowym i psychologiem w jednym.
i tak prawdę mówiąc nie dowiedziałam się nic nowego.
mam trochę rozdwojoną naturę. jestem strasznym wrażliwcem, często nie mogę się zdecydować czego tak naprawdę chcę a z drugiej strony wyłazi ze mnie bardzo praktyczna natura, która konkretnie pokazuje, które działania mają sens a które nie.
mam problem z walką o sprawy ważne dla mojej osobistej, wewnętrznej sfery. nie umiem walczyć o rzeczy, które są dla mnie ważne a dotyczą emocji i uczyć... nie umiem się obronić i dlatego ludzie łatwo mogą mnie zranic, wykorzystać. dlatego boję się bliskości. wiem, czym to się dla mnie może skończyć.
nie umiem okazywać gniewu.
psycholog spytała się, czy kiedykolwiek rozbiłam talerz.
- a po co miałabym to robić?
- aby wyładować emocje i gniew.
- .... ale... po co mam niszczyć rzeczy, które są mi potrzebne? których używam... mam zniszczyć a potem będę musiała dokupić... nie stać mnie na takie "zabawy"
- no ale rozładuje pani w ten sposób swoją złość.
- zrobię tylko bałagan, który trzeba będzie potem posprzątać. przecież małe kawałki mogą się wbić w nogę.
- przywiązuje się pani do rzeczy i szkoda pani talerzy?
- nie chodzi o przywiązanie. co jakiś czas robię przegląd w szafie i oddaję niepotrzebne mi ciuchy do domu samotnej matki. nie mam problemu z przywiązaniem do sprzętów... tylko nie widzę powodu, aby niszczyć coś, co jest mi przydatne.

ale jak powiedziałam jej, że jestem DDA, to tylko pokiwała głową... już wiedziała dlaczego są niespójności w odpowiedziach w testach....
i oczywiście... jak to ja... musiałam się poryczeć na rozmowie.
beznadzieja.


www.youtube.com/watch
Komentarze: 2 pokaż »
2010-06-25 17:02
mama mojej bratowej świetnie piecze. zawsze twierdziła też, że uwielbia gotować i mogłaby nie wychodzić z kuchni. brat potwierdzał, że ona bardzo dobrze gotuje.
no i wczoraj dowiedziałam się, że mama bratowej przestała uwielbiać kucharzenie. wręcz stwierdziła, że tego nie lubi i że mogłaby wcale nie gotować.
moja bratowa jest zasmucona tym faktem, bo sama też nie cierpi pitraszenia... a teraz będzie musiała się bardziej wczuwać w gotowanie... jej starsza córcia skończyła już przedszkole i nie będzie miała gotowych obiadków... brat zmienił nieco sposób pracy i .... trzeba będzie im codziennie gotować obiady.... a że mamie bratowej gotowanie się odpodobało - to nie będzie miała gdzie zabierać rodzinki na obiadki.
... a bratowa brzydzi się dotknąć mięsa.... a w kuchni musi mieć błysk...
mówiła mojej mamie, że konieczność gotowania ją przeraża.

o nagłej zmianie upodobań kuchennych mamy mojej bratowej dowiedziałam się od swojej mamy ( rozmawiały na ten temat)
i już wiemy skąd ta nagła odmiana....
... gdy żył jej mąż.... to on biegał na zakupy. to on wiedział, co i gdzie najlepiej kupić. to on wszystko znosił do domu. to on  mył warzywa, mięso... to on to wszystko kroił i szykował....
a mama bratowej tylko łączyła produkty i doprawiała. nawet w robieniu ciast jej pomagał. potem on wszystko zmywał.
a teraz... po śmierci męża sama zobaczyła, jaka to ciężka praca...  i gotowanie już jej się przestało podobać. 
Komentarze: 4 pokaż »
2010-06-23 21:14
jakoś.... marazm mnie dopadł.
chodzę od dłuższego czasu zmęczona. z jednej strony męczące było "ciągnąć" dwa szkolenia naraz. wychodziłam z domu przed 8 rano i wracałam około 22-giej. dobrze, że to nie we wszystkie dni tygodnia tak było.
te szkolenia.... normalnie pic na wodę. są one potrzebne aby osoby organizujące je mogły zarobić sporą kasę...
z pierwszego szkolenia wartościowe były dla mnie zajęcia z komputerów. facet fajnie wszystko tłumaczył, podszkoliłam się z excela. były jeszcze zajęcia z obsługi sekretariatu... facet przygotowywał się.... no ale niestety sporo wiedzy była u niego czysto teoretyczna. fundacja nie zapewniła podstawowych urządzeń biurowych, na których możnaby poćwiczyć obsługę. facet sam załatwił np. bindownicę i laminarkę... no ale niestety - jak ktoś nie miał do czynienia z xero - to sobie nawet na nie nie popatrzył. nie było. dobrze, że ja w poprzedniej pracy miałam z tym stycznosć. były jeszcze zajęcia z taką "mądrą" panią nauczycielką - polonistką, która miała nezłe gadane... prowadziła zajęcia ze wsparcia psychologicznego, technik aktywnego poszukiwania pracy i doradztwa zawodowego.... cóż....totalna strata czasu... zahaczyła o rozmowy kwalifikacyjne, pisanie CV, trochę o stresie.... a tak ogólnie to było gadanie o niczym albo o różnych przypadkach z uczniami w jej karierze pedagogicznej.
no nic...
z tego szkolenia wiele nie wyniosłam... poza excelem.
a drugie szkolenie okazało się być jeszcze większą porażką.
taaaa.... teoretycznie miała to być nauka księgowości komputerowej.
szkolenie dobiega końca...i co się okazało?
na 19 dni szkoleniowych (po 6 godzin dziennie z przerwą obiadową) na księgowość komputerową poświęcono....3 dni... no i jeszcze 1 dzień na "zapoznanie się" z płatnikiem.
czyli.... w kursie księgowości komputerowej - księgowość jest w ilości znikomej.
a na co poświęcono inne dni? 4 dni na exela, co akurat jest w tym dobre.
... 5 dni na warsztaty aktywnego poszukiwania pracy. - jest to nauka jakichś dziwnych technik pamięciowych, robiliśmy masę testów psychologicznych, oglądaliśmy oderwane od życia filmiki jak to należy podchodzić do szukania pracy... no i jeszcze trochę takiego "mądrego" gadania, które mi w niczym nie pomoże.... bo realia są, jakie są...
a reszta dni?
uczyliśmy się o ochronie danych osobowych, o prawach autorskich, o licencjach, o informacji publicznej. uczyliśmy się jak obsługiwać "platformę" (taką do przesyłania danych komunikatorem, do klikania na forum, do e-learningu) .
tego szkolenia z księgowości nawet nie wpiszę do CV. masakra jakaś.

 plusy z tych szkoleń:
- poznałam lepiej excela
- dostanę trochę pieniędzy ze stypendium.

no nic to... jak dobrze pójdzie to nie skończę tego szkolenia, bo zacznę pracę. dzisiaj byłam na rozmowie kwalifikacyjnej.... było dobrze.


niedawno rozmawiałam z nauczycielką córci.... mówiła, że szkoda, że ona nie mogła być na wycieczce. dzieciom się podobało...
ale to co powiedziała, dodatkowo potwierdziło słuszność mojej decyzji.
bezpieczeństwa dzieci nie można opierać jedynie  na szczęściu. -
usłyszałam od nauczycielki, że na miejsce jechali jakimś objazdem, bo coś gdzieś pozalewało.... a dzieci mogły sobie zobaczyć, jak wylała wisła.... fajnie. :/ to sobie pooglądały.
dla mnie wysłanie dzieci na taką wycieczkę było brakiem odpowiedzialności.
tak... mieli szczęście, że im tego objazdu nie zalało...
Komentarze: 2 pokaż »
2010-06-08 23:36
klasa mojej córci jedzie jutro na wycieczkę do bałtowa.
... mają przejeżdżać przez wisłę w annopolu. wiem, że w tamtych okolicach popuszczały wały. nie tak daleko od bałtowa ogłoszono ewakuację jakichś nadwiślańskich wsi, ponieważ również wały nie wytrzymały.
sytuacja jest w tamtym rejonie dosyć dynamiczna. dzisiaj rano było jeszcze w miarę.... a po południu coś w wale rypnęło.
to, że rano dzieci bezpiecznie przejadą trasę nie gwarantuje mi tego, że w ciągu dnia nie wydaży się coś niebezpiecznego.
rzeka jest nieprzewidywalna.
wiem, że w innej szkole ttakie same wycieczki zostały odwołane.
a klasa mojej córci jedzie...
ale ja młodej nie puszczę.
było trochę płaczu.... bo wiadomo, że jest jej szkoda.... ale ostatecznie zrozumiała.

taaa.....
a ja uzyskałam status "zabójczyni wycieczek" :) takie to poczucie humoru ma moja córcia.

jutro spędzimy fajny dzień.
i będę miała pewność, że jest bezpieczna.
Komentarze: 7 pokaż »
2010-06-07 00:22
już część ciuchów mam popakowanych. ale jeszcze muszę sobie zrobić dodatkowy przegląd w szafie.... na półkach u młodej też. miałam je oddać do komisu... ale co tam... "kokosów" z tego mieć nie będę... myślę, że w czwartek będę mogła zawieźć kilka tobołków do pck.
aż mi się serce ściska, gdy widzę zalane domy i ludzi ze łzami w oczach... im się to wszystko bardziej przyda.


jakiś czas temu mój brat był na terenach zalanych.... jest policjantem i ich wysłali.
rozmawiał z niektórymi ludźmi... są tacy, którzy świadomie budowali się na terenach przy wiśle... zdając sobie sprawę z zagrożenia... dlaczego? bo tam są cholernie dobre ziemie i tam tłuką grubą kasę z różnych plantacji.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-06-04 23:26
i co z tego, że jest iskra. "coś", chemia....
jakie to ma znaczenie?
najmniejszego.
nie ten czas i miejsce, nie te okoliczności.
a nadzieje i "marzenia" robią tylko czarną robotę. są jak najbardziej niepotrzebne.
Komentarze: 4 pokaż »
2010-06-01 22:46
:)
no i dzisiaj pojawiła się na świecie druga córcia brata!!!
:)
bratowa miała cesarkę. obydwie czują się dobrze.
:)
ale jestem ciekawa maleństwa!
Komentarze: 0
2010-05-30 16:42
marzenia?....
czym są?
wg mnie nie ma marzeń. są tylko potrzeby życiowe, cele, plany... i trzeba na nie sobie zapracować, aby je zrealizować. plany i cele mają być możliwe do wykonania... bo co z tego, że wymyślę sobie jakieś egzotyczne wakacje, świetny samochód, piękny dom... to są mrzonki. wiem w jakim środowisku żyję i jakie są tu realia. wiem jakie mam możliwości zarobkowe....
małe marzenia?....
 czy marzeniem może być np.... kupno jakichś butów?.... raczej jest to potrzeba. bo jeżeli czegoś nie potrzebuję, to tego nie kupuję.  jak mi się rozwalą jedne buty, to kupuję drugie. nie stać mnie na spełnianie swoich fanaberii... bo jak będę miała kasę, to sobie kupię czerwone szpilki... ale kasy nie mam. proste.  nie ma się nad czym zastanawiać.
mam snuć jakieś wizje, że będę mogła dziecko wysłać na fajne wakacje... że spotkam naprawdę wartościowego człowieka... że znajdę pracę w której mogę się realizować i być doceniana.....
... już to przerabiałam. pozostały mi tylko rozwiane nadzieje, frustracje, że człowiek chyba nie zasługuje na nic.
jakie mogę mieć marzenia?...
nie wiem.
czy marzeniem może być uzyskanie pracy?
nie.
to życiowa potrzeba.
jeżeli mam jakieś pieniądze - mogę zaplanować wyjazd, na jaki mnie stać.  czy to jest spełanianie marzeń? nie. liczę i wiem, na co mnie stać.

dla mnie "marzenia" to bujanie w obłokach, wizje, które pękają jak mydlane bańki w zderzeniu z rzeczywistością. wolę nic takiego w głowie sobie nie tworzyć. nie chcę już płakać z rozczarowań.

poprostu żyję. mam pewne życiowe potrzeby, które muszę zaspokoić - każdy musi.
- praca, pieniądze na opłacenie rachunków, na jedzenie i ubranie. i jeszcze aby coś zostało na spłatę kredytów i zaoszczędzenie na emeryturę.
- zdrowie, które po części odziedziczyłam po  rodzicach i na które sama sobie zapracuję dbając o siebie.
.... myślę... i nie wiem o czym mogę marzyć? czym są marzenia? po co tworzyć w głowie jakąś fikcję?
jest życie i pewne czynności, które trzeba wykonać.
i tyle.

pasja....
jakie czynności należy wykonać, aby ją odnaleźć? jest jakiś "przepis" na pasję? jest to coś, co mogę sobie zaplanować i nauczyć się na pamięć?
Komentarze: 3 pokaż »
2010-05-28 13:29
pasja w życiu...
ona musi się sama pojawić. to musi być już gdzieś w człowieku, albo musi samo przyjść.
wg mnie nie można sobie siąść i postanowić - od dzisiaj zajmuję się tym, albo czymś innym... i to będzie moją pasją a spędzanie czasu, jakieś poświęcanie się temu będzie mi sprawiało przyjemność. trochę to bez sensu.
jakoś w życiu nic mnie tak nie zafascynowało... nie zainteresowało na tyle, aby się temu poświęcać... interesowałam się wieloma rzeczami, ale tak ogólnie. nic mnie nie wciągnęło. moja codzienność była w dzieciństwie i nadal jest zbyt przytłaczająca, i jest tak odkąd pamiętam. marzenia... tak... aby w domu był spokój, aby mama nie płakała, aby ojciec nie przychodził pijany... a potem aby stworzyć własny dom z wartościowym mężczyzną... mieć pracę, która będzie mi przynosiła satysfakcję i pensję, z której będę mogła się utrzymać...to były moje marzenia. takie zwykłe, może nawet przyziemne... ale i tak nie spełniły się.
zazdroszczę im też siły... bo trzeba ją w sobie mieć, aby dążyć do celu i walczyć z przeciwnościami.
tak...
zazdroszczę im tej pasji.
Komentarze: 3 pokaż »
2010-05-26 22:46
oglądam sobie "szubidubidudans" - czyli "you can dance".
lubię patrzeć, jak tańczą...
zazdroszczę im pasji w życiu.... tego, że mają swoje cele, które chcą realizować i pomimo ogromnego wysiłku sprawia im to przyjemność.
za to nie lubię patrzeć jak skamlą o sms-y.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-05-22 19:05
wczoraj zapłaciłam za ubezpieczenie mieszkania.
i uzmysłowiłam sobie jedno... minął już rok odkąd kupiłam mieszkanie...
cały rok...
strasznie szybko minął mi ten czas.
ostatnie lata były dla mnie ciężkie...  fizycznie... ale jednak przede wszystkim psychicznie.
teraz też nie jest lekko... ale w tym wszystkim co mnie otacza... w tym maraźmie... jednak mam jeszcze nadzieję, że wszystko dobrze mi się ułoży.
choć nie powiem... często dopadają mnie myśli, że z tą nadzieją, to jednak głupia jestem.
no ale przecież ... wiem, że ma być lepiej. musi. choć często tego nie czuję. ale musi być lepiej.
Komentarze: 6 pokaż »
2010-05-19 19:12
sprawa wyrejestrowania mnie przez urząd pracy rozwija się.
wczoraj dzwonił do mnie redaktor i powiedział, że rozmawiał z rzecznikiem prasowym urzędu pracy. spytał się o powód wyrejestrowania mnie....
.... no i okazało się, że powodem było zarejestrowanie przeze mnie działalności gospodarczej.
!!!!
pierwsze słyszę, żebym firmę zakładała!
ciekawa jestem, z jakiego źródła uzyskali takie informacje???
albo urząd pracy robi jakąś "radosną" twórczość własną.
no nic...
redaktor ma dalej drążyć temat.
:)
ciekawi mnie co z tego wszystkiego wyniknie....
Komentarze: 2 pokaż »
2010-05-17 09:20
no i po komunii....
postałam sobie w kościele... posłuchałam.... i wątpię, aby dzieci cokolwiek rozumiały z tego, co do nich mówiono... siedziały jak wyszkolone małpki nauczone się na pamięć tekstów, które mają w odpowiednim czasie powiedzieć...
m.in. dzieci składały przysięgę, że do 18-go roku życia nie będą paliły, piły alkoholi i nie będą używały narkotyków.
... taka przysięga od takich małych dzieci? totalna bzdura!


wczoraj słyszałam fragment wypowiedzi kandydata na prezydenta - napieralskiego. jakoś wcześniej mi to nie przyszło do głowy, ale ma w tej kwestii facet rację.
w każdej szkole jest kilku katechetów, księży. są na etatach nauczycielskich i płaci im za to państwo. ... a w szkołach nie ma pielęgniarki, stomatologa, lekarza... nie... na opiekę zdrowotną nie ma pieniędzy... w szkole mojej córki pielęgniarka jest tylko w środy przez 4 godziny....
pamiętam moją podstawówkę i ogólniak. w podstawówce było systematyczne mierzenie i ważenie dzieci. były sprawdzane ewentualne wady kręgosłupa i ogólnej budowy, czystość... systematycznie byliśmy wzywani do stomatologa i zęby były leczone.
... no ale teraz na zdrowie dzieci nie ma pieniędzy. ważniejszy jest katecheta.
Komentarze: 3 pokaż »
2010-05-15 11:21
stanowczo odradzam słodzenie kawy solą.
to nienajlepszy pomysł.
bbbblllllleeeee
Komentarze: 1 pokaż »
2010-05-14 16:45
byłam zarejestrowana jako osoba bezrobotna w urzędzie pracy.
byłam... do czasu rozpoczęcia szkolenia przeznaczonego dla osób zarejestrowanych w urzędzie pracy. szkolenie finansowane jest ze środków unii europejskiej, dostajemy też coś na kształt stypendium - 4zł brutto za godzinę szkolenia (potrącają od tego składki społeczne).
gdy fundacja powiadomiła urząd , że rozpoczęłam szkolenie (mieli taki obowiązek) - to urząd pracy mnie wyrejestrował.
strasznie mnie to zaskoczyło. przecież wciąż byłam bezrobotna... tylko się szkoliłam, a  chyba powinno być pochwalane przez urząd to, że jestem w jakiejś formie aktywna...
napisałam odwołanie od tej decyzji.
najnormalniej w świecie czułam się ukarana za to, że podnoszę swoje kwalifikacje. - co oczywiście napisałam w odwołaniu.
dzisiaj dostałam odpowiedź podtrzymującą decyzję - zostałam wyrejetrowana.
nnnnoooooo!!!!! i tu się wzięłam zajeżyłam! i to zdrowo!
jak można tak postępować z człowiekiem!
czyżby w ten sposób urząd zmniejszał bezrobocie????
w związku z tym powstał kolejny problemik - 24-go maja mam rozpocząć drugie szkolenie przeznaczone również dla osób bezrobotnych (przez pewien czas będę chodziła na 2 szkolenia) i nie wiem, czy będę mogła w nim uczestniczyć... bo również może być wymagane zaświadczenie, że jestem zarejestrowana w urzędzie.... no ale to jest narazie sprawa otwarta - mają do mnie oddzwonić z fundacji organizującej to szkolenie, ponieważ gdy rozmawiałam z ich pracownikiem nie było osoby koordynującej konkretnie ten projekt i nie byli pewni.

no i jak mi pisemko z urzędu pracy nerwa szarpnęło... to wzięłam resztę papierów i poszłam do redakcji naszej głównej lokalnej gazety.
opowiedziałam wszystko redaktorowi.... facet był niesamowicie zdziwiony.... stwierdził, że to jakaś paranoja... spisał, co miał spisać i powiedział, że musi się zorientować w temacie, podzwonić i ... artykulik napisze.
:)
Komentarze: 1 pokaż »
2010-05-11 09:14
ojciec niedawno miał urodziny.
w niedzielę spotkaliśmy się wszyscy na rodzinnym obiedzie.
były prezenty, życzenia.. było wesoło i naprawdę fajnie...

wczoraj wieczorem odbierałam córcię od mamy (wracałam ze szkolenia).... na korytarzu spotkałam ojca... ledwo stał na nogach... coś bełkotał... był schlany...
świętował urodziny po swojemu w garażu... wóda to jest jego radość....
całkiem niedawno mówił z wielkim zadowoleniem... oglądał w nocy walki bokserskie i wypił sobie 5 piw.... cieszył się jak dziecko, że tak fajnie spędził noc....

nienawidzę jego zachlanej mordy.
Komentarze: 6 pokaż »
2010-05-08 22:40
czasami spotykam ludzi, w których od pierwszej chwili coś mi nie pasuje.
czasami są to usta, nos, głos... czasami sposób gestykulacji dłońmi...
są też sytuacje, gdy człowiek od razu wydaje mi się sympatyczny...
na ile te pierwsze wrażenia sprawdziłyby się w późniejszych kontaktach?
nie wiem.
na dwoje babka wróżyła.
mnie też inni oceniają w jakiśtam sposób.
uczę się... że nie wszyscy muszą mnie odbierać pozytywnie. staram się nie przejmować tym ... przecież  nie muszę być lubiana.
zauważyłam, że ludzie "wredni", potrafiący się kłócić, mają w życiu lepiej. otoczenie zazwyczaj wie, że takiej osobie należy ustąpić, należy odpowiednio ją traktować... bo w innym przypadku będzie niedobrze... oj niedobrze...
Komentarze: 2 pokaż »
2010-05-03 23:36
lubię mieć w domu kwiaty doniczkowe. one mnie też chyba lubią. :)
kiedyś... gdy mieszkałam w większym mieszkaniu... oj... było gdzie stawiać doniczki...
teraz metraż mam zdecydowanie mniejszy, ale kwiaty mam. mniej oczywiście...
dzisiaj około godziny zajęło mi czyszczenie liści krotona. ma strasznie dużo liści...
kwiatek jest wielki i nie da się go wsadzić do wanny aby umyć prysznicem.
tak więc naginałam ze szmatką... i sprawiało mi to dużą przyjemność.
ciekawa jestem, jak długo jeszcze będę miała tego kwiatka....
jak tak sobie myślę... to w tej chwili ten kroton ma już jakieś... ponad dwadzieścia lat.
tak.
z pewnością ponad dwadzieścia.
dostałam go od mojej ciotki i pamiętam go u niej, gdy kończyłam podstawówkę.
kroton jest już staruszkiem, ale ma teraz wiele nowych liści. te, które są już duże, pięknie się wybarwiają.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-05-02 17:19
zdrada w związku.
rzecz niezaprzeczalnie zła. jest niezaprzeczalnym objawem tego, że w związku źle się dzieje.
„prawidłowe” działanie powinno być takie – jeżeli dzieje się źle i próby naprawy nie skutkują… to należy się rozstać. no ale jest to taki „koncert życzeń” na który nie każdy może sobie pozwolić… blokują nas nasze wewnętrzne bojaźnie, kompleksy, brak wiary w siebie… blokują nas też czynniki zewnętrzne: liche zarobki bądź ich całkowity brak (co dotyczy zwłaszcza kobiet), brak własnego mieszkania (nawet najmniejszego) do którego można by się wyprowadzić, brak wsparcia w najbliższej rodzinie.
niewiele jest wg mnie osób, które są na tyle pewne siebie, że całkowicie świadomie potrafią dążyć do ułożenia sobie życia wg swojego planu i co więcej – udaje im się to. każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu poddaje się tym wewnętrznym i zewnętrznym ograniczeniom.
tak więc…. ludzie tkwią w związkach, pomimo tego, że jest im źle. robiąc dobrą minę do nienajlepszej gry. przekonując siebie, że wcale nie jest tak źle, że inni mają gorzej.
wiem, co piszę, bo ja też tkwiłam. i nie zdziwię się, gdyby mój „ex” mnie zdradził. było między nami źle… i to bardzo długo. były też bardzo długie okresy bez seksu… a jeżeli już był – to z mojej strony nie było jakiegokolwiek zaangażowania… już bardziej interesowało mnie to, czy sufit trzeba już pomalować, czy jeszcze nie. :/
no i gdyby „ex” mnie zdradził – jakoś specjalnie bym się nie zdziwiła.

rozmawiałam dzisiaj z bratową…. no i to skłoniło mnie do napisania o zdradzie…. bo często zdrada nie jest wyrazem złej woli czy głupoty… lecz jest wynikiem frustracji, samotności…
bratowa opowiedziała mi o swojej koleżance z pracy. … z jeszcze inną dziewczyną próbowały jej parę kwestii wyjaśnić… no ale nie dało rady… jest to strasznie wierząca katoliczka wsłuchana w słowa księży…
pierwszy raz kochała się ze swoim mężem po ślubie i od razu zaszła w ciążę. W czasie ciąży seksu oczywiście nie było, bo to grzech. Przecież dziecko w brzuchu… po urodzeniu dziecka też nie…. bo drugiego już mieć nie chciała a najlepszą metodą antykoncepcji jest wstrzemięźliwość. Nawet prezerwatyw nie uznaje, bo to grzech.
ich synek ma teraz półtora roku… i dopiero teraz, jak to sama określiła: mąż wybłagał na niej seks. no a że nie stosowała zabezpieczeń – to znowu jest w ciąży… i teraz płacze…. bo mąż w pracy ma nieciekawą sytuację i mogą go zwolnić, ją też pewnie po macierzyńskim szefowa wyrzuci (ona tak właśnie robi)… a mają hipotekę do spłaty….
no i jak jest teraz w ciąży – to znowu biedny chłopina przez następne lata będzie mógł zapomnieć o seksie….
i czy zdziwiłabym się, gdyby ją zdradził?
nie.
czy będą ze sobą? - tak. razem będą ich trzymały dzieci i hipoteka.
a on?
cóż. możliwości są takie:
- będzie wierny, sfrustrowany, żebrzący o seks. (przecież zdrowy mężczyzna go potrzebuje i nie może "jechać ciągle na ręcznym"
- znajdzie sobie stałą kochankę
- będzie klientem agencji towarzyskich

oczywiście – można powiedzieć, że widocznie takie życie mu pasuje… ale często sytuacja niespodziewanie nas przerasta… rozwija się w nie tym kierunku, który był założony… i tu należałoby napisać to, co umieściłam na początku tekstu.

czy całkowicie potępiam zdradę?
nie.
ale też jej nie pochwalam.
...różne mogą być jej przyczyny. świat nie jest czarno-biały. jest to gama szarości, zależności, uwikłań…
Komentarze: 2 pokaż »
2010-05-01 22:10
"dzień świra" z markiem kondratem w roli głównej.

to chyba dopada w jakimś stopniu każdego z nas.
dziwne myśli, zachowania niekiedy niezrozumiałe dla innych. jakieś swoje upodobania...
różne układy rodzinne... niespełnienie w różnych dziedzinach.... rozczarowania...
czy nie rzucamy od czasu do czasu "kurwami"? choćby tak w duchu?


właśnie usłyszałam tekst ojca do syna podczas poprawiania kaptura od bluzy: jak tatuś zrobi dziubek, to nie ma chuja we wsi!
:)
no i ogólnie rozmowy tatusia z synciem są rewelacyjne.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-04-30 18:34
szkolę się.
szkolenie skierowane jest do osób bezrobotnych, finansowane ze środków unijnych. uczestnikom tego szkolenia jest wypłacane stypendium: 4zł brutto i potrącane są składki społeczne.
i tu pojawił się problemik.
w zeszły piątek dostałam z urzędu pracy pisemko. poinformowali mnie, że zostałam wyrejestrowana. podali kupę paragrafów na poparcie swojej decyzji, które mi nic nie mówią, ale wiem, że chodzi tu o te składki.
no ale przecież ja w dalszym ciągu jestem bezrobotna! tylko się szkolę!
... więc... wychodzi na to, że zostałam ukarana wyrejestrowaniem za podjęcie aktywności w podnoszeniu swoich kwalifikacji.
wiem od osób ze szkolenia, że inne urzędy zawieszają tylko bezrobotnych. i dodatkowo... przez to  będzie trochę "mieszania" z ubezpieczeniem mojej córci...

taaaa... a po ukończeniu szkolenia będę znowu musiała odstać 5 godzin w kolejce, aby się znowu zarejestrować. i tak sobie myślę, że to niezły sposób do "poprawy" statystyk - jak wyrejestrują wszystkich szkolących się to spadnie w jakimś stopniu bezrobocie.

postanowiłam odwołać się od tej decyzji. dostałam zaświadczenie z fundacji, która przeprowadza szkolenie, napisałam pisemko.... no i poszłam dzisiaj do urzędu pracy.
i co?
i pocałowałam klamkę!
urząd pracy dzisiaj nie pracuje. już rozpoczeli długi weekend.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-04-28 22:43
kocham cię

wypowiadane po 30 razy dziennie. albo i więcej.
ja i moja córcia - tak mamy.
Komentarze: 0
2010-04-27 14:58
siedzę sobie przy kompie.. a obok moja córcia.
młoda odrabia sobie lekcje....
od pierwszej klasy miała swoje biurko i lampkę, fajne krzesełko na kółkach... tylko zastanawiam się po co?
od pierwszych swoich prac domowych nie mogłam jej namówić do korzystania z biurka...
odrabia leżąc na kanapie.... albo zeszyt trzyma na na kolanie.
:/
oczywiście wiem, że to źle! przecież powinnam wykazać się rodzicielską konsekwencją dla dopra dziecka.... no i przez pewien czas tłumaczyłam... prosiłam....
ale już znam młodą.... krzykiem też bym tego nie załatwiła. odniosłoby to tylko odwrotny skutek. jest zodiakalnym skorpionikiem - uparciuchem.
wiem, że za jakiś czas sama siądzie przy biurku.... może w tym roku... może za rok. ... i nic nie będę jej musiała kazać, czy tłumaczyć.
ten schemat jest już przeze mnie przerobiony.
jedynie co jakiś czas jej "puknę" - biurko masz!
Komentarze: 1 pokaż »
2010-04-25 19:21
dzisiaj na basenie spytałam się, jak to będzie za tydzień.  jest długi weekend.... no i niestety.... basen będzie zamknięty.
aż trochę jęknęłam zawiedziona... a pani z szatni troszkę się zbulwersowała - no przecież i oni chcą mieć wolne! wszystkie niedziele powinny być wolne!

taaaa....

no bo jakby tak sobie pomyśleć.... - jakby taka niedziela miała być wolna... to dla wszystkich z wyjątkiem służb i branż niezbędnych: szpitale, policja, energetyka.... itp.

tak więc wolne powinni mieć pracownicy sklepów... ale też i kin, restauracji, pubów i pizzerii... i ten pan co w kawiarnianym ogródku sprzedaje kawę i  lody.
a może też pracownicy nadmorskich, czy górskich pensjonatów też chcieliby sobie odpocząć w niedzielę ze swoją  rodziną zamiast obsługiwać innych?
czy musimy tankować w niedzielę? - nie. "cepeeniarze" też powinni mieć wolne!
a czy musimy w niedzielę oglądać telewizję i słuchać radia? - nie jest to dla ludzi rzecz niezbędna... a przecież cała masa pracujących tam ludzi też chciałaby mieć wolne w niedzielę!!!

oczywiście wiem, że to co tu napisałam jest takim przejaskrawieniem....
ale... takie teraz mamy czasy, że w niedzielę się pracuje. a ludzie, którzy najbardziej krzyczą, aby w niedzielę nie pracować... - najczęściej w tym czasie korzystali by z usług ludzi pracujących innych w miejscach, które tu wymieniłam....
Komentarze: 3 pokaż »
2010-04-20 11:15
praktycznie codziennie oglądam sobie program dzień dobry tvn. mam przecież czas - kobita na bezrobociu jestem....
i tak... dzisiaj był taki temacik o miłości - czy ten, kto kocha mniej ma w związku władzę.
tak. to prawda.
miłość to emocje, oddanie, ufność, brak potrzeby sprawdzania i kontrolowania drugiej osoby... a kimś takim strasznie łatwo manipulować. ktoś, kto nie jest tak mocno zaangażowany w związek, do pewnych tematów podchodzi z dystansem a nawet wyrachowaniem... ktoś taki może na chłodno przeanalizować, jakie zachowania są dla niego bardziej opłacalne.
bo czy istnieje coś takiego, jak obustronna czysta miłość? obustronne bezinteresowne pragnienie dobra dla drugiej osoby?... myślę, że w początkowej fazie związku, gdy buzują hormony... może istnieć coś w tym stylu. a potem okazuje się, kto w związku jest jest silniejszy i zaczyna rządzić.
związek to walka interesów. osoba bardziej wyrachowana i cwana potrafi stworzyć pozory... ułudę, w którą będzie wierzyła druga osoba...
Komentarze: 1 pokaż »
2010-04-19 09:56
rząd przyznał rodzinom osób zmarłych w katastrofie wielkie odszkodowania, renty specjalne, dla dzieci stypendia na wykształcenie. pokrywa też wszystkie koszty związne z pogrzebem. poza tym rodziny otrzymają standartowe świadczenia z zus.
to dobrze.
czy teraz... gdy w wypadku w drodze do pracy... albo w razie wypadku np. na placu budowy... ginie "jan kowalski".... i zostawi żonę z dziećmi.... to teraz taka rodzina też będzie mogła liczyć na pomoc rządu??????

oczywiście, że nie.
rodzina "jana kowalskiego" w tym kraju się nie liczy.
władza pokazała, że o swoich potrafi zadbać.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-04-18 22:48
"po zachodzie słońca"

bardzo fajny film. właśnie leci na tvn. już kiedyś go oglądałam.
gra w nim między innymi pirs brosnan (nie wiem jak napisać jego imię - ten od "jamesów bondów") - ogólnie gościa nie lubię...bo nie lubię w filmach takich "wymuskanych wszystkopotrafiących".
.... ale w tym filmie jest boski! normalnie tutaj jest facetem jak z obrazka! BOSKI!
Komentarze: 0
2010-04-17 20:52
siedem lat w tybecie

wspaniały film. oglądam kolejny raz....
Komentarze: 0
2010-04-17 20:26
słucham wypowiedzi polityków i ludzi znanych z ekranu tv.
słyszę górnolotne stwierdzenia, pełne zadumy, patosu...
mówią, że teraz w polsce będzie inaczej... że ludzie po katastrofie się zmienili...
a ja....
ja uważam, że nic się nie zmieni.
przez pewien czas tam - w polityce - będzie takie wyciszenie... potem im przejdzie.
a tu.... wśród ludzi takich jak ja.... nie zmieni się totalnie nic. nawet na chwilę.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-04-16 14:37
oglądam w tvn24 konferencję prasową dotyczącą pogrzebu pary prezydenckiej.

wawel....
zastanawiam się czy rodzina wogóle chciała takie miejsce pochówku...
a może raczej zostali "uszczęśliwieni" w ten sposób...

na wawelu jest pełno wycieczek...
i tak sobie myślę, że rodzinie została odebrana możliwość spokojnego przebywania przy grobie najbliższych...
myślę, że rodzinie zostali odebrani tata i mama, wujek i ciocia, brat...
....oni stali się teraz "przedmiotami", które zawłaszczyło sobie państwo.

czy nie lepsze byłby cmentarz na powąskach... przecież tam też są pochowani ludzie, którzy coś znaczyli.....
a po pewnym czasie cały ten szum by przygasł... na cmentarzu nastałby spokój.... i rodzina miałaby zmarłych dla siebie....
Komentarze: 1 pokaż »
2010-04-14 20:17
odkąd pamiętam zawsze miałam w sobie różne lęki.
... że się nie nadaję... że nie dam sobie rady....
z niepokojem patrzyłam w przyszłość.
dla dziewczyn w klasie w ogólniaku przyszłość dawała nowe możliwości... miały jakieś plany...
a ja nie wiedziałam kompletnie co ze sobą zrobić...
bałam się tego, co mnie może spotkać.
dla mnie przyszłość to były otaczające mnie niewiadome, które będą niosły ze sobą zagrożenia.
nie miałam wsparcia w ani jednej koleżance, że o przyjaciółce nie wspomnę, bo jej nie miałam... dziewczyny w klasie miały swoje imprezki, papieroski, drinki i chłopaków... ja odstawałam... no niestety - nie umiałam przeżywać, że ta całowała się z tamtym, a inna znalazła dietę cud...
w mamie w zasadzie też wsparcia nie miałam.... ona ciągle miała na głowie coraz większe problemy z ojcem... a ja nie chciałam jej zawracać głowy sobą... i tak miała tyle zmartwień, że funkcjonowała tylko dzięki lekom uspokajającym i antydepresyjnym...
...i tak rosłam... potem małżeństwo... i też niepokój.... depresja....

... kiedy przestanę się bać przyszłości?
... kiedy przestanę czuć bolesny ucisk w klatce piersiowej?
... czy kiedykolwiek poczuję się bezpiecznie?
Komentarze: 4 pokaż »
2010-04-11 17:08
a ja już wiem, jak będzie podzielone społeczeństwo.
ojciec rozmawiał dzisiaj ze swoimi sąsiadami.
to małżeństwo, to wielcy katolicy wsłuchani w radio maryja. i co gorsza, ich wydawałoby się normalny syn, ma taki sam pogląd.
więc...
ta katastrofa to sprawka rosyjskiego spisku.
- samolot produkcji radzieckiej
- maszyna była niedawno w rosji na przeglądzie
- wyznaczyli takie złe lotnisko
- specjalnie wybrali na katastrofę taką datę i symboliczne miejsce.
- kaczyńskiemu nie podobały się plany rosjan dotyczące gazociągu i dlatego rosjanie go sprzątnęli.
- putin ściskał się wczoraj z tuskiem.

normalnie szok, że można mieć takie poglądy.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-04-10 11:01
dzwoni telefon.
mama zaczyna mi opowiadać o katastrofie samolotu... o ludziach... o śmierci...
nie rozumiałam, o czym mówi...
przełączam telewizor na tvn24....
patrzę i nie mogę uwierzyć.
czułam się dokładnie tak samo, gdy widziałam co się stało 11.09.2001....

dzisiaj ludzie jeszcze żyli - za chwilę ich nie ma....
ludzkie życie... jakie potrafi być ulotne...

oby ci wszyscy ludzie odnależli swoje miejsce po śmierci.... tak jak wierzyli.
Komentarze: 7 pokaż »
2010-04-05 14:07
"revolver"
reżyseria: guy ritchi

właśnie sobie obejżałam.
rewelacja.

opis filmu na opakowaniu... półświatek las vegas, hazardziści, broń, oszustwa... noooo... w zasadzie mało oddaje to, co dzieje się w filmie. bo dla mnie główną akcją tego filmu jest walka z własnym strachem, słabościami i oczekiwaniami innych wobec nas.
mistrzostwem świata jest dla mnie scena w windzie, gdy green zaciął się między piętrami...
to trzeba zobaczyć.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-04-04 21:46
rozmawiałam dzisiaj z bratową...
ona nie może doczekać się chwili, gdy kupi sobie 2 litry pepsi .... i wypije.... (teraz musi trzymać dietę, ponieważ dostała cukrzycy ciążowej)

to jej tłumaczę... przecież byłaś na gastroskopii... wiesz, że masz wszystko poniszczone...
słuchaj... wylej pepsi na dywan... sama wiesz, że po pewnym czasie wylewania, pepsi wyżre dziurę... to samo jest z twoim wnętrzem...
przecież sama to wiesz...
- no tak... wiem.... no ale jak byłam w pierwszej ciąży to normalnie piłam i nic się nie stało...
- to sobie pomyśl... jak po takim piciu pepsi rozwalisz sobie kichy... i jak ci wysiądzie zdrowie... to będzie dopiero płacz. i będziesz to miała tylko i wyłącznie na swoje życzenie.
- no tak.... ale ja muszę....

z nałogu można się wyrwać. miałaby wsparcie w całej rodzinie.
.... ale trzeba chcieć....
jak nie szanuje swojego zdrowia dla smej siebie...  to powinna pomyśleć o swoich dzieciach... dla nich musi być zdrowa.
Komentarze: 0
2010-04-02 18:53
w głowie mi huczy.
nie ma to... jak być alergikiem.... jeszcze nie wiem na co...
...ale mam już dosyć wiecznie załzawionych oczu i rozmazanego makijażu... mam dość cieknącego nosa.
10 lat temu miałam robione podstawowe testy alergiczne ale nic nie wykazały i przestałam drążyć temat.
a taraz już mam skierowanie na badania i po świętach idę się zapisać. w zasadzie to skierowanie mam już od kilku ładnych dni, ale musiałam odczekać... nie mogłam wytrzymać i łyknęłam tabletkę antyalergiczną... no a po tym trzeba poczekać, aż lek zniknie całkowicie z organizmu.

dzisiaj byłam z córcią na spacerze. poszłyśmy do jej ukochanej przyjaciółki z klasy. dziewczyny bawiły się na placu zabaw a ja siedziałam na ławeczce i wygrzewałam się na słońcu.... zalewając się łzami, usiłowałam czytać.
było mi tak błogo na tej ławce.... najchętniej rozścieliłabym sobie koc na trawie... oj poleżałby człowiek, poleżał :)
Komentarze: 3 pokaż »
2010-04-01 19:26
skąd będę wiedziała, że jak kiedyś stwierdzę, że kocham... że to będzie prawdziwe? przecież może mi się tak tylko wydawać. przecież może być tak, że bardziej będę chciała to czuć niż będzie to działo się faktycznie...
... już przecież przeszłam taką złudę.... tak bardzo bałam się, że nikt mnie nie zechce... czy znowu mi się to przytrafi? bardzo możliwe...
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-31 23:30
przeczytane słowa.... te fragmenty zastanawiają mnie...
" a to miłość. tyle że nielegalna. w naszej kulturze umówiono się, że człowiek wolny się zakochuje, zajęty - zdradza."

czy miłość jest uczuciem ostatecznym i niezmiennym? czy jeżeli kochając kogoś - wchodzę z nim w związek... to jest mi już odebrane prawo do zmiany uczuć? czy człowiek będący w związku ma prawo do miłości skierowanej gdzie indziej?
czy związek to wyrok? dożywocie - jeżeli chcesz być postrzegany w społeczeństwie jako "ten dobry"...
Komentarze: 0
2010-03-30 22:28
postanowiłam upiec jakieś ciasto.
a że znam swoje możliwości kuchenne.... a raczej "niemożliwości"....to wybrałam coś naprawdę prostego.
przepis - łatwizna.
komentarze - zachwalają.
zdjęcia - zachęcające.
pełna optymizmu zabrałam się do pracy. zazwyczaj w kuchni niewiele mi wychodzi... ale pomyślałam sobie, że trzeba spróbować!
... po chwili zaczęło pięknie pachnieć w mieszkaniu...

no i na zapachu się skończyło.
zamiast ciasta wyszła jakaś ochydna breja. normalnie syf nie do zjedzenia. od razy zawartość trafiła do kosza.

koniec.
i po co było mi potrzebne to babranie się?
a nie lepszym rozwiązaniem byłoby kupić  kawałek pysznego ciasta w ciastkarni?
oczywiście, że lepszym!
szybciej, pyszniej, oszczędniej, przyjemniej.

następnym razem, gdy pomyślę sobie o samodzielnym pieczeniu.... puknę się w łepetynę. mocno.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-03-28 11:55
w zeszłym tygodniu zaczęłam szkolenie. takie finansowane ze środków unii europejskiej.
jest to obsługa sekretariatu i szkolenie komputerowe.
niby tematy są mi znane...
komputery... ogólnie ich nie lubię i podchodzę do nich jak pies do jeża... byłam kilka miesięcy temu na szkoleniu z offica 2007. trochę nowych dla mnie rzeczy się pojawiło, bo w pracy miałam starszą wersję. teraz na tym szkoleniu będzie przypominajka. ... bo przecież jak człowiek nie ma na codzień z czymś styczności, to się poprostu wiele zapomina.
a ten sekretariat.... cóż. wydawałoby się, że niby mam takie wykształcenie - skończyłam studium sekretarskie... ale było to 11lat temu... uczyłyśmy się wtedy pisać na starych maszynach do pisania, bo szkoły nie było stać na taką ilość dodatkowych komputerów z odpowiednim oprogramowaniem... no i ogólnie czasy były nieco inne.

i tak sobie patrzę na kobiety, które są ze mną w grupie. zdecydowana większość jest "w okolicach" 50-tki. i z tego co słyszę, są to szkoleniowe wyjadaczki. nasłuchałam się, jakich to szkoleń one nie robiły... i że niektóre są "lepsze", bo dają tam obiady.
no i biegają babki po tych szkoleniach.... mają jakieś zajęcie, spotykają się z ludźmi i nie gnuśnieją w domu. a że przy okazji troszkę pieniędzy z tego jest... w tych unijnych szkoleniach, kursantom płacą za godzinę szkolenia po 4 zł brutto.


kurczę... jak ja bym chciała już pracować...
no ile można siedzieć w domu?... no ile?...
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-27 19:56
oglądałam fakty na tvn.
i co widzę?
akcja protestacyjna, transparenty i pokrzykiwania.
dlaczego katolicy nie chcą zezwolić na budowę meczetu?
... oj... głupie pytanie....
w polsce jest zgoda na świątynie tylko jednej wiary.
i niech ktoś mi powie, że polska nie jest krajem wyznaniowym...
i co z tego, że na papierze (czyt. w konstytucji) żyję w świeckim kraju, skoro praktyka pokazuje zgoła co innego....
Komentarze: 4 pokaż »
2010-03-23 18:51
siedzi sobie córcia na kanapie i przegląda swoją szkolną książkę.
no i zaczyna czytać jakiś wierszyk z różnymi powiedzeniami, np. wyprowadzić kogoś w pole, nabić w butelkę, wpuścić w maliny....

- mieć węża w kieszeni - dodałam.
- a co to znaczy? - spytała.
- to znaczy, że ktoś jest chytry i nie lubi wydawać pieniędzy.
- oooo! to o moim tatusiu!

no i dziecko ma swoje obserwacje.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-22 09:01
9. nie będziesz pożądał żony bliźniego swego.
10. ani żadnej rzeczy, która jego jest.

- mamusiu! przecież żona nie jest rzeczą!!! to dlaczego tak napisali? a przecież to jest jedno zdanie! to dlaczego jest podzielone na dwa?
- mamusiu... a jak maryja może być dziewicą? przecież urodziła dziecko...
- a jak na początku był tylko adam i ewa... to skąd się wzieli inni ludzie?

hmmm... nie podsuwałam wcześniej jej takich pytań. sama do tego doszła.
córcia wie kim jest dziewica i jak przestaje nią być.

córcia ma już zaliczone wszystkie modlitwy potrzebne aby móc przystąpić do komunii. ( mój "ex" jest katolikiem i tylko ze względu na niego jest ta komunia. choć nie mogę powiedzieć... aby kiedykolwiek tatuś zajmował się religijnym wychowaniem swojego dziecka...)
córcia uczyła się na pamięć rzeczy, których znaczenia kompletnie nie rozumiała. myślę, że dorośli katolicy mieliby niezłe problemy z wyjaśnieniem, zagłębieniem się w pewne tematy. a przerabiałam  na sobie to, że na religii wiele człowiek się nie dowie. w ogólniaku chodziłam na religię z własnej, nieprzymuszonej woli.
zadawałam pytania.
odpowiedzi nie było, a jeżeli już.... to na poziomie wyjaśnienia dla przedszkolaka... na zasadzie: jak pani mówi - to tak jest. i nie należy wnikać, bo i tak nie zrozumiem. np. dlaczego księża są kapelanami w wojsku, skoro jest przykazanie nie zabijaj... a żołnierze są szkoleni w sztuce zabijania. księża powinni apelować o likwidację armii, a nie pchać się w kamasze... a o sprawach wojen w historii... to już wogóle nie mogłam się dopytać... tak samo jak wielu spraw dotyczących treści biblii...
Komentarze: 5 pokaż »
2010-03-21 10:59
niedawno mój przyjaciel napisał mi, że to tak w związkach właśnie jest... trzeba stosować różne gierki, podstępy i manipulacje, aby uzyskać to na czym nam zależy, to co jest dla nas ważne... i że jest to całkowicie normalne.
kobiety mają swoje sztuczki... mężczyźni mają swoje sposoby...
i jest to norma.
tak w zasadzie potwierdzają to też moje obserwacje.

to mi wychodzi, że jestem nienormalna.
jeżeli taka jest metoda, aby było mi dobrze w związku... to ja podziękuję za coś takiego. bo dla mnie konieczność takiego postępowania  jest porażką...
Komentarze: 2 pokaż »
2010-03-20 12:54
... bratowa...
miała kobieta ostatnio wiele ciężkich przeżyć. oj miała... i chyba od tego wszystkiego porobiła jej się cukrzyca ciążowa.
w poniedziałek poszła do szpitala, wyszła wczoraj. musieli porobić jej badania. wszystkie wyniki ma dobre, ciąża jest prawidłowa... choć ma trochę krótką szyjkę macicy... no i są te zawirowania cukrzycowe.
te kilka dni w szpitalu - to była dla niej tragedia.
dlaczego?
bo ona tam już "korby" dostawała! bo ona nie może żyć bez swojej córci! bo ona tak strasznie tęskni! (no a przecież codziennie brat z córcią ją odwiedzali) ona musi się do niej przytulić.... musi się wwąchać w jej zapach....
he he i myślę też, że ją cholera jasna brała, bo brat wziął sobie wolne... córcia do przedszkola i miał czas dla siebie... a ona nie mogła go kontrolować!
wczoraj podwoziłam bratową do przedszkola, aby mogła odebrać córcię. trochę rozmawiałyśmy. gdy mówiła, to jej broda drżała z takiego skrywanego wewnętrznego płaczu. sama mówiła, że w szpitalu chodziła i płakała a lekarz to aż bał się z nią rozmawiać, bo ona zaczynała płakać z tęsknoty.
jak ją badał na koniec ginekolog... to ją bolało, ale nie pisnęła ani słowem... no bo jeszcze chcieliby ją zatrzymać! a ona tego by już nie wytrzymała psychicznie!
problemem będzie dla niej rezygnacja z picia pepsi.
taaaa..... ma jakieś narośla na wątrobie, zjechaną trzustkę i żołądek (na gastroskopii wymiotowała krwią), zęby jej się sypią... jest w ciąży... ale dalej pije pepsi. no i teraz ma szlaban. postępuje jak kretynka, biorąc dodatkowo pod uwagę pewne dziedziczne predyspozycje... jej ojciec umarł w męczarniach.... a wszystko zaczęło się właśnie od trzustki, żołądka, dwunastnicy....
a co na to brat?
z jednej strony ciągle ją ugłaskuje i uspokaja ... widziałam, jak ją uspokajał po powrocie ze szpitala... bratowa wyglądała i zachowywała się jak dziecko szukające bezpieczeństwa w ramionach swojego taty. zresztą nie raz widziałam takie sytuacje... np. ugłaskiwanie po wizycie u dentysty...
a z drugiej macha na wiele rzeczy ręką i mówi, że ona i tak zrobi, co chce.
... ostatnio rozmawiałam z mamą.... ona się domyśla, dlaczego brat nagle tak zmienił zdanie co do drugiego dziecka. sam to praktycznie powiedział:" teraz ona będzie siedziała z dzieckiem w domu a ja będę się gdzieś zabierał z domu ze starszą".
no i wychodzi na to, że w końcu brat znalazł sposób na to, aby mieć trochę oddechu i czasu spędzanego bez żony dosłownie uwieszonej do jego szyi.
tak... dosłownie uwieszonej jego szyi, uczepionej jego ręki. ciągle obrażającej się o nie wiadomo co... zaborczej...
tak samo, wręcz identycznie, postępuje ich córcia. jest kopią swojej mamy.

kurczę. ja też leżałam 2 tygodnie w szpitalu. i do tego kontakt z osobami odwiedzającymi był utrudniony, ponieważ było wyznaczone specjalne pomieszczenie wizyt w którym można było rozmawiać jedynie przez niewielkie okienko. ... no bo to był oddział zakaźny...
wiadomo, że tęskniłam za córcią.... a ona za mną....

i tak sobie myślę... za jakiś czas zdrowie bratowej naprawdę się rozwali totalnie... lekarka na gastroskopii już powiedziała, że ma ona wnętrzności 50-letniej kobiety... na co sobie "zapracowała" żłopaniem pepsi... no i jak jej to zdrowie się rozpierdzieli... to będzie płacz i zawodzenie... i będzie wymaganie współczucia, jaka ona to biedna....
no i sobie też myślę.... jeżeli ona twierdzi, że jej zdrowie jest tak złe... to kto przy zdrowych zmysłach decyduje się na dziecko? zwłaszcza, że w sierpniu przyznała mi się z płaczem, że ma poważne problemy ginekologiczne - były poważne podejżenia, że ma jakiś nowotwór...

ja.... gdybym miała takie problemy ze zdrowiem, nigdy w życiu nie zdecydowałabym się na drugie dziecko.

no i to by było na tyle z części moich wielce subiektywnych rozważań pt. "bratowa".
Komentarze: 0
2010-03-19 20:47
no i powolutku człapią wybory...
napięcie co raz bardziej rośnie w politycznym (pół)światku.
już zaczynają się sraczkować.


wiele lat temu to było.
oglądałam w tv transmisję z obrad unii demokratycznej. tacy ludzie jak mazowiecki, michnik, kuroń, geremek... apelowali do wałęsy, aby wycofał się z wyborów, aby nie robił kompromitacji... mówili, że on bardziej by zaszkodził, niż zrobił coś dobrego....
a gdy wałęsa wygrał - wszyscy chyba kupili sobie zapas wazeliny... ach jak oni mu gratulowali.... ach jak oni go wspierali ....
banda hipokrytów.

ostatnio oglądałam film dokumentalny pana sekielskiego pt. "władcy marionetek".
no i co tu więcej mówić?
na którego kłamcę głosować?
Komentarze: 2 pokaż »
2010-03-18 11:14
"kill bill"
oglądałam wczoraj po raz pierwszy. zapowiedzi na tvn jakoś niezbyt mnie zacęcały, no ale nazwisko tarantino zrobiło swoje. lubię jego filmy.
obejżałam i nie zawiodłam się. nieźle poprowadzona historia. choć tak prawdę mówiąc to nie przepadam za ludźmi biegającymi po poręczach schodów i robiących prawie "fruwające" wyskoki.

lubię filmy, w których coś się dzieje... ale nie w stylu mission impossible, czy innych jamesów bondów...
bardzo podobał mi się matrix, ale tylko pierwsza część, bo kolejne były już wg mnie głupie...
a najbardziej pasujący mi typ filmów reprezentują takie dwa zrobione przez anglików: "przekręt"( w którym brad pitt rewelacyjnie zagrał brudnego i chamowatego cygana) oraz "przewałka".
w obu filmach jest fajna muzyka, dużo: krwi, strzelaniny, mordobicia, odpowiednich przekleństw w odpowiednich momentach.
jakieś dwa lata temu w kinach pojawił się kolejny film: "angielska robota". opisywali, że jest on utrzymany w klimacie przekrętu i przewałki... no ale nie miałam z kim pójśc do kina... a samej ... to tak jakoś nie za bardzawo... ale z pewnością kiedyś wypatrzę go na dvd.
Komentarze: 6 pokaż »
2010-03-17 18:41
zdrada....
jakże często człowiek zdradza samego siebie.
zdradzamy siebie, bo brakuje nam pewności swoich odczuć... brakuje siły, aby czasami iść pod prąd nie zważając na opinie innych.
wiele rzeczy robimy, bo tak trzeba, bo tak wypada, bo tego oczekują od nas inni...
... a że czasami/często jest to wbrew naszym odczuciom, wbrew wewnętrznemu głosowi...

zdradziłam siebie wiele razy...
z własnej woli pakowłam się w sytuacje, które mi nie pasowały.... przed którymi moje całe ja wołało: nie! ....no ale były one akceptowane i oczekiwane przez innych... były dobrze widziane...


kilka lat temu miałam taki sen....

byłam w pokoju ze swoim mężem i z jeszcze innym małżeństwem. na środku stała kanapa. wokoło tej kanapy był rozlany taki okrąg z perfum. bardzo intensywnie pachnących.
wszyscy staliśmy nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić... sytuacja zaczynała się robić krępująca. mój mąż zaczął delikatnie sugerować seks. wspólny seks. dla mnie rzecz nie do pomyślenia... ale ta druga kobieta zdawała się być zainteresowana sytuacją. ja zaczęłam protestować i w końcu wybiegłam z budynku. drugi mężczyzna pobiegł za mną. pojawiły się psy. zaczęły ujadać. mężczyzna zaczął odganiać psy. bronił mnie przed nimi.
wdrapałam się na chyboczącą się siatkę ogrodzeniową i sama zaczęłam odganiać szczekające ciągle psy. mężczyźnie kazałam biec po samochód, krzyczałam że z psami poradzę sobie sama, a on niech się śpieszy.
w końcu podjechał samochodem, wsiadłam i pojechaliśmy razem. psy wciąż szczekały. mój mąż i jego  żona zostali razem w pokoju.


tak...
zawsze chciałam/starałam się, aby "psy" nie miały powodu "szczekać".... i zdradzałam siebie samą....
Komentarze: 0
2010-03-14 20:20
może to zabrzmi mało wiarygodnie... ale w zeszłym tygodniu mama kupiła swoją pierwszą pralkę automatyczną. do tej pory używała staruteńkiej frani. trochę pod moim naciskiem - był w media markt weekend z cenami bez "vatu" i obniżka cen przekonała mamę, że TERAZ trzeba jechać i kupić.
powinna już wiele lat temu kupć sobie porządny sprzęt... no ale... były różne wydatki...  jedne - takie normalne w rodzinach: śluby i wesela dzieci, przechodzenie na swoje, rozwód też się mój przytrafił i związane z tym kosztowne przejście na swoje.... natomiast te drugie, "nienormalne" wydatki, ciągnące się praktycznie od początku: alkoholizm ojca, "gubione" gdzieś całe pensje, długi hazrdowe i wielkkie rachunki telefoniczne...
... tak...
ważne, że mama już pralkę ma. ważne, że teraz będzie jej łatwiej i lżej, bo latka już swoje ma a i zdrowie "zjechane" też.

wiadomo - nowy zakup cieszy.
no a dla ojca jest to oczywiście wspaniały pretekst, aby wypić flaszkę.
... flaszka na stole, sąsiad zaproszony, ojciec szczęśliwy - może "legalnie" wypić.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-13 11:00
podejmowanie ryzyka w życiu.
są ludzie, którzy mają do tego psychiczne predyspozycje. lubią co raz to inne wyzwania, lubią ciągłe odkrywanie nieznanego.

jestem spokojną osobą. potrzebuję w życiu poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa. a świat dookoła mnie goni jak szalony... nie nadążam za tym wszystkim.
chciałabym sobie wymienić mózg.
chciałabym być kimś innym.
kimś bardziej operatywnym, potrafiącym ryzykować, lubiącym wyzwania i potrafiącym im sprostać. chciałabym być bardziej przebojowa, chciałabym umieć się wykłócać o swoje.
... bo z tego co widzę, to z takimi ludźmi inni się liczą... w pracy, w związku, w rodzinie...
...a tacy jak ja?.... giną w tym biegu.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-12 19:28
nic mi nie przychodzi do głowy...
co mam zrobić ze swoim życiem?
nie mam kompletnie żadnego pomysłu na siebie, na to co mam robić, czym się interesować...
jest pustka
jest marazm
co mam robić, aby znaleźć jakiś cel i sens w tym co mnie otacza?
Komentarze: 2 pokaż »
2010-03-11 18:19
czy kiedyś mój "ex" zacznie myśleć i przestanie zadawać głupie pytania? dzisiaj "ex" zabrał córcię na jakieś 2 godzinki...

- to nie bardzo mogę ją zabrać na pizzę?

zadał takie pytanie... a przecież wiedział, że we wtorek wieczorem córcia bardzo wymiotowała, wczoraj cały dzień leżała z gorączką i bólem brzucha... a dzisiaj rano dostała rozwolnienia...

no... nie wiem... to może ja za dużo od niego wymagam....
Komentarze: 3 pokaż »
2010-03-10 11:24
właśnie przeczytałam w interii artykuł z przewodnika katolickigo. dotyczyło to głodu na świecie.
zgadzam się ze wszystkim, co tam zostało napisane.
na zbrojenia idzie kupę kasy... bo to wielki biznes przynoszący zyski... natomiast głodujący ludzie... z tego "interesu" zysków nie będzie.

"Analizując dramatyczną walkę z głodem, warto spojrzeć na ten problem z perspektywy wiary, do czego bardzo zachęcał nas Jan Paweł II. Ojciec Święty podkreślał, że rozwiązanie problemu niedożywienia i głodu na świecie jest przede wszystkim problemem moralnym i duchowym. Papież Polak wskazał też konkretną drogę do walki z głodem - wystarczy zmienić swoje życie."

jest to ostatni fragment tego tekstu.
ja proponuję, aby kościół katolicki zrzekł się swoich bogactw... w polsce kk jest np. największym posiadaczem ziemskim. myślę, że w innych krajach wcale nie jest gorzej.
kk posiada potężne nieruchomości w centrach wszystkich miast i nie tylko, wynajmując je generują spore zyski, budują potężne kościły i jeszcze większe parafie...
wiem, że są księża z powołania... sama takiego spotkałam. ale tacy są spychani na margines... ten, którego poznałam wydawał za dużo pieniędzy z kasy parafialnej na organizację zajęć dla biednych dzieci, na pomoc ich rodzinom... no i proboszcz, go wyrzucił...

hierarchia kościelna otacza się bogactwem...
więc może zamiast nawoływać innych do zmiany swojego życia... niech zaczną od siebie....

i tak jakoś niechcący łączy się to z tym, co widziałam wczoraj pod kościołem... obok wypasionych bryk stały staruteńkie babinki.... widać, że biedne...
i nie sądzę, aby księża siedzący w tych samochodach czuli jakikolwiek dyskomfort psychiczny, czy moralny.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-09 20:11
czy ksiądz powinien/może/musi mieć samochód?

ksiądz też człowiek, no nie? miliony ludzi nie mają samochodów i dają sobie radę.
oczywiście, że miliony ludzi mają samochody.... no ale "zwykły" człowiek nie składa ślubów ubóstwa, a z tego co wiem to księża je składają.
jeżeli jest taka potrzeba to ksiądz musi mieć samochód - np. gdy ma bardzo rozległą wiejską parafię i musi często docierać do odległych domostw.
w mieście nie widzę takiej potrzeby... w każdej dzielnicy jest po kilka kościołów. a w związku z ciągłym wzrostem ilości nowych kościołów parafie stają się coraz mniejsze.

skąd te moje refleksje?
koło kościoła widziałam...
- seat leon - pachnąca "nówka"
- volkswagen passat 2.0 TDI - pachnąca "nówka"

oba samochody przepiękne, z mocnymi silnikami, czarne, szpanerskie....
w seacie za kierownicą jeden ksiądz, a w passacie księży sztuk 3....
z pewnością takie wypasione bryki są im niezbędne do posługi duszpasterskiej.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-07 23:51
ano właśnie...
czy długi staż małżeński może świadczyć o łączącej ludzi miłości?
NIE!!!!!!
moi rodzice są razem 35 lat.
a po miłości to tam nawet wspomnienia najmniejszego nie ma....
małżeństwo trwało, bo mama nie miała pracy, opiekowała się 2 dzieci, nie miała gdzie wrócić ani gdzie uciec ( do rodziców nie mogła) i była ciągle zastraszana i dręczona psychicznie przez mojego ojca.... a w połączeniu z jego alkoholizmem... zachowaniami charakterystycznymi dla mizogina... (co mnie też dotknęło) ... no i jeszcze nie można zapomnieć o hazardzie ojca i długach, które robił...
wszystko to doprowadziło mamę do skraju wytrzymałości psychicznej... i do życia na lekach antydepresyjnych i antylękowych...

35 lat wspólnego życia... taaaaa.... to naprawdę musi być wielka miłość.... a moja mama kochała widok zapitej mordy ojca....  taaaakkk... to z pewnością dlatego z nim była....

ile jest takich par, które są ze sobą tylko dlatego, że jedna ze stron nie ma wyjścia? bo nie ma się z czego utrzymać? gdy kobieta ma np. 4 dzieci i nie ma pracy???? to co? odejdzie??? a gdzie będzie mieszkała? z czego utrzyma? jeżeli mąż zarabia np 2000 tys... to nawet alimentów nie będzie płacił tyle aby wystarczyło na utrzymanie dzieci...
są takie małżeństwa, gdzie jedna osoba ma tak silną, władczą osobowość, że podporządkuje sobie drugą osobę, wyuczy w niej bezradność, wypracuje poczucie, że jako jednostka nic nie znaczy... i nawet, gdy będzie w takim małżeństwie działo się bardzo źle, to osoba podporządkowana będzie dalej w nim tkwiła... ale nie z miłości... tylko z bezradności.
a ile jest takich par, które kiszą się w swoim domowym piekiełku tylko dlatego, że mają ślub kościelny i trzeba w nim trwać?.... bo co powie ksiądz? ...bo co powie rodzina?... sąsiedzi?...
a ile jest małżeństw, które są ze sobą... na złość sobie??? po to aby czerpać "satysfakcję" z codziennych docinek i złośliwości... albo np. żeby przypadkiem on nie znalazł sobie innej baby i żeby z nią nie było mu lepiej?...

gdzie są związki zbudowane na miłości i wzajemnym poszanowaniu, trosce o siebie? takie bez wykorzystywania (na różne sposoby) jednej osoby przez drugą?...
rozglądam się dookoła siebie...
nie widzę nic, co stanowiłoby dla mnie jakiś wzór.... nic, co dawałoby mi jakąś nadzieję, że jednak można odnaleźć szczęście i spokój idąc  we dwoje przez życie...
Komentarze: 4 pokaż »
2010-03-06 21:30
dzisiaj dowiedziałam się od mamy, że moja ciotka kupiła sobie samochód
- matiza. byłam niesamowicie zaskoczona.
niby nie powinno być w tym nic dziwnego... ale jeżeli chodzi o ich rodzinkę...
jest to dziwne, ale bardzo typowe dla ciotki.
wujek - pracuje - ma swój samochód. jeden syn- od kilku miesięcy nie
pracuje - ma swój samochód. drugi syn - od kilku miesięcy nie pracuje -
ma swój samochód. ciotka - jest krawcową i szyje ludziom ciuchy (ot tak
bez firmy, na czarno) - wymyśliła sobie, że samochód mieć musi.
no ima.
ciotka traktuje wujka jak popychadło, ciągle się kłóci, wyzywa go od
najgorszych... jak jest kilka miesięcy spokoju - to zawsze wymyśli coś,
aby "się działo). któregoś razu kupiła sobie pościel wełnianą za 4tys.
no a wujek... czasami się postawi... ale tak ogólnie to lata potulnie
jak baranek.

i tak siedzimy i gadamy z mamą...
brat z żonką.... ta stroi ciągle fochy, wiecznie się o coś obraża,
wiecznie uwieszona na szyi męża, nie odstępuje go na krok, strasznie
zaborcza... a brat... ciągle ją uspokaja, ugłaskuje...

rodzice bratowej.... jej mama ciągle się obrażała na swojego śp. męża...
ciągle fochy... a on... w domu wszystko jej robił, w kuchni wszystkie
produkty szykował do obiadu, wszystkie produkty kupował.
 nawet jakieś ciasteczka i wafle robił.
wiecznie na skinienie ręki... a ona wiecznie drwiła z niego.

i doszłyśmy we dwie do wniosku... bo przykłady podobnych małżeństw
miałyśmy u mamy w bloku... że kobieta ma dobrze w małżeństwie, jak
daje dobrze w kość swojemu fcetowi. jak jest egoistką.
no i prawdą jest to, co mi powiedziała moja koleżanka: jak ktoś ma
miękkie serce, to musi mieć twardy tyłek.
:/ czego chodzącymi przykładami jesteśmy my: ja i moja mama.
Komentarze: 6 pokaż »
2010-03-05 18:58
córcia znalazła sobie nową zabawę - siada z globusem i woła: mama! mów mi państwo! tylko podpowiedz troche!
no to mówię jej kraj i kontynent.
a ona zadowolona szuka.
:)
i przypomniała mi się zabawa z dzieciństwa.
mieliśmy taką dużą mapę świata... rozkładaliśmy ją na podłodze... i wyszukiwaliśmy jakieś kraje... i na przemian dawaliśmy sobie kraje do odszukania. ale bez najmniejszej podpowiedzi.
taka to była jedna z zabaw - moja i brata.
było też wiele innych.
mieliśmy baaaardzo dużo kart, kilka zgranych talii.  układaliśmy slalomy na dywanie i później przewracaliśmy karty jak domino, były też wielkie zamki z kart...
pamiętam kapsle wypełnione plasteliną. naklejaliśmy na nie flagi państw i pstrykając  robiliśmy wyścigi po wyznaczonym, slalomowym torze. pomagałam bratu robić "haczykówki" (wtajemniczeni będą wiedzieli co to :)) i haczyki do nich. pomagałam robić zapasy plastelinowych kulek do "splów"....
potrafiliśmy się świetnie bawić.
no ale nie zawsze było tak różowo! kłótnie i bijatyki były! i to nieraz szło na ostro.
a co!
byłam  zaprawiona w boju i  w podstawówce (już od pierwszej klasy) chłopaki wiedzieli , że jak mi zaczną dokuczać to nie będę się wahała oddać.

moja bratowa jakoś niedawno powiedziała, że bardzo się cieszy, że jej córcia będzie miała siostrzyczkę... bo niby zawsze lepiej, jak są siostry, bo one zawsze będą lepiej żyły ze sobą, będą się zwierzały... i takie tam inne.... co jest pięknym koncertem życzeń, bo między siostrami też często nie ma porozumienia.
powiedziała, że przez całe życie marzyła o tym, żeby mieć siostrę... a miała brata.

a ja też mam brata. i nigdy mi przez głowę nie przemknęła myśl, że zamiast niego chciałabym mieć siostrę.
był i jest brat. w dzieciństwie raz się tłukliśmy, raz się świetnie bawiliśmy.
teraz dogadujemy się świetnie. często rozumiemy się bez słów.
nie raz bywa tak, że nie gadamy ze sobą nawet 2 miesiące... ona ma swoje życie i sprawy a ja swoje. i nie mamy do siebie pretensji o to, że  żadne z nas nie zadzwoniło... a jak jest jakaś potrzeba możemy na siebie liczyć.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-03-02 08:54
dzisiaj jest 3-ci dzień agonii...
tata mojej bratowej umiera.
od jakiegoś roku już było wiadomo, że nie ma dla niego ratunku. rak zaatakował mu wnętrzności.
cały czas był w domu, przychodziła do niego pielęgniarka. i jakoś mijały dni a on gasł.
niedawno lekarze stwierdzili stan agonii. stracił przytomność, co pół godziny dostaje drgawek...

najbliższa rodzina... bratowa, jej mama... mówią, że powinna być możliwość zrobienia usypiającego zastrzyku.
bo to, co się teraz dzieje - jest to nieludzkie.

gdy zwierzę kona to w ramach litości i humanitaryzmu, aby ukrucić niepotrzebne cierpienie, człowiek usypia je.
a człowiek dla człowieka nie ma litości. człowiek ma konać kilka dni a jego rodzina ma na to patrzeć.

dopuki człowiek ma świadomość, dopuki jeszcze jest w stanie jakoś funkcjonować, mówić czy go boli, dawać jakiekolwiek znaki (będąc w takim  stanie, że wiadomo już, że nie ma dla niego ratunku) - powinien być otoczony jak najlepszą opieką...
ale ktoś w stanie agonii...
tak...
powinna być możliwość szybszego zakończenia takiego stanu.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-03-01 10:11
ciągle rozsyłam cv....
poszło w świat już prawie 50.
zwlekam z wysłaniem oferty w jedno takie miejsce...
wiem, że tam dostałabym pracę...
ale jeszcze trochę chcę z tym  poczekać...
może jednak dostanę gdzie indziej...
...lepiej płatną....
ale myślę, że niestety będę musiała tam zadzwonić...
praca w bankowości internetowej inteligo... bardzo duża odpowiedzialność...
.... i zarobki 1300 BRUTTO... bez perspektyw podwyżki...
Komentarze: 2 pokaż »
2010-02-28 20:35
ojca zaczyna coś rozsadzać....
zawsze miał narąbane w głowie. nienawidził siebie. w domu nie ma kompletnie żadnego zajęcia. i wogóle w domu źle się czuje... lepiej by było, gdyby to było coś o wyglądzie meliny... i z takim towarzystwem... mama mówi, że coraz bardziej odzywają się w nim geny alkoholicko-meliniarskiej rodziny w jakiej wyrósł. on tęskni za takim życiem. od kilku lat  z coraz większym sentymentem mówi o swojej matce... pełnowymiarowej alkoholiczce i meliniarze.... z zazdrością mówi, że ona żyła jak chciała...
mama wie, że ojciec dusi się w normalnym, czystym, zadbanym domu... ma za złe mamie, że... to on zarabia... ale to dzięki mamie są porobione wszystkie domowe opłaty, że lodówka jest pełna, że kupuje ojcu spodnie, buty i wszystko inne... bo on sam nie umie pójść do sklepu... to go przerasta.
pracował w policji i tam potrafił funkcjonować w istniejących tam procedurach... choć dla niego nigdy nie było problemem powiedzieć swojemu dowódcy, że wydaje głupie polecenia... taaa.... ma przerost intelektu.... jak on coś powie... wymyśla czasami takie pierdoły, głupoty, że ręce opadają... ale to on wie najlepiej. a jak delikatnie mu zwrócić uwagę, że coś źle mówi, błędnie myśli... to już jest wielkie obrażanie się... wychodzi i zamyka się w swoim pokoju...
ojciec codziennie musi wypić jedno lub dwa duże piwa. na szczęście jeszcze pracuje... ale ma dużo wolnego.... i wtedy go roznosi z bezczynności...
pali po dwie paczki papierosów dziennie. jak robi sobie herbatę albo kawę... to fusów jest do połowy szklanki... łyka codziennie tabletki od bólu głowy... ciągle coś je. i ciągle śpi.
dzisiaj rozmawiałam z mamą...
mówiła, że od pewnego czasu ojciec jest bombą... chodzi podirytowany, czerwony na twarzy, zdenerwowany. każde słowo może być powodem do kłótni.
w zeszłym tygodniu mama ledwo go odciągnęła od pomysłu kupna flaszki wódki. chciał kupić i sam ją wypić.... tak go już trzęsie za chlaniem.... wczoraj sąsiad zaprosił go na kieliszeczka.... trochę się podchmielił... ale to było mało.... gdyby nie to, że byliśmy wtedy całą rodzinką (ja z córcią i brat z rodzinką).... to mama powiedziała, że nie utrzymałaby go w domu... poszedłby gdzieś szukać towarzystwa, bo był niedopity.
dzisiaj jak byłam u rodziców... to siedział zamknięty w pokoju. rolety były zaciągnięte. był czerwony na twarzy. widać było niesamowite napięcie. kilka razy wyszedł z pokoju.... a że jeszcze kawy w domu nie było, to go dodatkowo wkurzało... mama widziała, jak znowu pykał sms-sy... ciekawe na ile stów napyka w tym miesiącu...
mama bardzo się boi, żeby nie wywinął jakiegoś numeru... bo jak znowu zacznie grać na automatach to znowu narobi długów... a nie będzie ich już z czego spłacać...

nie dość, że mama żyje ciągle w strachu... to jeszcze ja.... przecież jak ojcu zacznie całkiem odpierdalać... nie dam sobie sama rady ze spłacaniem kredytu mieszkaniowego...
Komentarze: 0
2010-02-25 18:34
widziałam dzisiaj reklamę... odchudzających plasterków.
czyli co?
przyklejam plasterek na udo i chudnę?
widuję też reklamę odchudzającej kawy.
to ile tej kawy trzeba wypić, żeby schudnąć?
hę?

kity ludziom wciskają...
jedyną skuteczną metodą na odchudzanie jest: MŻ + sport.
( gdzie MŻ = mniej żreć)
nie ma innej.
(nie mówię tu o osobach otyłych z powodu choroby)

no tak....
a co ja w tej chwili robię?
wpierdzielam czekoladę. gorzką oczywiście. pyycha! nie ma już połowy... a i resztę zaraz zneutralizuję.
jestem okropnym łasuchem. i dlatego właśnie nie trzymam w domu słodyczy. bo jak coś jest, to zaraz muszę zjeść. a dzisiaj z córcią zrobiłyśmy sobie słodki dzień. czasami poprostu trzeba. a jutro chyba kupię sobie napoleonkę albo jakieś inne ciasto budyniowe. :)
jak to dobrze, że nie mam  problemów z tyciem.
nooo... choć nie powiem... ostatnimi laty jakoś się zaokrągliłam tu i ówdzie. ale moje ciałko na szczęście jest mądre i rozkłada sadełko w miarę równomiernie.
kurde... chciałabym ważyć tyle, co kiedyś... nawet po ciąży szybko waga mi wróciła... ważyłam 57kg. potem zaczęłam "zjadać" problemy... i dobiłam do 67... ale tak sobie myślę... a raczej pocieszam się, że część tej sadełkowej wagi zamieniłam na mięśnie. przez ponad 3 lata regularnie pływałam na kursie. a nasz ratownik luzu wiele nam nie dawał. teraz pływam już mniej... niestety, jakoś tak się porobiło...
tak ogólnie to wiem, że przy moim wzroście taka waga jest jak najbardziej ok. mam 172cm... ale jednak, chciałoby się ważyć mniej.
:) wiosna idzie :) może będzie łatwiej :)
Komentarze: 3 pokaż »
2010-02-24 10:29
no i robiłam za tłum...
jak wiele innych osób.
testy...
rozmawiałam po wszystkim z bratem (jest policjantem). opisałam tematykę pytań. najpierw się mocno zdziwił a potem zaczął się z tego śmiać.
stwierdził, że pytania były napisane  pod konkretną osobę... ponieważ dotyczyły przepisów, którymi posługują się osoby już zatrudnione. a takich rzeczy ludzie uczą się dopiero na szkoleniach.

no ale poszłam, spróbowałam.... i nie będę sobie potem pluła w brodę, że nawet nie dałam sobie szansy.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-02-23 22:05
od października szukam pracy.
efekty są bardziej niż marne.
już nie mam pomysłów, gdzie wysyłać cv.
byłam na jednej rozmowie kwalifikacyjnej... i w dodatku okazało się, że firma dała kłamliwe ogłoszenie. miała być to praca dla banku a okazało się to pracą dla jakiegoś pośrednika na zasadzie grupy ścigających się szczurów.
widzę 2 banki, które wystawiają ogłoszenia, chyba tylko tak pro forma. oczywiście wysłałam swoje dane, wymagania spełniam, mam dosyć duże doświadczenie ... i.... zero odzewu. a ogłoszenia dalej się ukazują.
jutro idę na testy kwalifikacyjne na pracownika cywilnego w policji. przeszłam weryfikację dokumentów i wstępnych wymagań.
taaaaa.... jutro będę małym elemencikiem robiącym tłum. znając realia policyjne - już są kandydaci, którzy mają być zatrudnieni.

dobrze, że mam oszczędności....
nie wyobrażam sobie, jak ludzie żyją, gdy skończy im się zasiłek dla bezrobotnych...
Komentarze: 0
2010-02-20 20:16
piętro niżej mieszka taka para z dwójką dzieci.
tak średnio dwa razy w tygodniu słyszę ich nocne kłótnie.
strasznie szkoda mi ich dzieci.

w moim domu rodzinnym co jakiś czas mama usiłowała wymóc na ojcu, aby przestał pić. wtedy podnosili na siebie głos.
... albo pamiętam, jak ojciec przychodził pijany a mama płakała...
ja wtedy też zamykałam się w pokoju i płakałam.
Komentarze: 4 pokaż »
2010-02-19 18:42
oglądałam dzisiaj fragmenty pogrzebu tego zabitego policjanta.
pełna pompa.
mam tylko nadzieję, że "firma" właściwie zadba o jego rodzinę.
Komentarze: 0
2010-02-18 20:57
jutro mi pyknie licznik.
każde kolejne pyknięcie nie nastraja mnie optymistycznie.
coraz wyraźniej czuję upływający czas.
mam poczucie zmarnowanych lat.
wiem... córcia mi się udała. jest najwspanialszą istotką na świecie.
a co poza tym?
do czego doszłam w życiu?
... nic mi do głowy nie przychodzi.
bilans wypada fatalnie.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-02-11 23:10
normalnie jaja jakieś....
oglądałam dzisiaj przesłuchanie sobiesiaka na komisji hazardowej.
jedna wielka szopka.

i jeszcze dobrze, że te dwa buraki z samoobrony dostały wyroki.
Komentarze: 5 pokaż »
2010-02-10 17:59
moja córcia zrobiła mi dzisiaj wyznanie :)
szymon.
- mamusiu, ale ja go tylko lubię!

potem okazało się, że jest to zdecydowanie więcej, niż tylko lubienie. :)
- mamusiu, bo ja się w nim zakochałam tak jakoś w grudniu...
zrobię dla niego walentynkę. ale się nie podpiszę!!!!



no tak. :) pierwsza miłość mojej córci :)
Komentarze: 2 pokaż »
2010-02-07 17:09
na tvn style jest taki program "nigella expressowo".
jak ja nie cierpię tej kobiety!
nie mogę patrzeć na ten jej uśmieszek.
moja córcia jakiś czas temu się śmiała, że jak jej się dom zapali od choinki... to ona z tym swoim uśmieszkiem zawoła: o! jak miło! bedę mogła upiec na tym ogniu ciasteczka!

nie cierpię też kucharczyka pascala.
na tego gościa nie mogę patrzeć. wizualnie jest dla mnie odpychający.
rani też niesamowicie moje uszy. to jego francuskie "szemranie" po polsku.... no nie trawię gościa i tyle.
a jeszcze jak usłyszę jakie to proste i szybkie jest przygotowywanie potraw. rach ciach! to wsypać, tamto pomieszać, tu usmażyć... i gotowe! i świetnie smakuje!
tylko fajnie, gdy wszystko stoi odmierzone w miseczkach, produkty są umyte i pokrojone. no to może faktycznie... wtedy wszystko szybko idzie.

gotowanie to moja udręka. gotuję, bo MUSZĘ. umiem zrobić coś do zjedzenia, ale nie umiem robić potraw. mam w swoim "repertuarze" parę rzeczy, na których bazuję i nie wykraczam poza ... kiedyś nawet kupiłam książkę kucharską. a co! nawet przejżałam. i tyle. tematyka tej książki jest dla mnie niesamowicie nudna.
pamiętam czas, że cośtam próbowałam zrobić z przepisu... raz, drugi, trzeci...wyszło  tak beznadziejne, że dałam sobie spokój. szkoda tylko pieniędzy i mojego czasu. bo potem musiałam robić na nowo coś "swojego"
gdybym miała zaprosić kogoś do siebie  na kolację, lub znajomych na imprezę... to nie miałabym pojęcia, co postawić na stół.

gdybym dostała w prezencie do wyboru odbycie kursu gotowania badź kursu bezpiecznej jazdy samochodem.... to nawet sekundy nie zajęłoby mi podjęcie decyzji - nauka jazdy!
Komentarze: 4 pokaż »
2010-02-06 12:13
na przesłuchaniu komisji hazardowej szanowny prezes kaczyński sobie trochę powspominał... powiedział, że pamięta czasy, gdy w polsce wprowadzono pirwsze gry losowe. o ile dobrze pamiętam mówił, że było to w roku 1956. był wtedy mały, ale pamięta, gdy wykupił swój pierwszy los.
stwierdził, że radość, którą niosą ze sobą gry hazardowe jest wpisana w naturę człowieka i państwo powinno to regulować.

hhhmmmm....

to tak sobie pomyślałam, że od tysiącleci w naturę mężczyzn jest wpisane korzystanie z usług kurtyzan/prostytutek.... więc może zasadnym byłoby uregulowanie przez państwo tej sfery życia?

skoro w hazardzie państwo pobiera podatki, wydaje licencje i kontroluje... to może warto zająć się prostytucją?
Komentarze: 2 pokaż »
2010-02-01 23:33
kicham.
całymi seriami.
kręci mnie niesamowicie w nosie i kicham.
czuję takie świdrowanie rozchodzące się po nosie i głowie.... kręci coraz bardziej....jestem cała napięta.... świdruje.... łzy delikatnie napływają do oczu... nie mogę już tego świdrowania wytrzymać... czekam z utęsknieniem na kichnięcie.
...i....
apsik!
jest! to ta chwila kichnięcia!
jaka ulga!
coś niesamowitego!

no?
no i co mi w związku z tym przyszło do głowy?
skojarzenie.
gdy drażnione jest nieco inne miejsce... takie "strategiczne"... też czuję punktowe świdrowanie rozchodzące się z wolna po ciele... wzrasta napięcie... i w tym strategicznym świdrowaniu jest oczekiwanie tego jednego momentu ulgi - orgazmu.

no tak. przeziębiona jestem. :/
Komentarze: 0
2010-01-30 23:28
przeczytałam dzisiaj w necie.
słowa Macieja Maleńczuka:
"Najważniejsze jest dla mnie to, żeby w ogóle mieć marzenia. To znaczy, że człowiek w ogóle żyje. Starość zaczyna się wtedy, gdy kończą się marzenia."

nie wiem, czy mam marzenia. nie wiem, czy wogóle chcę je mieć. kiedyś miałam i pozostały mi  tylko rozczarowania.
a tak wogóle to czym są marzenia? czy to jakieś mrzonki o wygranej w totka i wakacjach na karaibach?
bo czy marzeniem można nazwać znalezienie pracy? to raczej potrzeba niezbędna do życia. czy marzeniem jest pensja wystarczająca na godne życie i spłatę kredytów?.... czy jest to potrzeba?
czym są marzenia?

wychodzi na to... że jestem stara.
Komentarze: 4 pokaż »
2010-01-29 18:50
nie może być tak, aby u rodziców zbyt długo był względny spokój...
ojcu co jakiś czas to się przytrafia... kiedyś przegrywał kupę kasy na automatach... robił potworne długi... z tego co wiem, to od długiego czasu na automaty już nie chodzi...
co jakiś czas jednak przychodzą piękne rachunki za komórkę.... ciągle wysyła jakieś sms-y na konkursy... no i ostatni rachunek napykał na ponad 600zł...
czy można ojcu zwrócić uwagę? NIE! sam posypuje sobie głowę popiołem... ale jak mama mu zwróci delikatnie uwagę... to zaraz jest trzaskanie drzwiami, obrażanie się i wiele okropnych słów ze strony ojca....
mamę ciągle rozlicza z każdego grosza.... wnuczkom od wielkiego dzwonu da 10zł (raz na rok).... ale nikt nie ma prawa zwracać mu uwagi na temat tego ile i na co on wydaje... a idzie tego naprawdę dużo... np. około 300zł miesięcznie na papierosy, codziennie 1 lub 2 piwa, ciągle jakieś ciasteczka i totolotek...
mama stara się bardzo delikatnie ojcu wyjaśniać, że nie powinien tyle wydawać, że nie powinien sms-ować... ale ojciec ma to gdzieś... mówi wprost, że on tu przynosi pieniądze a mama jest od zajmowania się domem i nim.

... tak to jest, jak kobieta w małżeństwie zajmowała się dziećmi i nie ma własnych dochodów...
Komentarze: 4 pokaż »
2010-01-27 13:33
kwas normalnie...
nie rozpoznaję swoich sąsiadów.
:/
za sąsiadki mam głównie takie starsze moherowe babcie... wszystkie z siwymi włosami kręconymi na wałki w baranka, a budowa ich ciał przypomina prostokątne klocki.
z rozpoznaniem panów-sąsiadów też mam problem. właśnie dzisiaj czekałam na parterze na windę... podszedł taki starszy jegomość... popatrzyłam... twarz zupełnie mi obca... a okazało się, że to sąsiad z naprzeciwka. :/
a do tego prawie  wszyscy ci ludzie ubierają się w ciemne płaszcze o podobnym kroju...
kwas pełnowymiarowy.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-01-26 19:11
ha!
no i już w europie zaczyna się głośno mówić, że ta cała pandemia ogłoszona przez who jest na wyrost.... mówi się głośno o interesach firm farmaceutycznych...
kasa
kasa
kasa
i to się liczy. nie dobro jakiegoś anonimowego pacjenta.
im wyżej ktoś ma swój stołeczek, tym bardziej jest on oderwany od rzeczywistości... prowadzi swoje gry strategiczne, obserwuje rosnący słupek sprzedaży i zysków... i tylko to się liczy.
to tak jakby taki zwykły człowiek grał w monopol.
Komentarze: 0
2010-01-25 20:13
gdzie może tkwić wina w rozpadzie związku?
tak sobie myślę... jak to było u mnie...
myślę, że wynikło to wszystko dlatego, że jeszcze nie dorośliśmy do podjęcia w pełni  świadomej decyzji o wyborze życiowego partnera.
nie sądzę, aby mój "ex" miał na to podobny pogląd.
ale jak tak sobie o tym wszystkim myślę... to ja z pewnością jeszcze nie wiedziałam z jakim mężczyzną chcę spędzić swoje życie.
dopiero teraz zaczynam mieć pełniejszy obraz cech, jakimi powinien charakteryzować się mój "luby", co powinien sobą reprezentować.
a dlaczego "wybrałam" właśnie tego?
ciężko tu mówić - wybrałam.  siedziało we mnie zbyt wiele kompleksów i nieśmiałości, zwłaszcza jeżeli chodzi o relacje damsko-męskie. choć teoretycznie kompleksów mieć nie powinnam. kilka lat temu brat mnie uświadomił, że wszyscy jego kumple uważali mnie za świetną laskę, ale bali się do mnie podejść i zagadać... a że jeszcze w domu miałam ojca alkoholika... to moja psychika ciągle dołowała w wielu tematach.
tak więc... gdy w końcu pojawił się chłopak, który ... zechciał mnie... i pochodził z porządnej rodziny... to sobie myślałam, że nikogo lepszego nie ma. i byłam z nim... spokojna, wyciszona, ugodowa, niewiele wymagająca... i się jakoś dotoczyło do ślubu, potem dziecka...
i niby teoretycznie wszystko powinno być w porządku, a jednak coraz więcej rzeczy nie było w porządku.
czy była to czyjaś wina?
nie sądzę.
choć... może była wina w tym, że nie dorosłam jeszcze do tak ważnej decyzji, jaką jest ślub. a potem były tylko skótki błędnej decyzji.
ludzie się zmieniają... i jest to rzecz normalna. zmieniają się wymagania i oczekiwania co do związku... a zmiany nie zawsze u małżeństw idą w tym samym kierunku. a udawać, że nam taki związek odpowiada można tylko do pewnego czasu... i to dosyć dużym kosztem...
taaaak.... naprawdę nie zdziwiłabym się, gdyby mnie mąż zdradził. nie winiłabym go za to, bo wiem jak się między nami układało. a ja? w kimś innym znalazłam sobie wsparcie, zrozumienie... to czego mi brakowało w zwiazku... choć dotknąć się nie pozwoliłam...
czy był to powód rozstania? nie. to były skótki złej decyzji na początku drogi.
Komentarze: 1 pokaż »
2010-01-24 12:34
jakiś czas temu oglądałam wywiad z Janem Nowickim. wiadomo - jest to znany aktor i kobieciarz. od pewnego czasu już w zalegalizowanym związku.

co powiedział o mężczyznach w kontekście relacji damsko-męskich? - mężczyźni są jak króliki.... dopiero, gdy już nie mogą, stają się wierni.
mało to pocieszające.

ostatnio znowu byłam na kawce u mojej koleżanki...  i znowu były tematy dotyczące związków. (ale to chyba taka norma już w babskim gadaniu)
czy warto uczciwie traktować faceta? nie! bo prędzej czy później zadziała zasada: kto ma miękkie serce, musi mieć twardy tyłek.
całkiem przez przypadek to samo usłyszałam od mamy koleżnki z klasy mojej córci.
czekałyśmy w szkole aż nasze dziewczyny skończą lekcje... i tak sobie gadałyśmy o pogodzie iinnych pierdołkach. powiedziałam, że po lekcjach jedziemy do mojej mamy, bo jest dzień babci... a ona, że dzień babci jest u nich przesunięty, bo właśnie ma 20-tą rocznicę ślubu...
oczywiście pogratulowałamosiągnięcia tak pięknego wyniku... a w odpowiedzi usłyszałam, że naprawdę nie ma czego gratulować... bo to nie jest małżeństwo tylko jakaś instytucja finansowa... i człowiek niby jest w związku a tak naprawdę to jest samotny...
no i... usłyszałam, że facetom po 40-tce naprawdę odwala... nawet dzieci tej kobiety już z ojcem nie mogą wytrzymać, bo ciągle coś wymyśla, czegoś się czepia...

i tak ciągle się zastanawiam....
z jednej strony fajnie jest z kimś być....( i tu odzywa się moja romantyczna dusza)
 a z drugiej - jakie mają być tego koszty, jakie wyrzeczenia, jakie rozczarowania...
moje małżeństwo pozbawiło mnie złudzeń, nadziei, otworzyło oczy... to co widzę dookoła tylko potwierdza moje doświadczenia.

moja koleżanka od kawy... ona ma twarde serce. dba o swój tyłek. potrafi tak "zakręcić" mężem, że ma to na czym jej zależy. dba o swój interes.
Komentarze: 3 pokaż »
2010-01-23 12:55
oglądam sobie "drugie śniadanie mistrzów" na tvn 24.
jednym z tematów rozmowy był sejmowy projekt totalnego zakazu palenia.

nigdy w życiu nie paliłam. nawet nie próbowałam się zaciągnąć. papierosy śmierdzą, trują i nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.
jednak uważam, że w różnych firmach, instytucjach, budynkach powinny być wydzielone palarnie.  w mojej firmie nie było oficjalnej palarni...więc była taka nieoficjalna w kibelku. dla mnie to była masakra - weszłam na chwilę a potem cały dzień ubranie śmierdziało mi dymem...
w restauracjach powinny być miejsca dla palaczy i dla niepalących. a jeżeli kafejka jest na tyle mała, że nie ma miejsca na wydzielenie oddzielnych przestrzeni - przy drzwiach wejściowych powinna być wywieszona informacja, czy w tym lokalu można czy nie można palić. a decyzja o tym powinna należeć do właściciela lokalu - to jego biznes i to on wybiera sobie klientelę.
a na przystanku autobusowym powinna być wokół niego  wyznaczona np. 3-metrowa strefa wolna od papierosa. i w takiej odległości powinna być ustawiona jakaś solidna popielnica.

obecna na spotkaniu  Maria Czubaszek (świetna babka) stwierdziła, że ona pali od 16-go roku życia... i powzięła postanowienie, że będzie paliła do końca swoich dni.
a niech sobie pali, skoro jej z tym dobrze.

sejm tak bardzo dba o zdrowie obywateli.... no pomyślałby kto - tacy troskliwi!
i tak sobie myślę.... skoro papierochy są takie szkodliwe dla palaczy i dla tych co palą biernie, tak jak ja... i trzeba drastycznie ograniczać ich "konsumpcję"... to tak sobie pomyślałam, że możnaby drastycznie ograniczyć możliwość spożywania alkoholu. a może całkiem zakazać! przecież nachleje się taki w knajpie a potem wsiada do samochodu i jedzie... albo robi rozrubę na ulicy, bijatykę, czy włamanie... albo wraca do domu i tłucze żonę i dzieciaki... choć nawet sam widok pijanego ojca naprawdę robi wielkie szkody w psychice dziecka... niestety wiem, co mówię.
 a co! zakazać! przecież szkodliwość społeczna alkoholu jest zdecydowanie większa niż w przypadku papierosów.
Komentarze: 0
2010-01-18 22:42
kiedyś... kilka lat temu, gdy forum interii miało inny wygląd... natknełam się na wypowiedź pewnego faceta. napisał, że kocha 3 kobiety.
szkoda, że wtedy nie pociągnęłam tematu...
jakiś czas temu też na forum mignął mi przed oczami podobny temat. ale już nie wnikałam.

miłość... jeżeli już jakimś cudem wielgaśnym się przytrafi... może, wg mnie, być skierowana tylko do jednej kobiety/ jednego mężczyzny ( oczywiście nie mieszam w to dzieci, rodziców....)
ja tak właśnie mam. nie ma takiej opcji, abym mogła darzyć uczuciem dwóch mężczyzn.
może być tylko jeden.

jak to możliwe? - kochać dwie, trzy kobiety. a może "kochać"? jedna mnie kręci intelektem, druga ciałem a trzecia... jest 'dziewczynką", którą mogę się zaopiekować, pomóc, doradzić, pokazać jaki to ja wspaniały jestem... i tak w zasadzie "biedny chłopczyk" nie może się zdecydować.

obserwuję mężczyzn. dziwny to gatunek.
Komentarze: 4 pokaż »
2010-01-16 20:26
ludzie są bezradni wobec natury.
nie raz pokazała już swoją niszczycielską siłę.
szkoda mi tych wszystkich ludzi...
Komentarze: 2 pokaż »
2010-01-14 18:46
dzisiaj oglądałam sobie superstację.
:)
i zobaczyłam coś, co mnie niezmiernie rozbawiło.
nasz prezydent kochany nakazał wydać kalendarz ze swoją osobą w roli głównej.
każda kartka z nowym miesiącem prezentuje prezydenta w różnych sytuacjach jego "panowania".
moja mama zaczęła się śmiać, że on robi sobie jednoosobowy kult jednostki.

kto chętny na taki kalendarz?
Komentarze: 5 pokaż »
2010-01-13 18:50
jestem uzbrojona i niebezpieczna.
no!
uzbroiłam się w jakiegoś żrącego "psiukacza", który w trymiga ma wykończyć grzyba, który się rozgościł na moim suficie.

ciekawa jestem, jak będą przebiegały moje dalsze kontakty z administracją mojego bloku.
:/
kontakt 1
-jeszcze w lecie w trakcie remontu mieszkania. okazało się, że przy wodomierzach cieknie woda. a przy wodomierzach może dłubać tylko ktoś z administracji. mądry pan skwitował: "pani hydraulik popsuł, to niech naprawia." musiałam na nim wymusić, aby przyszedł ktoś z administracji. i ogólnie sobie jakieś żarty ze mnie robił... usłyszałam, że hydraulik przyjdzie... w grudniu popołudniu.

kontakt 2
w listopadzie zgłosiłam im, że zacina się wkładka w drzwiach wejściowych do bloku.
niby zgłoszenie przyjął.... ale po miesiącu w tej samej sprawie nastąpił...

kontakt 3
poszłam tam wkurzona, że mnie olali. no i usłyszałam, że jak zamek w drzwiach ma być zrobiony... to on da mi nr telefonu do fachowca i mam sobie tam sama zadzwonić... oraz oddać mu do dyspozycji mój klucz, aby mógł dopasować nową wkładkę. myślałam, że mnie cholera weźmie! czy to są moje prywatne drzwi? po ostrzejszej rozmowie łaskawie zapisał zgłoszenie.

kontakt 4
na suficie przy okanach w obu pokojach pojawił mi się grzyb. a że mieszkam na 10-tym, ostatnim piętrze, to mogło to powstać w wyniku wilgoci przedostającej się z nieszczelności w dachu. mądry pan z administracji nie ruszając 4 liter z fotela stwierdził, że z pewnością nie wietrzę mieszkania i mam zaduch i stąd grzyb. jeszcze jedną jego teorią było to, że nie ogrzewam mieszkania. kolejna teoria, że ogrzewam, ale ludzie mieszkający pode mną nie ogrzewają... i jego wspaniała rada: mam mocniej ogrzewać mieszkanie i otwierać okna. :/
grzyba zgłosiłam do ubezpieczalni. przyjechał człowiek. obfotografował wszystko, opisał.
mądry pan z administracji musiał przyjść do mojego mieszkania o obejżeć tego grzyba... no i dostałam kolejną poradę: mam styropianowymi ćwierćwałkami poobklejać zewnętrzną futrynę okien i uszczelnić to bardziej. :/

przez 10 lat mieszkałam w bloku administrowanym przez prywatną firmę. i tam każde zgłoszenie było załatwiane od razu. tam nigdy nie spotkałam się z takim traktowaniem.
Komentarze: 3 pokaż »
2010-01-12 17:26
jak dzisiaj miałam odjeżdżać spod budynku administracji (zaniosłam
im druk z ubezpieczalni do wypełnienia - grzyb mi się pojawił na suficie),
to widziałam jak jakiś chłopak (a w zasadzie facet, ale młody) męczył się ze swoim samochodem. nie mógł ruszyć z miejsca.
przystanęłam na chwilę i się patrzę... a ten się męczy... w końcu
wysiadł i nogami zaczął rozkopywać śnieg spod kół... spytałam się,
czy mu pomóc wypchnąć samochód... nie chciał. no to nie. ja ze swojej
zaspy elegancko wyjechałam ...  i jeszcze musiałam w tej zaspie zawracać... no i pojechałam sobie. a we wstecznym lusterku zobaczyłam, że facet dalej się męczył z wyjazdem. ciekawe ile mu zajęło wyjechanie?
:)
męska duma? blondi takiemu pomagać nie będzie?
:)

nawet w taki śnieg - dobrze się czuję za kierownicą. daję sobie radę. jadę wolniej, łagodniej - ale jadę. i  tak prawdę mówiąc to bardziej boję się zachowania innych kierowców, niż tego, czy sobie poradzę.
i tak czasami sobie patrzę na bardziej "doświadczonych" kierowców (czyt. facetów w różnym wieku), którzy bezmyślnie cisną pedał gazu i dziwią się, że z miejsca nie mogą ruszyć...
Komentarze: 1 pokaż »
2010-01-10 16:09
parszywy kraj... to idąc tym tokiem myślenia... jak ktoś "nie rokuje" - to nie taniej wyjdzie takiego uśpić?
a zakres darmowego leczenia można ograniczyć jeszcze bardziej... a co! idąc do dentysty, będziemy mieli za darmo wizytę kontrolną i w prezencie nić dentysyczną...
wszystko można ograniczyć - tylko do jakiego stopnia? i czy to będzie ludzkie? podobno jesteśmy katolickim krajem.... i wychowani w tym duchu powinniśmy kierować się dobrem i miłosierdziem zwłaszcza do najsłabszych.
państwo powinno dawać opiekę a nie dobijać.

to jest chory kraj.

boję się starości w tym kraju.... boję się choroby... niedołężności... bo mogę któregoś dnia usłyszeć - pani już nie rokuje.... i co wtedy... miałabym się postarać szybciej umrzeć, aby nie stanowić obciążenia dla "systemu"?

każdy z was może usłyszeć: pani/pan już nie rokuje... i co wtedy?
Komentarze: 3 pokaż »
2010-01-08 21:12
oglądałam w tv chorych ludzi.... jestem tym wstrząśnięta. płakali, bo odmawiano im leczenia...
stoją na krawędzi życia i śmierci... a ich własny kraj popycha ich patykiem w stronę śmierci... bo urzędnicy nie mogą się dogadać.
to ludzie powinni być priorytetem. ich życie.

ta sprawa nadaje się tylko do trybunału praw człowieka w strassburgu - państwo utrudnia swoim obywatelom dostęp do leczenia. a to jest zagwarantowane w konstytucji przecież...
Komentarze: 4 pokaż »
2010-01-07 13:30
bratowa - cd.

dzisiaj byłam u mamy na kawce i pączusiu (no tak... miałam nie jeść... gdzie jesteś moja silna wolo????)
i to co usłuszałam, sprawiło że o czy miałam wielkie jak arbuzy.
bratowa sama wczoraj to powiedziała mojej mamie.
jak była w pierwszej ciąży, to do momentu gdy dowiedziała się, że będzie miała córkę... żyła w stresie i strachu... panicznie bała się, że będzie miała syna... bo ona nie wyobraża sobie, jak to można mieć syna... jak się nim zajmować... mówiła, że mój brat ją musiał uspokajać a nawet ją sztorcował, aby przestała panikować.
a teraz ... jak dowiedziała się, że drugie dziecko to też dziewczynka - to poczuła niesamowitą ulgę...
jest szczęśliwa... bo na stare lata będzie się kto miał nią zajmować. - w życiu nie przyszłoby mi coś takiego do głowy na takim etapie życia, jak ona. czy córka gwarantuje opiekę na stare lata? a jak jedna znajdzie pracę w innym mieście a druga wyjedzie z kraju?... a może będą miały takie wredne charaktery, że będą żyły w kłótni? no ale bratowa już sobie zaplanowała.


nie jestem w stanie tego zrozumieć - paniczny strach przed posiadaniem syna.
gdy byłam w ciąży, nawet nie chciałam znać płci maleństwa. nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. najważniejsze było zdrowie dzieciaczka.
Komentarze: 3 pokaż »
2010-01-06 19:09
mój brat z żonką będą mieli drugie dziecko. mała ma się "wykluć" na początku czerwca.
obydwoje bardzo się cieszą. ale jeszcze rok temu brat był zdecydowanie na nie. twierdził, że jego żona chce mieć drugie dziecko, bo jej się nie chce do pracy chodzić i miałaby wtedy świetną wymówkę, aby siedzieć w domu.
ja tam cienko widzę ich rodzinkę.... bratowa jest kobietą o bardzo dziecinnej mentalności, często się obraża o byle co, często koloryzuje i zmyśla - brat to sam mówił w rozmowie z mamą. ich starsza córcia ma 6 lat i jest dzieckiem nadpobudliwym. i oczywiście doskonale naśladuje swoją mamę.
bratowa jest wiecznie umęczona i nieszczęśliwa... np. pracowała na pół etetu - i jak musiała 3 dni pod rząd pracować po 8 godzin aby potem mieć kilka dni wolnego - to była poprostu tragedia... kobieta całkowicie umęczona.
wczoraj gdy jechali samochodem mieli maleńką stłuczkę. teraz mają unieruchomiony samochód, bo jest jakiś problem z kołem i czekają na wycenę szkody w ubezpieczalni - więc dzisiaj bratowa płaczliwym głosem powiedziała mi... że całe życie ma pod górkę...

życzę im jak najlepiej.
są dorośli i chyba wiedzą jakie decyzje podejmują.
Komentarze: 2 pokaż »
2010-01-04 14:57
no i wróciła zima, taka jaką lubię.
:)
i nic to, że dzisiaj wsiadałam do samochodu przez bagażnik, bo mi drzwi pozamarzały.
zamki działały prawidłowo - bo profilaktycznie przez pierwszymi mrozami napsiukałam tam odpowiedniego specyfiku... ale o przesmarowaniu czymś uszczelek przy drzwiach... no... nie pomyślała kobita. ale pocieszam się, że nie ja jedna - widziałam dzisiaj jegomościa siłującego się z drzwiami dokładnie tak jak ja.


Komentarze: 2 pokaż »

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz